Rówieśnicy nam zazdroszczą

Orkiestra Fermata Band od 15 lat swoją grą dodaje blasku wielu uroczystościom. – Nie wyobrażamy sobie tygodnia bez próby. Kochamy to, przyjaźnimy się, tworzymy muzyczną rodzinę – podkreślają członkowie orkiestry

Z muzykami Fermaty Band spotykamy się w piątkowy wieczór, tuż po próbie. W pewnym momencie rozbrzmiewa sto lat. – Zawsze jest odgrywane, gdy ktoś ma urodziny. Są cukierki i ciasto – wyjaśniają rodzice. Widać, że wszyscy się znają i lubią. Zachęcają mnie do dołączenia. – Jeżeli kiedyś na czymś grałaś, to dasz sobie radę. Pan Janusz weźmie cię w obroty i za kilka miesięcy zagrasz pierwszy utwór – zachęcają.

Rozmowie przysłuchuje się mały Krzysiu Hołotczyk, który gra na trąbce od roku. – Idzie mi dobrze, lubię grać, jest super. Najfajniejsi są dyrygenci – dodaje z powagą i zerka w stronę Janusza Gabryelskiego i Huberta Gajewskiego. Panowie wybuchają śmiechem.

Obok mnie siedzi skromnie Angelika Konrad. W orkiestrze gra już siedem lat. To dla niej wielka pasja i nie wyobraża sobie, żeby jej życie miało wyglądać inaczej. Tutaj ma wiele koleżanek i kolegów. Próby wcale nie są męczące, a nawet jeżeli czasami trzeba się bardzo skupić, to kiedy utwór wychodzi tak jak trzeba, w sercu jest wielka satysfakcja.

Orkiestrę tworzą też dwie siostry bliźniaczki, blondynka i brunetka – Aleksandra i Kinga Stec. Instrumenty dziewczyn to waltornia i klarnet. Bycie w orkiestrze było marzeniem Oli od dziecka. Z zachwytem obserwowała młodych muzyków, a wśród nich swoją kuzynkę podczas koncertów w kościele św. Józefa. Męczyła mamę, żeby ją w końcu zapisała.

– Orkiestra stała się częścią mojego życia, tak jak chciałam. Do Fermaty wciągnęłam siostrę i jeszcze kuzynkę – wspomina Ola. Siostry zapewniają, że granie wcale nie jest trudne pod warunkiem, że się tego bardzo chce. – Nie ma też wyjścia i trzeba ćwiczyć codziennie, tak z dwie i pół godziny – z powagą zaznaczają dziewczyny.

– Aż tyle nie ćwiczycie – śmieje się H. Gajewski, dyrygent i nauczyciel. Zwraca uwagę, że na etapie nauki faktycznie trzeba się bardziej przyłożyć. – My już w domu nie musimy tyle grać, ale kiedy zaczynałyśmy było inaczej – potwierdzają dziewczyny.

A. i K. Stec podkreślają, że kiedy mają zdecydować znajomi czy orkiestra, zawsze wybiorą orkiestrę.
– Rówieśnicy tak naprawdę nam zazdroszczą. Mówią, że też by chcieli grać. Interesuje ich jak zapamiętujemy tyle nut i w jaki sposób rozumiemy machanie dyrygenta – mówi Kinga.
Sześć lat w Fermacie jest też Kinga Raczkowska. Ta skromna i drobniutka dziewczynka z pasją opowiada o tym dlaczego wstąpiła do orkiestry. Każda piątkowa próba, nawet wielogodzinna, nie jest dla niej problemem.

Rozmowie z młodymi dziewczynami przysłuchuje się Jerzy Dzierzgwa. – Gram tu od 15 lat, od samego początku. Wyjątkowy urok orkiestry polega na tym, że różnimy się między sobą wiekiem – zwraca uwagę pan Jerzy. W Fermacie gra głównie na perkusji. Przyszedł z orkiestry Dozametu. W Fermacie opuścił tylko dwie próby w związku z rodzinnymi pogrzebami.

– Wywodzimy się z różnych środowisk, różnimy wiekiem, umiejętnościami i talentami. Jedni tutaj zaczynają swoją przygodę od podstaw, inni już gdzieś grali albo wracają do nas po latach przerwy – zwraca uwagę H. Gajewski.

Dla nowicjuszy początki wyglądają jak zajęcia w szkole muzycznej, ale skupione na instrumentach. – Staramy się przekazać uczniom podstawy, jednak zdarza się, że ktoś sobie nie radzi. Z muzyką jest tak samo, jak ze wszystkim innym: grą w piłkę, pływaniem czy, śpiewem, trzeba mieć to coś – podkreśla H. Gajewski. W takich sytuacjach zwyczajnie obiera się inną drogę. Prowadzący Fermatę nikogo do niczego nie zmuszają. Rozumieją sytuację, w której ktoś musi odpuścić próbę lub rozstaje się z zespołem.

J. Dzierzgwa zauważa, że na przestrzeni lat w orkiestrze młodzież się zmienia. Bliżej dają się poznać dopiero, gdy wejdą do głównego składu, wcześniej mają bowiem tylko zajęcia indywidualne. Kiedy już się wciągną i pokochają Fermatę, to piątkowe koncerty są dla nich jak dawka obowiązkowego tlenu.

Przez Fermatę przewinęło się mnóstwo ludzi, zostało zagranych setki koncertów. Muzycy jednak nie wiedzą, jaka jest reakcja na ich wykonanie w trakcie występu. Wtedy patrzą tylko na dyrygenta. – Kiedy kończymy i jest aplauz na stojąco, to czujemy wielką radość – nie ukrywa J. Dzierzgwa. Dodaje, że 15-lat zleciało mu jak jeden dzień.

– To wszystko dzięki panu Januszowi, naszemu mentorowi – podkreśla H. Gajewski.
Jubileusz orkiestry to też wielkie wydarzenie dla słuchaczy. Wielkim dniem dla wszystkich był koncert w kościele pw. św. Józefa.

– Fermata to wyjątkowa orkiestra, kochamy ją i staramy się przychodzić na wszystkie koncerty – mówiła Elżbieta Chudzikiewicz. Z kolei Zofia Wojtasik podkreśla, że wielkie znaczenie orkiestry dla parafii i Nowej Soli. – Swoją gra uświetniają wszystkie nasze uroczystości. Kiedy słucham tych grających młodych ludzi, jestem pełna podziwu i dumy – podkreślała Z. Wojtasik.

Pod kościołem spotykamy też Krystynę Konrad i Urszulę Pielech. – Dla nas to wręcz rodzinny koncert, bo grają tam moje wnuki. Fermata to wizytówka naszego miasta – oceniała K. Konrad.

 

Muzyka to moje życie, uczniowie to moje dzieci

Wybitny nauczyciel, maestro Janusz Gabryelski świętuje swój jubileusz 50-lecia pracy artystycznej. W rozmowie z nami opowiada o m.in. o wychowywaniu młodzieży i dyrygowaniu orkiestrą

Monika Owczarek: Panie Januszu 50 lat to szmat czasu. Z pewnością wiele się wydarzyło. Czy można to w ogóle opowiedzieć, spiąć jakąś klamrą?

Janusz Gabryelski: Powiem pani jak to minęło (śmiech). Jakby strzelił batem o wodę, chlupło, fala się zrobiła, a później powoli rozeszła. Tak minęło to 50 lat. Nawet nie wiem ile dzieci przeszło przez moje ręce, chyba kilkaset w „Elektryku”, szkole muzycznej i orkiestrze Fermata Band. Dzisiaj moi uczniowie przyprowadzają swoje dzieci, a nawet wnuków. Wielu z moich dawnych podopiecznych to emeryci (śmiech). Cieszę się, że gdziekolwiek są wciąż o mnie pamiętają, przyjeżdżają na koncerty, imieniny, urodziny. Mówią, że jak ja dyryguję, to im serce roście.

Bardzo dużo ze sobą przebywacie: próby, koncerty, wyjazdy. Czy swoich uczniów traktuje pan jak rodzinę?

Tak, mam bardzo dużą rodzinę muzyczną, mnóstwo dzieci, sióstr i braci. Oni zawsze byli moją rodziną. Ktoś opuszczał orkiestrę, ten dom rodzinny, bo dorósł i wyjechał, poszedł swoją drogą, ale to wciąż moje dziecko. Orkiestrę zawsze tworzą ludzie w różnym wieku. Jedni są dorośli, inni to małe dzieci. Często Ci duzi noszą na barana tych małych, opiekują się nimi. Mój dom jest też zawsze otwarty. Jestem dumny ze swoich uczniów. Wiele z tych dzieci wychowało się na moich oczach, przyszły mając np. lat siedem, poszły w świat mając 18.

Nie ma pan pretensji, gdy nie idą w muzykę?

Muszę pani powiedzieć, że w tej chwili nikogo do tego nie namawiam. To są kiepskie pieniądze, trudno się utrzymać. Lepiej mieć zawód dający możliwość zarabiania i obok pasję jaką jest muzyka. Nawet dzisiaj wracają do mnie moi dawni uczniowie, którzy znajdują czas w życiu zawodowym na powrót do orkiestry. Niektórzy to prawie moi rówieśnicy (śmiech).

Wciąż poświęca się pan nauce, dyryguje kiedy jest coś wyjątkowego i stale jest obecny podczas cotygodniowych prób. Orkiestra jest jak tlen?

Czuję się dobrze, kocham swoje dzieci. Jestem i tak zostanie, dopóki tylko mogę chodzić, do czasu gdy będę sprawny i rękę będę podnosił do dyrygowania, to zawsze tutaj będę. Nigdy się nie męczę, męczy mnie siedzenie w domu. Nie lubię już czytać, nie te oczy, ale nuty za to wciąż widzę idealnie. Trafiają do mnie dzieci spoza szkoły muzycznej. Niewielu mamy członków w orkiestrze ze szkoły muzycznej. Ale nie narzekam, tych co przychodzą sam szkolę. Uczę ich na każdym instrumencie. Nigdy nie grałem na akordeonie, a mam dwóch uczniów, którzy skończyli szkołę muzyczną pierwszego stopnia na tym instrumencie, po moich lekcjach. Mam pełno podręczników, specjalnych książek i potrafię nauczyć grać na każdym instrumencie. Po dwóch miesiącach z kompletnie świeżych ludzi można już zrobić orkiestrę, która zagra jeden, dwa utwory.

Ostry pan był dla swoich uczniów?

Byłem i jestem wymagający. Proszę tylko o ćwiczenie tego, co nauczyłem. Nigdy nikt ode mnie nie odszedł. Kiedy mnie spotykają mówią, że dobrze mnie wspominają. Jedna z moich uczennic została prokuratorem. Kiedy się ostatnio spotkaliśmy powiedziała, że nauczyłem ją punktualności. To prawda, strasznie nie lubię tych, co się spóźniają. Na próbę, gdy się zaczynała się o godzinie dziesiątej, dokładnie w wyznaczonej sekundzie zamykałem drzwi i spóźnialscy nie wchodzili. Następnym razem byli przed czasem.

Kiedy się rozmawia o dzisiejszej młodzieży wiele osób podkreśla, jak bardzo różni się od tej sprzed kilkunastu lat. Jak pan to widzi?

Tak to prawda, młodzież się zmienia. Chory jestem, jak to widzę. Ciągle dziobią coś w telefonach. Nawet w przerwie między ćwiczeniami potrafią dziobać na telefonie, nie wytrzymuję tego. Chętnie bym im zabrał te telefony i oddawał po próbach. Elektronika i ciągła obecność w sieci zamiast kontaktu z żywymi ludźmi, to jest to co bardzo zmienia dzisiejszą młodzież.

A widział pan ostatnio jak w głównych wydaniach dzienników informacyjny pokazywano, jak robot dyrygował orkiestrą? Elektronika wkrada się wszędzie.

Moim zdaniem to był jakiś żart. Widziałem i tylko machnąłem rękę, że przecież to się nie uda. Do dyrygowania musi być żywy człowiek mający serce do muzyki i pasje w sobie. Trzeba też mieć doświadczenie, przewidywać rożne sytuacje, które nagle mogą się wydarzyć. Robot nie da rady.

Ma pan plany na kolejne lata, jeszcze jakieś wyzwania?

W tej chwili żadnych wielkich wyzwań już nie mam. Mam 77 lat i nie szarżuję. Proszę mi wierzyć, mnie się już czasami pomylą linijki z nutami (śmiech). Kiedyś dyrygowałem na pamięć, a teraz potrafię się lekko zgubić. Trochę zwolniłem. Czekam na płytę, którą nagrała Fermata Band. Czeka nas jej promocja. Teraz mam cele krótkoterminowe, ale każdy mnie cieszy i dostarcza satysfakcji.

 

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content