Kim są nowosolscy didżeje?

– Z racji czasów i dostępności sprzętu oraz muzyki, na rynku jest mnóstwo ludzi „puszczających muzykę”, którzy nazywają siebie dj’ami. Większość z nich obsługuje imprezy okazjonalne, np. wesela i w związku z tym jest to dla nich prosty sposób na zarabianie pieniędzy. Jednak tego typu działania nie mają nic wspólnego z prawdziwym dj’owaniem. Jestem pewien, że 90 proc. tych ludzi nie poradziłoby sobie, gdyby dostali do reki płytę winylową, a w mojej ocenie umiejętność grania z gramofonów i winyli to podstawa warsztatu prawdziwego dj’a – mówi Mariusz Siekierka znany jako Dj Siexo vel Mario Hatchet

Nie tak dawno na Spotted Nowa Sól (profil ogłoszeniowy na Facebooku) ktoś zapytał o namiary na didżeja na planowaną przez siebie imprezę okolicznościową. I nagle, w niedługim czasie, pojawiło się kilkanaście nazwisk lub pseudonimów, pod którymi występują prowadzący różne imprezy. Ten wątek na Spotted wraca co jakiś czas, ale wydaje się, że ostatnio nastąpił wysyp didżejów i wodzirejów, którzy zarabiają albo dorabiają puszczając muzykę na imprezach.

Sprawdzaliśmy czy jest to łatwy kawek chleba? Czy każdy może zostać didżejem? Czy to jeszcze pasja, a może sposób na życie? I wreszcie, czy można postawić znak równości między osobą, która gra w klubie a tą, która gra na osiemnastce albo na weselu?

Rezydent wielu klubów

Mariusz Siekierka znany jako Mario Hatchet vel dj Siexo, to prawdziwy nestor wśród nowosolskich didżejów. Sam pewnie nie jest w stanie zliczyć miejsc i imprez, na których zagrał. Nie zliczylibyśmy także pewnie tych nowosolan, którzy „pląsali” na parkiecie do muzyki granej przez Dj Siexo. – Od małego interesowałem się muzyką. Na początku zafascynowałem się „break dance’m”, dlatego ciągłe treningi i ewolucje na parkiecie brały górę. Jednak już od 1998 roku zacząłem poważne zajmować się dj’owanim i trwa to do dziś – mówi jeden z najbardziej znanych nowosolskich didżejów. Przyznaje, że w przygodzie z didżejką jest samoukiem.

– Byłem tzw. podpatrywaczem tego, co robili inni. Środowisko profesjonalnych dj’ów było bardzo zamknięte i trudno było się do niego dostać. Jednak jeszcze w latach 90-tych zaliczyłem kilka warsztatów/kursów dla djów oraz grywałem regularnie w kilku klubach. Na odpowiednie tory nastawiły mnie (też wspominane) warsztaty dla dj’ów, na których uczyłem się od ówczesnego mistrza polski dj’ów w scratchingu – wspomina złote lata 90. Mario Hatchet.

Jako rezydent grywał w wielu klubach w Polsce, m.in. zielonogórskich, tj. Winiarni, Stacji Studiu, Pinacoladzie, a także we wrocławskich P1, Daytona, Alibi, 9 Brama. Rezydował także w wielu nadmorskich klubach, np. Heineken Atmosfera Dziwnów. – Dj’owanie to dla mnie pasja i sposób na życie. Robiąc to czuję spełnienie i dużą satysfakcję – mówi dj Siexo, który od wielu lat jest także producentem muzycznym, komponuje i wydaje własną muzykę. – Myślę, że jest to kolejny krok w rozwoju dj’a, jednak uważam, że nie jest to regułą – mówi M. Siekierka.

– Co twoim zdaniem powinien mieć dobry didżej? – pytamy.
– Na pewno dobry dj powinien znać chociaż podstawy budowy utworów muzycznych. Bez tego nie będzie potrafił w sposób płynny ich mixować. Musi też mieć wyczucie rytmu i podzielność uwagi – odpowiada Mario Hatechet.

Sprzedał skuter, kupił pierwszy sprzęt

W poszukiwaniu kolejnego didżeja trafiamy do Czciradza, skąd pochodzi Łukasz Pyrzyński, w muzycznych kręgach bardziej znany jest jako dj Brinz. Swoją przygodę z konsoletą zaczął 10 lat temu jako 17-latek. – Kiedyś miałem skuter, sprzedałem go i za to kupiłem swój pierwszy sprzęt. Ale gra na konsoli pasjonowała mnie już wcześniej – mówi. Pierwszą imprezą, na której zagrał, była 18-stka koleżanki. – Do dyspozycji miałem stare głośniki, pierwszy najprostszy mikser, jaki wtedy mógł być. To było w „Retro” i z tego co wiem, solenizantka była zadowolona. Pomimo ograniczeń sprzętowych udało się zagrać fajną imprezę – wspomina dj Brinz. Przyznaje, że jako nastoletni dj miewał tremę przed występami. – Stres wiąże się z tym, że wiele rzeczy może pójść nie po twojej myśli. Może na przykład zepsuć się sprzęt, głos się zaciąć – wylicza. Podkreśla, że didżejowanie ma też swoje słabsze strony. Zdarzają się nieprzyjemne sytuacje. Dj gra na imprezach i ma często do czynienia z ludźmi, którzy są pod wpływem alkoholu, a którzy nie zawsze wiedzą, jak się po jego spożyciu właściwie zachowywać. – Zdarza się, że ktoś czasem wpadnie na sprzęt, chociaż osobiście nigdy żadnych strat nie miałem. Jeden jedyny raz miałem taką sytuację, że musiałem skończyć imprezę kilka godzin wcześniej ze względu na bardzo nieobyczajne zachowanie jednego z gości… Szkoda do tego wracać – ucina Łukasz.

Tego typu sytuacje, choć są nieprzyjemne, to jednak nie zniechęcają naszego rozmówcy. Niemniej jednak wyobrażenia z dawnych lat o byciu didżejem przybrały nieco inną formę w zderzeniu z rzeczywistością. – Kiedyś grałem głównie muzykę klubową i jest to mój ulubiony gatunek. Dawniej didżejowanie to było hobby, dzisiaj to głównie praca dodatkowa. I da się na tym zarobić, ale żeby w ogóle nie pracować, a tylko grać, to trzeba by było każdy weekend mieć obstawiony weselami – mówi dj Brinz, który na co dzień pracuje w jednej z firm na nowosolskiej strefie przemysłowej.

Ł. Pyrzyński jednak nie zrezygnował od razu z marzeń o graniu ulubionego gatunku dla dużej publiki. – Próbowałem się dostać do klubu w Zielonej Górze – X-Demona czy Heaven, ale tam bardzo trudno się było przebić. Żeby grać w takim klubie musisz albo bardzo dobrze znać właściciela, albo nim być – żartuje nasz rozmówca.

Jego aktualnym marzeniem jest to, żeby każdy weekend był wypełniony muzyką. Gdyby udało mi się tak grać, to nie musiałbym normalnie pracować. – Byłoby tak, że w tygodniu mam wolne, a w weekendy pracuję i myślę, że to jest realne – podkreśla.

– Ale konkurencja na rynku jest spora, więc może nie być to łatwe – zagaduję. – Rzeczywiście, jeśli chodzi o oprawę muzyczną imprez, to znam paru chłopaków, którzy naprawdę dobrze grają. Są polecani, a ludzie są zadowoleni z ich imprez – mówi dj Brinz. – Jak w takim układzie się wybić? – pytam. – Najlepsza jest metoda poczty pantoflowej. I chyba najbardziej skuteczna. Ludzie, jeśli są zadowoleni z imprezy, polecają cię dalej. Czasami ludzie, jak dzwonią do mnie to pytają, gdzie można zobaczyć moje filmiki. Jednak didżejka to nie jest samo puszczanie muzyki. Jeśli chodzi o 18-stki czy imprezy plenerowe, to miksujesz, czyli łączysz jedną piosenkę z drugą. To tzw. skreczowanie – mówi Ł. Pyrzyński.

„Nie chodzę z cylindrem po sali, nie rozdaję wódki”

Czym innym jednak są wesela. Tu nie liczy się tylko to, jaką muzykę puścisz. – Ważny jest kontakt z ludźmi. A żeby był on dobry, to należy być śmiałym i otwartym. Trzeba umieć znaleźć wspólny język. Na weselach jest to szczególnie ważne. Ja dużo mówię przez mikrofon. Staram się rozbawiać ludzi. Robię różne zabawy typu „kaczuchy” czy „makareny”. Nie tańczę sam, chociaż znam chłopaków, którzy robią układy, wychodzą na parkiet. Ja jednak w tym się nie czuję, to nie dla mnie. Zawsze wybiorę kogoś z publiczności. Przedstawiam go na przykład jako instruktora tańca. Osoba ta jest brana z zaskoczenia. Wychodzi na środek i nie wie, co będzie robiła, a ja puszczam makarenę. Sala wybucha śmiechem, a ta osoba musi się nieźle nagimnastykować – śmieje się Łukasz i dodaje: – Przy tego typu zabawach bawią się wszyscy. Nie ma osoby, która siedzi pod ścianą, no chyba że kogoś coś boli od nadmiaru tańca.

W sumie zagrał już kilkaset imprez, ale najlepiej wspomina grę na imprezach plenerowych. – Chyba najlepiej grało mi się właśnie na imprezach plenerowych. Pamiętam doskonale dawniejsze Dni Kożuchowa. Grałem wtedy to, co lubiłem najbardziej – opowiada Ł. Pyrzyński.

Dziś Łukasz gra głównie na weselach. Nie może sobie pozwolić na pełną swobodę. – Muzyka, którą puszczam, jest różna, od lat 70-tych do współczesnych. Gra się to, co się podoba ludziom, czyli jest to tzw. muzyka komercyjna – mówi Łukasz.

Nie jest jednak wodzirejem. – Powiem szczerze, że nie lubię tego słowa. Wolę prowadzący. Nie chodzę z cylindrem po sali, nie rozdaję wódki – śmieje się dj Brinz.

Od obsługi wesel nie storni także Dawid Poklepa vel dj Smile. – Moja przygoda z didżejką zaczęła się w podstawówce od obsługi różnego rodzaju apeli, szkolnych dyskotek. Potem, jak człowiek trafił do szkoły średniej, to granie troszeczkę wewnątrz mnie przycichło. Z drugiej strony zaczęły się czasy głogowskiego Protektora, gdzie zacząłem jeździć i podziwiać różnych didżejów. Od razu powiem, że moim wzorem do nienaśladowania był dj Alex, jeden z najlepszych polskich didżejów. Na nim się zawsze wzorowałem, zawsze chciałem być taki jak on. To był człowiek, który potrafił ruszyć parkiet – opowiada dj Smile, który po szkole średniej wyjechał za granicę na zarobek.

– Jak wróciłem, moja żona rozpoczęła przygodę z zespołem muzycznym i to też zmotywowało mnie do tego, żeby odnowić moje muzyczne zainteresowania, które nigdy nie wygasło. Będąc za granicą cały czas gromadziłem tzw. czarne placki, czyli płyty winylowe. Do dziś mam ich sporą kolekcję – mówi D. Poklepa, który zaczynał grając na imprezach okolicznościowych. Aż któregoś razu na Facebooku znalazł ogłoszenie mówiące o planowanych warsztatach dla didżejów w zielonogórskim klubie Heaven. – Zgłosiłem się i szkoliłem pod okiem dj Mikro, a więc człowieka, który grywał na festiwalu Sunrise, czyli na bardzo dużej imprezie. To tak naprawdę jemu zawdzięczam to, że wiem, czym jest muzyka, fraza, tonacja i przede wszystkim wiem, co to jest tempo. Pamiętam jak dziś, jak na tych warsztatach zaklejał nam liczniki na odtwarzaczach i kazał „na ucho” dogrywać utwór do utworu, co nie było prostą rzeczą, aż się człowiek wkurzał i chciał te taśmy zrywać. A przecież chodziło o to, żeby to ucho ćwiczyć do bólu, żeby nauczyć się słuchać muzyki – opowiada dj Smile, który w 2013 roku wziął udział w organizowanych przez zielonogórski X-Demon zawodach dla didżejów-amatorów. Konkurencja była spora, bo zebrało się ok. 70 uczestników. – Muszę powiedzieć, że zżarł mnie stres. To było słabe w moim wykonaniu. Nie udało się wtedy, ale nie przekreśliłem swoich marzeń. Powiedzałem sobie, że jeżeli raz się potknąłem, to muszę spróbować drugi raz. Rok później pojawiłem się znowu na tym samym turnieju, z tym że zasady się troszkę zmieniły. W głosowaniu internetowym przez Facebook wybrano najlepszą dziesiątkę z wszystkich startujących w konkursie. I znalazłem się w tej grupie zwycięzców, co pozwoliło mi wystąpić w klubie X-Demon. Jeszcze wcześniej grałem przez przez radia internetowe, czyli puszczałem swoje kawałki online, ale to nie to samo, co kontakt z publicznością – cieszy się z możliwości zagrania dla szerszego grona odbiorców dj Smile.

Muzyka bez granic

Największą imprezę, jaką obsługiwał do tej pory Dawid, była dyskoteka plenerowa podczas Święta Solan w 2015 roku. – Pamiętna dla nas impreza, bo prowadziłem ją wraz z kolegami – Kamilem Strózikiem i Markiem Pelcem i dodatkowo z moim gościem specjalnym dj Masonem. Bardzo fajnie to wyszło. Żałuję, że w kolejnym roku po tamtej imprezie, czyli w 2016 roku miasto zrezygnowało z dyskoteki plenerowej – mówi D. Poklepa, który grywał także w nowosolskim Tabu. Teraz skupił się wyłącznie na imprezach okolicznościowych. – Gram na weselach, bankietach, studniówkach i półmetkach, chociaż czuję pewien niedosyt klubowego grania. Być może kiedyś uda się w Nowej Soli jakiś event „odpalić”, sprosić naszą nowosolską, didżejską paczkę i razem pograć – mówi dj Smile.

Jego zdaniem każdy didżej lubi być w centrum zainteresowania. – Tak jest w pracy didżeja, że jest się w centrum uwagi. Najlepszym wyznacznikiem tego, czy ktoś jest dobrym didżejem jest to, czy parkiet jest pełny, czyli ludzie się bawią – mówi dj Smile.

– Dlaczego akurat taki pseudonim? – pytamy.
– Zawsze byłem człowiekiem uśmiechniętym. Jak ja to mówię, gęba się uśmiechała do wszystkich.
Po części tak sobie myślę, że ten pseudonim będzie wywoływał także uśmiech na twarzach moich słuchaczy – uśmiecha się dj Smile.
W byciu didżejem nie ma żadnych barier, co pokazuje przykład Daniela Kawszyna, który przybrał pseudonim muzyczny dj. DaN. Chłopak jeździ na wózku po wypadku, do jakiego doszło 11 lat temu. Los sprawił, że u progu dorosłego życia został kaleką. I wtedy mocno poszedł w muzykę.

– To był sposób na zapomnienie o tym, co się stało, na oderwanie się od rzeczywistości. Muzyką klubową interesowałem się od zawsze. Sporo jeździłem na dyskoteki i didżejka stała się w pewnym sensie wytrychem do tego świata sprzed wypadku, pewną odskocznią od mojej niepełnosprawności – opowiada dj DaN.

Pierwsze swoje kawałki nagrał niedługo po wypadku. – Zacząłem tworzyć swoje sety na komputerze, z czasem stopniowo kupowałem jakiś sprzęt, czyli kontoler, mixer i  playery, które podłącza się do komputera. Nie trzeba płyt wozić, tylko wszystko ma się na nośnikach pamięci albo na laptopie – mówi dj DaN, który sporo grywał w nowosolskim Tabu.

Jako swojego idola, podobnie jak dj Smile, wskazuje na dj Alexa. – Za moich czasów, jeszcze przed wypadkiem, jeździło się do Protektora, którego Alex był rezydentem. Grał na mega poziomie. Z kolei w wakacje ze znajomymi jeździliśmy do Leśnej, gdzie na bardzo fajnym poziomie grali didżeje z Leszna. Dziś, mam takie wrażenie, nie wszyscy jeżdżą na imprezy dla muzyki czy dla konkretnego didżeja. Dziś niestety didżej ma zagrać przeboje z radia. To, co jest popularne, sławne i według mnie nie jest to do końca dobre. Jak pogrywam na radyjku internetowym, staram się grać swoją muzykę, którą wyrażam siebie.

– Nie wydaje ci się, że didżejka to dla niektórych sposób na łatwy pieniądz, bo grając do kotleta można szybko zarobić parę złotych? – pytamy Kawszyna.
– Nie można uogólniać. Jest spora część ludzi, którzy to robią z pasją. To jest poza dyskusją. Ale nie brakuje też takich, którzy grają, bo to jest łatwy pieniądz. Inni może nasłuchali się, że didżej laski „wyrywa”, jeszcze inni może to robią dla jakiegoś poklasku. Sprzęt zrobił się tańszy to i narobiło się didżejów. Niedawno w jednym z marketów był kontroler muzyczny za chyba 200 zł. Sprzęt można kupić, ale to trzeba mieć w serduchu – odpowiada dj DaN.

W podobnym tonie wypowiada się dj Siexo. – Z racji czasów i dostępności sprzętu oraz muzyki, na rynku jest mnóstwo ludzi „puszczających muzykę”, którzy nazywają siebie dj’ami. Większość z nich obsługuje imprezy okazjonalne, np. wesela i jest to dla nich prosty sposób na zarabianie pieniędzy. Jednak tego typu działania nie maja nic wspólnego z prawdziwym dj’owaniem. Jestem pewien, że 90 proc. tych ludzi nie poradziłoby sobie, gdyby dostali do ręki płytę winylową, a w mojej ocenie umiejętność grania z gramofonów i winyli, to podstawa warsztatu prawdziwego dj’a. Ja osobiście nie przekreślam ludzi, którzy grają wesela, jednak prawdziwych profesjonalistów w naszej okolicy, którzy wiedzą, co robią i maja solidny warsztat, jest niewielu.
Anna Karasiewicz
Mariusz Pojnar

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content