Powódź w 1997 roku dotknęła również Bytom Odrzański. Wtedy zalało Nowe Miasto

Burmistrz Bytomia Odrzańskiego Jacek Sauter: – Powódź to trauma na całe życie. Wchodzisz z kimś do jego domu, który jest cały w wodzie, i co możesz zrobić, jak się zachować? Chyba tylko płakać z właścicielem. Widziałem łzy kobiet. Nie pamiętam, czy płakali faceci

Chyba pierwszy zacząłem się bać. Miałem trzydzieści sześć lat i wcześniej nie wiedziałem, co to znaczy strach o mieszkańców. Bałem się też, że sobie kompletnie nie poradzę. Że przegramy z żywiołem i na kartach historii Bytomia Odrzańskiego zapiszę się jako człowiek, który nie pomógł miastu w godzinie próby. Nigdy wcześniej ani później nie miałem takiego ciężaru na barkach. Wojewoda Marian Eckert powiedział, że będzie siedem metrów i dziesięć centymetrów. To oznaczało, że zatopi całą Nową Sól, łącznie ze szpitalem. Najgorszy scenariusz. Mało wtedy spałem, chodziłem po mieście, mimo że często w żaden sposób nie mogłem pomóc. W lipcu ’97 nauczyłem się, że ludzie lepiej się czują, jak widzą gospodarza. To też jest dla nich ważne.

Wieczorem idę Bytomiem, przy jednym z domów w dzielnicy Nowe Miasto trwa balanga. Śmiali się ze mnie, że tak łażę i sprawdzam, czy wszystko okej. Mówią do mnie: „Panie burmistrzu, my tu od wojny wiemy, że jak jest wielka woda, to wychodzi tą studzienką – i pokazują palcem. – Dopiero wtedy zaczynamy się szykować do powodzi”. Za niedługo woda zaatakowała Wrocław.

Wówczas moi mieszkańcy również się przestraszyli.

Normalna sprawa

Tak o nich mówi – moi mieszkańcy. A o małych bytomiankach i bytomianach – moje dzieci. Jacek Sauter rządzi Bytomiem Odrzańskim od trzydziestu lat. W wyborach dostaje po dziewięćdziesiąt procent głosów. Zdarza się, że nie ma kontrkandydata. Raz sam namawiał kolegę, żeby przeciwko niemu wystartował. Ten się zgodził, zrobił to z ramienia SLD. – Dostał coś około osiemdziesięciu głosów – wspominał w „Wyborczej” Sauter. – Przyszedł potem do mnie i opowiadał, że przeżył dramat. Sądził, że ma w okolicy więcej krewnych, niż dostał głosów. Żal mi się go zrobiło. Dziś więc braku konkurencji nie przeżywam. Ludzie mają prawo startować, a nie obowiązek. Sam nie czuję się wypalony, mam jeszcze sporo do zrobienia.

Deklarował też, że nie wprowadza w gminie żadnego zamordyzmu. – Młodzieży nie każę śpiewać o mnie piosenek – zapewniał. – Raz w tygodniu wpada ktoś do mnie i opieprza z góry na dół. Normalna sprawa.

Widok z wieży ratusza

Rzeka po drodze puchła. Już nie mówili, że czekają, aż wybije studzienka, bo widzieli, że powódź zmasakrowała Wrocław. Zalewała osiedle, a wszyscy z ręką w nocniku. Zrozumieli, że płynie do nas coś większego niż zwykle. Wtedy to oni zaczynali wywierać presję na nas, urzędnikach, żebyśmy działali. Jak wspólnie zaczęliśmy przygotowania, to ten strach minął, bo skoncentrowaliśmy się na pracy. Nagle, nie mając żadnego doświadczenia, musieliśmy nauczyć się wody. Tego, jak ona działa. Mój współpracownik Janek Murzyn ściągnął do nas geodetę Andrzeja Trojanowskiego. Dzięki niemu każdemu mieszkańcowi byliśmy w stanie wskazać, czy w jego mieszkaniu będzie woda. Albo określić jej wysokość na konkretnej ulicy. Gdy ludzie z Sucharskiego, która leży koło stadionu, przyszli do nas po worki i piasek – nie dałem im. Tłumaczyłem, że to wszystko potrzebne będzie gdzie indziej, bo do nich woda nie dojdzie. Byli agresywni. Pomyślałem, że głupi jestem, bo muszę przecież zrozumieć ich strach i potrzebę obrony własnego domu. Jaką mieli podstawę, żeby wierzyć 36-letniemu gówniarzowi? Kilka dni przed falą kulminacyjną oszukałem niektórych mieszkańców – mówiłem, że nie ma szans, by byli zalani, bo wtedy chcieliśmy wysłać worki do Nowej Soli, gdzie na tamten moment były bardziej potrzebne. Ale jeszcze przed kulminacją powiedziałem prawdę i dowieźliśmy im te worki.

fot. Ryszard Ryczkowski

Przyjechało Radio Zachód. Stałem z dziennikarką na ulicy Poprzecznej. Robiła relację na żywo w bardzo sensacyjnym tonie. Czyli jesteśmy po kostki w wodzie, ale według niej – po szyję. Język wojenny. Odpowiadałem w taki sposób, żeby jednak tonować nastrój. Z ulicy obok nagle wybiega kobieta, dostrzega mnie i mówi: „Panie burmistrzu, przed chwilą w radiu mówili, że nasza ulica będzie zalana!”. Nawet nie zwróciła uwagi na tę dziennikarkę. Były inne podobne historie. Jedna z mieszkanek, gdy przyjechał Polsat, zaczęła mówić dokładnie to, co chciał usłyszeć od niej dziennikarz. „Uciekałam z meblami na piętro, woda się wdzierała z dużą prędkością!”. Sąsiedzi chcieli ją zlinczować, bo zmyślała.

Wtedy wylało przy dzisiejszym porcie i na ulicy Głogowskiej, Poprzecznej, przy Sportowej, tuż obok stadionu, jeden nisko położony budynek został całkowicie zniszczony. Sam stadion oczywiście zalało. W Tarnowie Byckim też zniszczonych było kilka budynków, ale raczej piwnice. Wody powyżej pasa. Droga do Głogowa zalana, basen też. Ale najbardziej ucierpieli mieszkańcy Nowego Miasta: zalane piwnice i mieszkania. Zrobili sobie osobliwe przejścia z domu do domu: oparli deski na murowanych gankach i tak sobie po nich chodzili. Zobaczyłem potem zdjęcie z przedwojennej powodzi i wszystko było ułożone jak za Niemca.

fot. Ryszard Ryczkowski

Plusem Bytomia jest położenie na górce. U nas wystarczyło wywieźć majątek pięćdziesiąt-sto metrów od Nowego Miasta i już był bezpieczny. Tę dzielnicę rzeczywiście zalało, można było pływać łodziami, pontonami. Przygotowaliśmy ludziom noclegi, ale nikt za bardzo nie chciał z nich skorzystać. Małe miejscowości takie są: wszędzie masz rodzinę, przyjaciół, znajomych, którzy ci pomogą – i oni szli właśnie do nich. Dzisiaj wiem, że powódź to trauma na całe życie. Wchodzisz z kimś do jego domu, który jest cały w wodzie, i co możesz zrobić, jak się zachować? Chyba tylko płakać z właścicielem. Widziałem łzy kobiet. Nie pamiętam, czy płakali faceci. Patrzyli na to wszystko i wiele dni nie mogli niczego zrobić, bo czekali na ubezpieczycieli. Dramat rozłożony w czasie.

Koło Drogomila, przy Odrze, w budynku po nadzorze wodnym mieszkał pan Banaś, starszy człowiek. Rzadko wchodzę na wieżę ratusza, ale wtedy to zrobiłem. Z góry zobaczyłem, że koło jego domu ktoś się kręci. Wsiadłem do samochodu i pojechałem na miejsce, woda wchodziła już na drogę. Okazało się, że to był sam pan Banaś, bo się nie ewakuował. Powiedział, że ma łódź i da sobie radę. Wróciłem do niego z policją i zmusiliśmy go do ewakuacji. Woda już tak podeszła, że wdarła się do radiowozu. Myślałem, że będę musiał odpowiadać za zniszczenie policyjnego mienia. Ten pan mieszkał nad wodą całe życie i nie rozumiał, że za chwilę wydarzy się coś, czego jeszcze nie przeżył. Bo to nie był normalny nurt. Rodzina mi podziękowała, sami nie mogli dziadka przekonać. Babcię wywiózł, ale gospodarstwa chciał przypilnować. Źle się czułem z tą policją, przeżywałem to, ale później pojechałem do niego z piwem i mi wybaczył.

Uznaliśmy, że musimy zacząć pomagać z budżetu gminy. Przyjęliśmy kryteria: inna pomoc dla zniszczonych piwnic, a w mieszkaniach wyznaczyliśmy dwa poziomy zalania. Szła komisja i ustalała wszystko po śladach wody. Daliśmy po kilka tysięcy na dom. Niedużo, ale zawsze. Jedna z firm zaoferowała, że wyremontuje najbardziej zniszczone budynki mieszkalne. Ilu było poszkodowanych? Z pięćdziesiąt domów? Dziś już trudno mi powiedzieć.

Dzielenie

Jak było z darami dla powodzian? Wielu przegrało przez nie kolejne wybory. Nie przez powódź, bo przecież z nią przegraliśmy praktycznie wszyscy. Ludzie przysyłali materiały budowlane, gumowce, jedzenie, wodę. Duńczycy wysłali masło. Tirami to przychodziło. Później prosiliśmy, żeby już nie przywozili, bo nasi mieszkańcy zaczęli normalnie funkcjonować. Czułem, że urząd jest ostatnim miejscem, do którego mogłyby trafić dary. Urzędnicy nie powinni zajmować się dzieleniem pomocy dla powodzian. I miałem rację. Pierwszy transport przyjechał wieczorem. Byłem akurat na obchodzie. Wróciłem i widzę urząd cały w darach. Dostałem szału. Powiedziałem, że jutro musimy to wszystko przenieść do byłego domu kultury na rynku. Dziewczyny się na mnie obraziły, że się czepiam, a wszyscy są zmęczeni. Ale wyszło na moje, bo o północy wychodzimy z pracy, na ławce siedzi pijany gość i krzyczy na całe miasto, że urzędasy się nawpier… i idą do domu. One od razu zrozumiały, o co mi chodziło. Nie musiałem tego tłumaczyć. Po prostu rano zaczęły te dary przenosić.

fot. Ryszard Ryczkowski

Wiedziałem, że z dzieleniem może być problem. Dlatego poprosiłem powodzian, żeby to robili sami – powoływali komisję, która się tym zajmowała. Jedna pani ochrzaniała nas za wszystko: że nie to albo że dostała za mało. Że generalnie jest źle dzielone. Gdy przyszło trzysta par gumowców, zapytałem, czy teraz ona może je podzielić. Zgodziła się. Pojechała z kierowcą po te gumowce, ale jak wracała, kazała mu skręcić w uliczkę, gdzie mieszka. Do kuzyna czy szwagra – dziś już nie pamiętam. Kierowca to rozpowiedział i ludzie byli wściekli, że zrobiła prywatę. Zaklinała się: „Kur…, Jacek, ja już nic nie będę dzieliła!”.

Wójt Ziobrowski zawsze powtarzał, że trzeba skrupulatnie notować wszystko, co się wydało. Rzeczywiście przyjechał później kontroler i wypytywał o różne rzeczy kierowniczkę ośrodka pomocy społecznej. „Masło z Danii pani ważyła, dzieliła na porcje?”. A ona, że tak, zapisywała wszystko w karcie powodzianina. I dobrze, że to robiła, bo ja nie miałem do tego głowy. Tereska widziała już w stanie wojennym, jak ludzie gniewali się na siebie z powodu darów.

Nie obrazili się

Po powodzi zapowiedziałem Piotrowi Warcholakowi, szefowi Lubuskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych, że sypię wał. Doszedłem do wniosku, że bez niego żaden rozwój miasta nie ma sensu, bo za chwilę znowu może przyjść woda i to zniszczyć. On się obruszył, że potrzeba pozwoleń i tak dalej. Zmusił mnie do dokumentacji i to, że gmina wyłożyła na nią pieniądze, uratowało nas. Bo niedługo po powodzi rząd dawał kasę na wały, a praktycznie nikt oprócz Bytomia Odrzańskiego nie miał projektu. Wał powstał i objął Nowe Miasto, dochodząc do błoni. Zaczęliśmy walczyć o kolejny – do oczyszczalni ścieków – i też jest już zbudowany. Gdyby teraz szła woda, poprosiłbym o wojsko i sprzęt, żebyśmy bronili stumetrowego starego koryta. Tamtejszy wał, tak zwana kierownica, był odbudowywany dwa razy – w 1997 i 2010 – za kilka milionów złotych.

W 2006-2007 przeprowadziliśmy pierwszy etap inwestycji w porcie. Później sławny projekt Odra dla Turystów: powstało molo i nad rzeką jest dziś zupełnie inaczej niż dwadzieścia pięć lat temu. Dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej przywróciliśmy miasto rzece. Teraz robimy perełkę z naszych błoni. W przyszłości pewnie trzeba będzie zbudować kładkę na drugą stronę Odry. Mieszkańcy mówią o budowie mostu. Był u nas kiedyś, dawno temu. To ich idée fixe. Powstanie wtedy, gdy nasze państwo będzie tak bogate, że zacznie budować mosty między dwiema chałupami. Tak się dzieje choćby w Japonii.

1997 był chyba potrzebny. W różnych gminach, w naszej też, ludzie nad Odrą mocno wzięli się do roboty, by nie dopuścić drugi raz do podobnego kataklizmu.

Czy nasi ludzie obrazili się wówczas na Odrę? Nie. Jak mogli obrazić się na rzekę, którą mają przecież w nazwie miasta?

Maja

Blisko dwudziestej piątej rocznicy powodzi w Bytomiu Odrzańskim ta rzeka przysłużyła się mieszkańcom. Można powiedzieć, że pomogła małej dziewczynce. A było tak: najpierw wyczerpały się w Polsce metody leczenia serca dwulatki Mai Michockiej. Rodzice zaczęli zbierać pieniądze, by ratunku poszukać za oceanem. W pomoc zaangażowały się setki, tysiące ludzi. Potrzeba było 2 milionów złotych. Powstała zbiórka. Konrad Paszkowski, szef Solanina, festiwalu kina niezależnego w Nowej Soli, wpadł na pomysł, jak ją rozruszać i zwrócić uwagę mediów. Nagrał filmik z Sauterem. W nim burmistrz idzie bytomskim rynkiem, później kolejnymi uliczkami miasteczka. Wygląda jak szeryf na Dzikim Zachodzie. Zachodzi nad Odrę, mówi „robię to dla Mai” i w garniturze wchodzi po samą szyję do rzeki. Potem wychodzi zziębnięty na brzeg i zwraca się do widzów: „Przeżyłem. Z tego miejsca chcę bardzo mocno zaapelować, prosić, błagać was wszystkich o pomoc dla Mai. Ratujmy serce naszego najukochańszego dziecka”. – Chcieliśmy pokazać naszą determinację. Że mieszkańcom Bytomia Odrzańskiego bardzo zależy na życiu Mai. „Pomóżcie nam, bo jesteśmy w stanie zrobić wiele, by uratować nasze dziecko”. Taki miał być przekaz – tłumaczył mi później burmistrz. Chodziło o emocje. I dostałem sygnały, że po obejrzeniu filmu trochę osób się wzruszyło. Liczyliśmy, że zwrócimy tym nagraniem uwagę odbiorców, żeby nie wygrała bezsilność. Po spotkaniu z Mają i jej rodzicami nie mogłem spać, miałem przed oczami tylko jeden obrazek: kochających rodziców, którzy walczą o swoje dziecko. Maja jest kochana. Tak naprawdę nie zachowuje się już jak dwu-, tylko ośmiolatka. Tak jest doświadczona przez szpital, przez życie.

A więc Sauter wchodzący do Odry, rzeki, która dwadzieścia pięć lat wcześniej zniszczyła Nowe Miasto. O jego happeningu rozpisywały się media w całej Polsce. To była jedna z setek akcji dla Mai, które sprawiły, że udało się zebrać potrzebne pieniądze. Dziewczynka przeszła operację w Stanach Zjednoczonych. Jej mama, Angelika, tak dziękowała wszystkim za pomoc: „Spójrzcie dziś na Maję i bądźcie dumni z siebie, swoich dzieci, z rodziny, znajomych. To wy uratowaliście życie mojej córce. To wy daliście jej szansę na dzieciństwo, dorosłość, starość. Bądźcie pewni, że Maja tę szansę wykorzysta w stu procentach” .

*fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi z 1997 r. w Nowej Soli i regionie

Mateusz Pojnar
Latest posts by Mateusz Pojnar (see all)
FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content