Turystyka pamięci

Poznański IPN i Stowarzyszenie Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych zorganizowali death camp tour. Rodziny i historycy jeździli w Austrii po miejscach przypominających o tragedii II wojny światowej. Z Nowej Soli pojechał nauczyciel Paweł Kopeć z „Elektryka”. – Codziennie wracaliśmy do hotelu i stawialiśmy pytania, jak mogło dojść do takich rzeczy, jak można było wpaść w ten kult totalitaryzmu. Popularne powiedzenie, że ludzie ludziom zgotowali ten los, ma się nijak do tego, co można było tam zaobserwować i wyobrazić sobie ten ból, strach, cierpienie i lęk – mówi Kopeć

Wyjazd do Austrii potrwał w dniach 28 września-3 października. Paweł Kopeć, nauczyciel historii z „Elektryka”, na co dzień współpracuje z poznańskim oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej. Jeździ po regionie i uczy najnowszej historii Polski, organizuje specjalne lekcje. Warto podkreślić: robi to za darmo.

Uczestnicy wyjazdu do Austrii byli m.in. w Linzu, Obersalzbergu (tam w Berghofie, kwaterze Hitlera), Melku, obozie Mauthausen-Gusen, Ebensee czy w Enns.
– Przedstawiciele rodzin, których członkowie ucierpieli podczas II wojny światowej, chcieli pokazać historykom, jak dzisiaj wygląda kwestia pamięci w miejscach martyrologii narodu polskiego w Austrii – tłumaczy Paweł Kopeć. – A nie wygląda to najlepiej, bo np. w Gusen w miejscu, gdzie ludzie w czasie wojny pracowali w kamieniołomach, jest ujęcie wody pitnej, powstają wodociągi. W Melk pozostało jedynie dawne krematorium z piecem, ale cała reszta tego obszaru to austriacka jednostka wojskowa. Na obszarze obozu w Eben jest dzisiaj osiedle mieszkaniowe. W 1952 w Linzu burmistrz na obszarze obozu Linz II zorganizował ogród botaniczny. Ludzie przychodzą, zachwycają się tam zielenią i nie są świadomi tego, że tam działy się takie straszne rzeczy. Starsze pokolenie wie, natomiast młodsze – i taka jest też często postawa austriackiego rządu – nierzadko przyjmuje pozycję wyparcia się swojej historii. To, co się później działo z podobnymi miejscami, przechodzi ludzkie pojęcie. Brakuje tam pamięci.

Polacy, którzy trafiali do obozów w Alpach, często myśleli, że tam będzie im lżej dotrwać do końca wojny. Nie było.

– Codziennie wracaliśmy do hotelu i stawialiśmy pytania, jak mogło dojść do takich rzeczy, jak można było wpaść w ten kult totalitaryzmu. Naziści ślepo wykonywali rozkazy. W dawnym szpitalu psychiatrycznym w wyniku segregacji rasy osoby, które były upośledzone psychicznie czy fizycznie, były niezdolne do pracy, zostawały eliminowane – odbywały się eksperymenty na nich, eksterminowano ludzi słabszych, a mówiąc brutalnie: utylizowano ich. Dowódca zamku Hartheim był muzykiem z zawodu i cechował się wirtuozerią w zabijaniu. Mówił ludziom, że idą pod prysznic, a szli do komory gazowej. W tym czasie, kiedy zaczynała się eksterminacja, on zaczynał grać na flecie albo na skrzypcach. Ludzie ginęli, a on grał, wpadał w amok na kilka godzin. Prochy spalonych ludzi mielono w młynkach i sprzedawano jako nawóz dla rolników. Ci zorientowali się w pewnym momencie, bo pytali: skąd tutaj tak dużo kości? – mówi Kopeć.

Z wyjazdu najmocniej zapamiętał dwa wzruszające momenty. Pierwszy? Jak spotkał grupę włoskiej młodzieży. – Byli mocno pogrążeni w swoich myślach i to nie było sztuczne. Rzeczywiście przeżywali to miejsce, nie trzeba było wymuszać na nich spokoju i koncentracji.

Drugi moment: kiedy polskie rodziny odnajdywały albo potwierdzały miejsca śmierci swoich bliskich. 90-letnia pani Karolina, która pochodzi z Lublina, razem ze swoim synem znalazła miejsce śmierci ojca i brata. Z kolei pani Joanna spod Warszawy w mauzoleum w Gusen zostawiła pamiątkową tabliczkę z imieniem i nazwiskiem ojca i datami jego narodzin i śmierci.

Uczestnicy wyjazdu zastanawiali się, co zrobić, żeby młodzież z Polski dowiedziała się więcej o tamtych miejscach. Żeby zaczęła kultywować w nich pamięć. – Podczas spotkania z polskimi ambasadorem i konsulem stwierdziliśmy, że najlepiej uruchomić pieniądze Fundacji Narodowej – znaleźć operatora po stronie austriackiej, który organizowałby taką turystykę pamięci – mówi o planach nauczyciel z „Elektryka”.

Paweł Kopeć myśli o zrobieniu wystawy ze zdjęciami z wyjazdu. Chciałby zaprosić nauczycieli czy uczniów. – Ten wyjazd dał mi jako nauczycielowi takiego pozytywnego kopa, dużo energii, pomysłów i inspirację do dalszego działania, co ważne jest w naszym zawodzie – zaznacza Kopeć.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content