Ja to ja, ty to ty. Nie taki do końca człowiek społeczny [NAD KUBKIEM HERBATY]

– W życiu warto nadawać znaczenie tym sytuacjom, które nas dotykają – przekonuje Marcin Herma, z wykształcenia socjolog, zawodowo doradca, coach ICC, a od roku także koordynator nowosolskiego Centrum Aktywności Społecznej

Cieszą mnie proste rzeczy: jajecznica na boczku, herbata z cytryną. Rano piję kawę i pies wyprowadza mnie na spacer. W poniedziałek po południu syn ma karate, należy go odebrać. We wtorek córka tańce do 20.00 – odebrać. W środę karate i powtórka. W czwartek – tańce. W piątek karate znów. Zwyczajne życie. A potem weekend.

W sobotę rano otwieram oczy o 6.00, czasem 5.00. Chyba rodzinie tym dokuczam, za to pies się cieszy. I uciekam w przyrodę. Samemu ze sobą pobyć, po lasach pochodzić. Cisza, reset, niemyślenie.

Kontekst przyrody zmienia ludzi. Przestają rozmawiać merytorycznie, a zaczynają o życiu. Są prawdziwi. Dzieciaki bardziej otwarte, mówią chętniej niż w domu. W lesie słyszy się, co dla nich jest ważne.

Chłopak stąd

Nadodrzańskie obszary to moje dzielnie. Jestem chłopak stąd. Harcerska Górka była naszą saneczkową zjeżdżalnią. Przechodziłem tam i z powrotem teren nad Odrą. Polubiłem lasy łęgowe. W marcu, gdy liście z ubiegłej jesieni leżą w nich ciężkim kobiercem, wyraźnie widać miejsca, którymi meandrowała wcześniej Odra.

Na początku lat ‘90 uprawiałem kajakarstwo sportowe. Pływałem po Odrze w kajakach i wpław. Trenowaliśmy na Kocim Stawie. Na Odrę trener wpuszczał nas dopiero wtedy, gdy udawało nam się utrzymywać równowagę i nie wywracać z kajakami.

Dzieciństwo mieliśmy wtedy inne niż nasze dzieci. Rozrywką był rower, zabawa w wojnę, gry w pięć cegiełek, w kwadraty i piłka nożna na garażach z bramą służącą za bramkę i ganiającym nas sąsiadem – właścicielem garażu.

Odbywały się też wojny między podwórkami. Czasem ktoś kamieniem dostał. Znaliśmy się wszyscy. Między ulicami istniały skróty. Przechodziliśmy na sąsiednie ulice przez podwórka i te podwórka żyły. Mieliśmy sporo swobody.

Zdarzało mi się coś przeskrobać. Nie byłem jednak zdeklarowanym łobuzem. Choć typowym kujonem też nie. Zwyczajnie z pogranicza tych „grzecznie ułożonych” i tych, co czasami coś zbroją.

W domu nie obawiałem się kar. Potrafiłem się wykpić. Poza tym miałem dwie starsze siostry. Zdarzało się, że obrywały za mnie. Moją ciekawością też im chyba dokuczyłem. Kiedyś jedna z sióstr dostała od cioci z zagranicy zegarek jako prezent na komunię. I ja ten zegarek młotkiem roztrzaskałem, bo byłem ciekaw, jak on w środku wygląda. To było równie nierozsądne jak nabranie wody do odkurzacza. Na szczęście mój tata przewinął spalony silnik i uratował urządzenie. Zresztą ojciec jest z tych, co potrafią z zapalniczki helikopter zrobić i jeszcze części zapasowe mu zostaną. Taki talent. Często chodziłem z nim do warsztatu. Pozwalano mi, dzieciakowi, się tam szwendać, przyglądać ludziom.

Nie trzeba wiele, by być ze swoim dzieckiem. Wystarczy je zachęcić do towarzyszenia albo współtworzyć coś. Choćby jednym gwoździem dwie deski razem zbić.

Coaching

W życiu warto nadawać znaczenie tym sytuacjom, które nas dotykają, żeby je zrozumieć, zinterpretować, przepracować. Gdzieś wyczytałem, że „nieważne, co ci zrobiono, ważne, co ty zrobisz z tym, co ci zrobiono”. Pewnie jakiś psycholog to napisał, bo tym obszarem się mocno interesowałem. Zainteresowanie psychologią i terapią było związane z moją aktywnością i ścieżką zawodową. Przez dziewięć lat zajmowałem się szkoleniami, doradztwem zawodowym. Jestem też certyfikowanym coachem ICC, również po Szkole Konsultantów i Trenerów Zarządzania MATRIK w Krakowie.

Współpracowałem z Uniwersytetem Ekonomicznym we Wrocławiu – w skrócie: praca indywidualna z drugą osobą, szkolenia, praca z grupą w sali szkoleniowej. Bardzo lubiłem zarówno pracę z grupą, jak i indywidualną w ramach szkoleń, coachingu czy doradztwa. W tej pracy trzeba mieć jakąś wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, chęć słuchania. Trzeba też wiedzieć, kiedy się wycofać. W ogóle warto wiedzieć więcej, czytać, słuchać. Ale tak słuchać, żeby usłyszeć. Mam wrażenie, że ludzie nawzajem się nie słyszą. Jak często mamy tak, że słuchając kogoś, podpowiadamy mu to, co według nas chce powiedzieć? To dopowiadanie, kończenie zdań za kogoś, narzucanie swojej mapy drugiej osobie. I wtedy nie słyszymy, co ona chce nam powiedzieć. Słuchanie to wbrew pozorom trudna sztuka.

Czy to wynika z jakiegoś deficytu? Nie lubię określenia „deficyt”. Wolę używać zwrotu „obszar do rozwoju”. To powoduje pewne przeramowanie.

Wytłumaczę na podstawie rozmowy z dzieckiem. Rodzic mówi: nie umiesz, zrobiłeś źle. A fajnie by było odwrócić to na: masz możliwości nauczenia się i posiadasz wszystko, co jest potrzebne, żeby ci się udało. Takich podstaw wspierającej komunikacji powinno się uczyć.

I daleki w tym jestem od oceniania. Interpretuję, co zauważam.

Klasyczna prostota

Skończyłem socjologię na Uniwersytecie Zielonogórskim, po drodze zrobiłem dwie podyplomówki, trochę różnych szkoleń – tak w skrócie zawodowo.

Jestem chyba nie taki do końca społeczny. Oddzielam życie zawodowe od bycia sobą. A moja spontaniczność ma raczej planowany charakter – gdy coś zaplanuję, to potrafi się zdarzyć. Zdarza mi się też sięgnąć po sarkazm, ironię. Głównie w chwili jakiegoś nadmiaru: ludzi lub słów. Bo choć ludzi lubię i chętnie z nimi pracuję, to odpoczywać potrafię tylko w samotności i ciszy.

Wśród pisarzy lubię Alberta Camusa, a wśród jego książek – „Pierwszego człowieka”, „Upadek”. Camus do mnie przemawia: egzystencjalny, niekiedy trudny, obnażający obłudę. „Jeden z moich znajomych, dobry chrześcijanin, mówił, że doznaje nieprzyjemnego uczucia na widok bezdomnego zbliżającego się do jego domu” – czy da się napisać celniej? Przemawiają też do mnie jego obrazowe metafory albo porównania. Gdy np. opisuje jadących ulicami Amsterdamu, odzianych w czerń rowerzystów, pisze o nich – „niczym żałobne łabędzie”. Trafnie, obrazowo, prawda?

Lubię też krótkie formy haiku.

Myślę, że warto robić rzeczy, które mają sens i znaczenie dla nas i innych. To, co lubię, to klasyczna prostota, bez nadmiernej ozdobności i równie prosta, akceptująca relacja z innymi osobami, która pokazuje człowiekowi, jak w niej nie zatracić siebie.

Jest taka „modlitwa gestaltystów” Fritza Perlsa, która najlepiej to obrazuje:

„Ja to ja. Ty to ty. Ja jestem odpowiedzialny za moje życie, ty za twoje.

Nie jestem na tym świecie, by spełniać twoje oczekiwania, ani ty, by spełniać moje.

Jeśli nasze drogi się skrzyżują, to wspaniale. Ale jeśli tak się nie stanie, to każdy z nas będzie kroczył swoją własną ścieżką. Bo nie będę kochał mnie samego, jeśli zdradzę mnie samego dla ciebie, ani nie pokocham ciebie, jeśli będziesz taki, jak ja chcę, a nie taki, jaki naprawdę jesteś. Ja to ja. Ty to ty”.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content