Od lat zakochani w trzeźwości

– Nałogowe picie alkoholu porównuję do sytuacji z małym dzieckiem, które cały czas bawi się jedną, ulubioną zabawką, której nie chce oddać. Dla mnie taką zabawką była butelka, która, tak mi się wtedy wydawało, rozwiązywała wszystkie moje problemy. I wkurzałem się na tych, którzy mi tę butelkę chcieli zabrać – mówi Andrzej Jagodziński, prezes Nowosolskiego Stowarzyszenia Ludzi Działających na rzecz Trzeźwości „Ogniwo”. Jagodziński jest trzeźwy od 19 lat

W 1998 roku dostał pomoc ze strony Stowarzyszenia „Ogniwo” i działającej przy nim grupy Anonimowych Alkoholików „Nadzieja”, która w październiku obchodziła z kolei swoją okrągłą rocznicę istnienia. Od 1992 roku „Ogniwo” pomogło setkom, a może tysiącom ludzi, dla których picie alkoholu jest chorobą. – Jako stowarzyszenie chcemy jeszcze mocniej niż do tej pory wychodzić na zewnątrz, mówić o tej strasznej chorobie, jaką jest alkoholizm. Prowadzimy punkt informacyjny dla ludzi, którzy się do nas zwracają i pytają, jak poradzić sobie z problemem, ale także np. przychodzą żony prosząc o pomoc dla swoich mężów – mówi A. Jagodziński, któremu w czwartek w siedzibie „Ogniwa” z okazji 19. rocznicy współtowarzysze z frontu antyalkoholowego odśpiewali uroczyste sto lat. Był toast, ale w szklance była herbata.

„Andrzej, nie postawisz?”

– Jak trafiłem tu, do stowarzyszenia, to był 1998 rok. Od tamtej pory przychodzę tu, słucham innych i uczę się życia. Zanim tu wstąpiłem, podejmowałem różne próby leczenia, m.in. chodziłem do przychodni po tabletki anticol. Ale to nie zmieniało mojego postępowania. Dalej piłem, zdarzało się, że dwa miesiące dzień w dzień. Byłem sam, nie miałem rodziny, nie miałem żony. Rodzina przyszła później. W pewnym momencie zdrowotnie, fizycznie nie mogłem tego znieść. Druga próba z anticolem skończyła się tym, że spotkałem się z kolegami, z którymi piłem. Były akurat andrzejki. Powiedzieli do mnie: „Andrzej, masz imieniny, nie postawisz?”. Dałem pieniądze, poszli, kupili. A ja, zamiast odejść, zostałem z nimi. I się zaczęło. Kolega nalał mi jednego, wypiłem i znowu piłem kilka dni, aż wylądowałem w Zielonej Górze na detoksie – wspomina trudne dla siebie lata 90. A. Jagodziński.

– Nałogowe picie alkoholu porównuję do sytuacji z małym dzieckiem, które cały czas bawi się jedną, ulubioną zabawką i nie chce jej oddać. Dla mnie taką zabawką była butelka, która, tak mi się wtedy wydawało, rozwiązywała wszystkie moje problemy. I wkurzałem się na tych, którzy mi tę butelkę chcieli zabrać – mówi 52-latek.

Jego picie zaczęło się, kiedy za chwilę właśnie miał skończyć podstawówkę. – Na początku było dość niewinnie To była siódma albo ósma klasa. Potem piłem całą zawodówkę. Na tym opierało się moje życie – na alkoholu i kolegach, z którymi chciało się imprezować. Już kiedy miałem pójść do wojska, mama podała mnie na komisję rozwiązywania problemów alkoholowych. Ale wtedy od tego leczenia się uwolniłem, bo pokazałem bilet do wojska. Jednocześnie powiedziałem sobie, że zrzucę mundur po odbyciu zasadniczej służby wojskowej i przestanę pić. Guzik prawda. Nie przestałem. Potem przyszła praca zawodowa i też piłem na umór. Nie zatrzymywałem się i tylko dzięki mamie i siostrom nigdy nie doszło do sytuacji, żeby wyrzucono mnie z pracy – opowiada A. Jagodziński. Jego rodzina chciała mu pomóc, on tę pomoc notorycznie odrzucał.

Mijały lata, pił coraz więcej. W którymś momencie poczuł się wykończony. Anticol pomagał na chwilę. I wreszcie, kiedy doszedł do ściany, poszedł do zaufanego kolegi i zapytał, czy pójdzie z nim do anonimowych alkoholików. – Sam bałem się, wstydziłem, więc poprosiłem o pomoc. Ale nie kolegę od kieliszka, tylko jednego z nielicznych, który był prawdziwym przyjacielem. Zaprowadził mnie na grupę AA i dopiero przyjście tutaj wysłuchanie innych z podobnym problemem, podzielenie się swoim doświadczeniem – to wszystko pozwoliło mi zacząć nowe życie. Dopiero tu zacząłem dojrzewać. Odbudowywać wiele rzeczy, które zaniedbałem – mówi A. Jagodziński. Nazywa to wręcz ponownymi narodzinami do nowego życia. Z czasem, powoli, małymi kroczkami, zadbał o swój rozwój życiowy.

– Kiedy przestałem pić, nie umiałem włączać komputera. W tej chwili robię strony w internecie. Prowadziłem radio internetowe, ale ZAiKS mi się przyczepił i musiałem z tego zrezygnować. Robiłem to przez pięć lat, a moich audycji słuchało po 200 osób. Cały mój rozwój życiowy nastąpił już na trzeźwo – wylicza mój rozmówca.

Po sześciu latach bez kropli alkoholu poznał żonę. – Jak się poznaliśmy, powiedziałem, że miałem problem z wódką. Na początku z jej rodziny płynęły sygnały, żeby żona zaprzestała spotkań ze mną. „Co ty robisz, kogo sobie chcesz wziąć za męża. Alkoholika? On w każdym momencie może wrócić do picia” – mówili jej bliscy. Ale na szczęście dla mnie to potoczyło się inaczej. Urodził się jeden syn, drugi, a cztery lata temu córeczka. Nigdy, przenigdy ani moja żona, ani moje dzieci nie widziały mnie pijanego. Przekonanie o mojej osobie się zmieniło. Żeby żyć, do końca życia muszę darować abstynencję. Nie jestem kamikadze, żeby próbować wracać do tego samego, co mnie doprowadziło do upadku – mówi A. Jagodziński.

„Jedna na milion”

W „Ogniwie” spotkał m.in. Ewę (nazwisko do wiadomości redakcji). W grudniu miną 23 lata, kiedy całkowicie odstawiła alkohol i 28 lat od momentu, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że ma problem alkoholowy. Podobny mieli jej rodzice, a potem brat.

– W moim przypadku zaczęło się od picia na różnych imprezach i spotkaniach towarzyskich. Z czasem poszłam do pracy, wyszłam za mąż, a alkohol stał się obecny w moim codziennym życiu. W domu, w pracy, którą ostatecznie straciłam, bo przestałam się zrywać z rana, żeby się wyszykować i normalnie pójść pracować. Po prostu z powodu wycieńczenia nie było na to siły – wspomina swój życiowy zakręt nowosolanka.

Pod koniec lat 90. zaczęło do niej docierać, że ma wielki problem z piciem. W 1989 roku po raz pierwszy poszła do przychodni przy ul. Witosa, żeby podjąć próbę leczenia. Butelkę odstawiła na rok. – Po tym okresie uznałam, że już jestem wyleczona. Już wtedy namawiano mnie, żebym przyszła na grupę Anonimowych Alkoholików, ale chyba wewnętrzny wstyd powodował, że nie mogłam zrobić tego kroku. Myślałam, że sama sobie poradzę, ale nie się nie udawało – mówi pani Ewa.

Nałogowi sama próbowała się stawiać przez pięć lat. – W tym czasie naiwnie myślałam, że mogę się wrogowi postawić sama. Któregoś razu, gdzieś w jakiejś książce, znalazłam informację, że jedna osoba na milion może sobie poradzić z tą chorobą sama. Myślałam, że to ja będę tą jedną na milion. Pomyliłam się. Nie ma takich cudów. Ostatecznie trafiłam na grupę AA. Odważyłam się i przyszłam. Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ale 11 miesięcy utrzymywania abstynencji skończyło się powrotem do kieliszka. Znowu się przeliczyłam, bo myślałam, że potrafię kontrolować swojej picie, a niestety kolejny raz popłynęłam, a potem znowu wróciłam na mitingi AA – opowiada moja rozmówczyni, która, podobnie jak pan Andrzej, przywołuje pewne pamiętne imieniny.

– Któregoś razu na imprezie imieninowej wstałam i powiedziałam, że więcej nie piję, że z tym zrywam, bo zaczęłam chodzić na grupę AA. Była wielka konsternacja i takie niedowierzanie wśród uczestników tamtej imprezy. Ale następnym razem znowu impreza u kogoś i znowu Ewka nie piła. Zaczęłam zauważać, że towarzystwo przestaje do nas przychodzić. Martwiłam się, że tracimy znajomych. Po jakimś czasie, po kilku latach, zrozumiałam, że to oni stracili przy mnie komfort picia. Nie chcieli ze mną posiedzieć przy cieście i herbacie. Okazało się, że koleżanki i koledzy, których straciłam, to nie byli prawdziwi przyjaciele, a tylko ludzie od picia. Tak naprawdę można było liczyć na rodzinę – wspomina 63-latka, która dodaje: – Dziś mogę powiedzieć, że tu, w stowarzyszeniu, jest taka ogromna siła, która potrafi człowieka powstrzymać od picia. Bo jest się z ludźmi, którzy mają ten sam problem. I dziś już wiem, że nawet jak ma się wokół siebie ludzi pijących, jak się bardzo chce, to można z tego wyjść. A ja bardzo chcę być trzeźwa.

Rywali dwóch – alkohol i rak

Jej równolatkiem w trzeźwości jest pan Andrzej Łuczyński. – Moja droga do AA wiodła przez mój pijacki nałóg, który zaczął się pod koniec podstawówki, a zakończył, jak ja to mówię, takim piciem na ostro przez 15 lat – mówi mój kolejny rozmówca. U niego zaczęło się od szklaneczki wina z kolegami, by później te trunki porzucić dla ostrzejszych, w tym także, jak to zdrobniale ją nazywa Andrzej, wódeczki.

– Ożeniłem się mając 20 lat. Z małżonką często chodziliśmy do przyjaciół i znajomych. Tam się piło sporo, coraz więcej. Piłem także w pracy. Pracowałem w budowlance, gdzie w komunizmie było na to duże przyzwolenie. Jeździłem w delegację, w baraku siedziało się od poniedziałku do piątku i wieczory umilało się alkoholem. Jak nie w baraku, to szło się też do knajpy i tam spędzało się wieczory przy drinkach i jakiś piwkach. Kolega miał gitarę, na której pogrywał. Czyli było bardzo na wesoło. Po takich zakrapianych wieczorach wstawało się o 4.00, 5.00 rano i z powrotem na budowę. Jak było się młodym, to organizm bez problemu wytrzymywał takie rzeczy jak kac. A po pracy znowu się szło do knajpy – usłyszałem od byłego budowlańca, który wtedy z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc cementował swój związek z alkoholem.

– Z wiekiem, zamiast pić coraz mniej, wojowałem z nim coraz więcej. Nie mogłem tego zahamować. Obiecywałem żonie, że nie będę pił, ale te obietnice na długo nie starczały. Dwa tygodnie, trzy tygodnie, czasem dwa miesiące, ale zawsze wracałem. Po latach okazało się, że bez alkoholu już nie umiałem funkcjonować – wyznaje szczerze Andrzej. Kiedy organizm zaczynał odczuwać braki procentów, zaczęły też pojawiać się delirki.

– Rano trzeba było wstać do pracy, a w nocy człowiek cały dygotał. Więc przed pracą szedłem na tak popularne kiedyś meliny, brałem pół litra wódki, żeby się organizm nie trząsł i wchodziłem na zakład. Oczywiście z niedopitą flaszką. Jak nie starczało, to trzeba było lecieć po następną – mówi mój rozmówca. W pewnym momencie doszedł do ściany. – Wiedziałem już, że z tym fantem coś trzeba zrobić, ale nie wiedziałem co. Gdzieś usłyszałem, że można spróbować szukać pomocy w przychodni. Więc poszedłem. Siostra ze mną poszła, bo sam nie miałem odwagi. Panie zaproponowały mi, żebym brał anticol. Podawali to w takich szklankach musztardówkach. Później przekabaciłem te panie w przychodni, mówiąc, że po co ja mam tu przychodzić, skoro mogę pić ten anticol w domu. Jakiś czas podawała mi te tabletki żona. Z początku piłem, ale później przekonywałem ją, że jak nie sięgam po alkohol, to po co będę brał tabletki. Od kolegów się nasłuchałem, że tabletki niszczą wątrobę. Tak sobie myślę dziś, że od ludzi pijących wódkę brzmiało to dość śmiesznie, bo przecież alkohol niszczył tę wątrobę pewnie jeszcze bardziej – opowiada.

Pan Andrzej z alkoholem zrywał wiele razy. Porzucał go i wracał, najpóźniej po kilku miesiącach. Aż doszło do pamiętnej rozmowy z żoną, która miała tego dosyć.
– W którymś momencie powiedziała: „Ty sobie rób, co chcesz. Ja wyjeżdżam z dziećmi do matki do Świebodzina”. I wtedy światło się wielkie zapaliło u mnie, zadziałał strach, że ją stracę, że stracę dzieci, pracę, która zresztą już wtedy wisiała na włosku. Wróciłem do przychodni i tam spotkałem koleżankę sprzed lat, która zachęciła mnie, żebym poszedł na grupę AA do parku Odry. Poszedłem i od tamtej pory, od 1994 roku jestem tu cały czas. 2 lutego miną dwa lata, kiedy nie pije – zaznacza członek „Ogniwa”.

Andrzej w życiu odnalazł Boga. – Jak to się stało, że wytrzeźwiałem? Wierzę, że Pan Bóg to sprawił. Pięć lat temu miałem raka nasady języka. Ale jestem, żyję, dostałem szansę. Teraz mam przerzuty na płuca, na węzły chłonne. Mam operację na początku grudnia i wierzę, że wszystko będzie dobrze.

Trzeźwość to czyste buty

Zdzisław Sergun na czwartkową imprezę z okazji 19. rocznicy trzeźwości Andrzeja Rogozińskiego przyjechał z Zielonej Góry. – Alkohol towarzyszył mi przez całą moją młodość. Popijało się bardzo wcześnie w bramie ze starszymi kolegami. Pamiętam doskonale wina typu mistella, lacrima, samos, patykiem pisane, Czar PGR-u i byczą krew, które dziś są już tylko wspomnieniem – opowiadał mi przed mitingiem Sergun. Jest dobrze zbudowany, od razu widać, że bardzo silny, ale od pewnego czasu nie na tyle, by wygrać walkę z jedną rzeczą.

– Najsilniejszym przeciwnikiem okazał się alkohol, który od samego początku powodował w moim życiu destrukcję. Powoli, ale bardzo skutecznie – mówi Sergun, który rodzinę założył w wieku 18 lat. Miał zapał i nadzieję, że jego życie ułoży się wręcz filmowo. Owszem, było tam trochę z filmu. Z dramatu.
– W rodzinie była gehenna, bo w moim małżeństwie wygrywał alkohol. Tydzień piłem, po czym przychodziły ze dwa dni abstynencji. Wtedy odrabiałem punkty w oczach żony, a potem znowu przychodził ciąg. Ostatecznie doszło do rozpadu mojej rodziny. Z żoną rozeszliśmy się po 17 latach. Trzeba sobie zdać sprawę, że człowiek, który trzeźwieje, musi przyjąć na siebie ciężar i nieść go dalej. Nie wróci się ludziom zdrowia. Myślę, że moja żona do dziś jest mocno poraniona życiem, poraniona przeze mnie – opowiadał Sergun.

– Moja córka ma dziś 40 lat, za te lata mojego picia, nieobecności w życiu, w wychowaniu, mogłem ją tylko przeprosić. Bo co innego ja jej mogłem powiedzieć? Co mogłem powiedzieć żonie? Chyba mogłem użyć tylko tego jednego, magicznego słowa, które ludziom tak trudno przechodzi przez gardło. Mnie nie, bo wiem, że ono jest z mojej strony szczere – dodał Zdzisław.

– Jeszcze dużo wcześniej, wracając któregoś razu do domu przystanąłem przy dworcu w Zielonej Górze i przykleiłem sobie nos do szyby. Zobaczyłem, jak współtowarzysze niedoli rozpijali denaturat, dzieląc się solidarnie z plastikowego kubka. Poczułem, że ja tam nie pasuję, ale wiedziałem jednocześnie, że jak podejdę do nich, to zrobią mi miejsce w kółku. To był chyba zwiastun tego, że muszę coś zmienić. Ten obrazek mi tkwił w głowie i wracał do mnie, aż w końcu zmieniłem swoje życie. Dziś mówię o sobie, że jestem człowiekiem z marginesu idącym do sukcesu.

Dla Zdzisława trzeźwienie to nie skupianie się tylko i wyłącznie na liczeniu nieprzepitych lat, ale prawdziwa, wewnętrzna przemiana. – To nieustająca praca nad uczuciami, emocjami. Ważny dla mnie jest rozwój duchowy, kontakt z drugim człowiekiem. To jest też już wspomniane przeze mnie mówienie magicznego słowa „przepraszam”, ale także cieszenie się prostymi rzeczami: tym, że słońce świeci, że buty mam czyste, że ktoś powiedział mi „dzień dobry”. To jest dla mnie trzeźwość – podkreśla zielonogórzanin, który niespełna dwa miesiące temu współorganizował Lubuski Dzień Trzeźwości.

Wskazując na wagę problemu podkreślił, jak ważne jest, żeby podejmować różne programy edukacyjne, promować postawy abstynenckie. – Teraz moim marzeniem i dążeniem jest napisanie narodowego – choć nie miałem wymawiać tego słowa – ogólnopolskiego programu trzeźwościowego. Żeby człowiek, który wychodzi z kanału życiowego, nie zginął. Dziś owszem, mówi się, że się pomaga alkoholikom, ale często jest tak, że w którymś momencie i tak zostają sami. Chciałbym, żeby wszystkie stowarzyszenia alkoholowe usiadły do jednego stołu i opracowały kompleksowy program pomocy. Nie politycy, nie lekarze, psychologowie, tylko ludzie, którzy przez to przeszli. Człowiekowi trzeba powiedzieć, że za tą trzeźwością się coś kryje. Że jest wartość dodana. Że można wrócić na rynek pracy. Broń Boże, nie dajemy ryby, tylko wędkę, uczymy, że trzeźwość trzeba pokochać. Dziś trzeźwość jest moją najpiękniejszą kochanką.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content