Kocham swoje życie [NAD KUBKIEM HERBATY]

– Las kojarzy mi się z biegami charytatywnymi. Dawno już nie brałam w nich udziału przez kręgosłup, ale było tych biegów dużo – o działaniach społecznych i sympatii do ludzi i świata opowiada społeczniczka Izabela Kochanowicz

Najczęściej brykałyśmy sobie po lesie w piątkę: ja, Bogusia Brykalska, Gosia Borowiak, Iza Fijałkowska i Agnieszka Dzierzkiewicz. Miałyśmy taką nieformalną grupę biegową.

Od dwóch lat nie biegamy już wspólnie, bo jesteśmy akurat takie sportsmenki, że każdej coś się stało. Jednej wysiadł kręgosłup, innej kolana, kolejnej kręgozmyk. I jeszcze inne atrakcje.

Nie pamiętam, jak się poznałyśmy. Na pewno Bogusia przedstawiała mnie Agnieszce: „Mam tutaj taką Izę. Ona będzie ci towarzyszyć, bo słabo biega”. Później, jak już się znałyśmy, to Agnieszka stwierdziła, że Boguśka ją okłamała, bo wcale słabo nie biegam!

Trzy z nas były szybkie, a ja z Agnieszką konsekwentnie trzymałyśmy tyły. Ale ta różnica tempa biegania wcale nie przeszkadzała nam we wspólnym pomaganiu. Jeździłyśmy na wszystkie biegi charytatywne. Bywało, że w ciągu dnia zaliczałyśmy dwa.

Co się nie dobiegnie, to się dowygląda

Pamiętam taki fajny bieg we Wrocławiu. Miałam wtedy na sobie kombinezon malarski ubrany dla fantazji. Był ukrop, a ja w tym wdzianku przetoczyłam się przez 5 km. Dziewczyny mi wtedy napisały na tym kostiumie: „Co się nie dobiegnie, to się dowygląda”. Hasło wymyśliła Bogusia na podstawie ulubionego powiedzenia jej córki saksofonistki: „Co się nie zagra, to się dowygląda”. Parafraza tak nam się spodobała, że już następnego dnia zamówiłyśmy sobie adekwatne koszulki.

Potem były też inne napisy, np. „Ona jest taka cudowna”.

 

Robiłyśmy furorę naszymi strojami, perukami, spódnicami. Jeden z Biegów do Pustego Grobu pokonałam np. w stroju królewny: różowa spódniczka i butki różowe [śmiech]. Miło tamte czasy wspominam.

Fajne relacje z tego wyszły. Dobrze na siebie trafiłyśmy. Różnimy się od siebie ogromnie i bywa, że dochodzi między nami do wymiany skrajnych poglądów. Ale zawsze z uśmiechem. I jakoś nam te różnice nie przeszkadzają w przyjaźni. Potrafimy przyjąć odmienne stanowisko i iść dalej. No i wspieramy się, gdy trzeba. Bogusia zawsze chciała wygrać rower na biegach i nigdy jej się to nie udawało. Słyszałyśmy tylko „Ech, dzisiaj nie wygrałam”, albo „Nie. Dzisiaj rower nie jest mój”. Zaczęłam sobie kombinować, jakby tu zaaranżować „akcję rower”. Założyłam tajną grupę na FB.

Oczywiście nie było na niej Bogusi, a wszystkich zaproszonych poprosiłam o dyskrecję. Akcja ruszyła w dzień wolny od pracy. W poniedziałek wpłynęło naprawdę dużo pieniędzy, we wtorek mieliśmy już na połowę roweru, a w środę udało się zebrać całość. Przez chwilę był pomysł, żeby wręczyć jej ten rower podczas biegu charytatywnego Klubu Mam. Jednak bałam się, jak Bogusia zareaguje na niespodziankę w tłumie. Wymyśliłam coś innego. Jako że jak zwykle obsługiwałyśmy z nią jakąś akcję charytatywną, zaciągnęłam ją do sklepu rowerowego „po gadżety na licytację”. W rowerowym miałam już umówionych naszych cudnych chłopaków z Foty z Drona, żeby zrobili zdjęcie na dowód, że rower trafił do właścicielki. Udawali, że akurat są przypadkiem i jakieś zdjęcia robią do folderów. Gdy Boguśka zastanawiała się, co tu wybrać, bo przecież nikt pedałów do roweru licytował na akcji nie będzie, podprowadzałam ją cierpliwie do stojących w szeregu rowerów. Zaproponowałam, że skoro jesteśmy, to możemy sobie popatrzeć i pomarzyć. W szeregu stał rower, który był już dla niej kupiony. Tymczasem Bogusia chodzi od jednego do drugiego, pokazuje, że ten ładny, tamten ładny. Oczywiście o tym, który jej wybraliśmy, nic nie mówi. Myślałam, że nie trafiliśmy z zakupem. W końcu rzuciła na niego okiem i stwierdziła „E, ten z sakwami. Nie mogę mieć sakw, bo mój złomek by ich nie utrzymał”.

Wtedy powiedziałam, że ten rower jest jej.

A ona patrzy na mnie tymi swoimi oczami. Tamtych emocji nie zapomnę do końca życia. Cieszę się, że mogłam być wtedy przy niej i że ludzie zechcieli złożyć się na ten jej rower. Pojawiły się łzy… Prawdziwe to było.

Rower służy oczywiście do dzisiaj. A dla Bogusi i tak najważniejsze na świecie jest to, że lampka rowerowa ma czujnik zmierzchu. Szprychy z kół mogą zginąć, ale czujnik musi być [śmiech]. No i dziewczyna na tym rowerze pomaga innym. My pomogliśmy jej tylko spełniać marzenia następnych osób.
Później zrobiłam jeszcze jedną rowerową akcję. Mamy naszego pana Jurka w klubie biegowym Wikon, do którego należę. I pan Jurek, w ramach rywalizacji o Rowerową Stolicę Polski, zrobił mnóstwo kilometrów na swoim starym rowerze. No to podsunęłam pomysł, żeby kupić mu nowy. Jako klub zrzuciliśmy się na zakup roweru z sakwami.
Trochę taką lokomotywą jestem: wymyślę, coś zacznę, pociągnę kawałek. I dalej samo się dzieje. Otwartość na drugiego człowieka jakoś mi to chyba ułatwia.

Otwórz oczy i serce

Robimy też akcje charytatywne w mojej pracy – na poczcie. Jedna z nich – „Otwórz oczy i serce na drugiego człowieka” – jest skierowana do seniorów i dzieci ze świetlic. Jest możliwa dzięki uprzejmości naszego naczelnika. Wciągam go zresztą we wszystkie możliwe akcje. A on mi na to pozwala.

Bardzo lubię pomagać, chociaż nie jest łatwo wyjść przed szereg i poprosić o współpracę i pomoc w pomaganiu innym. Z drugiej strony mam akurat szczęście być otoczona dobrymi ludźmi. Pewnie dlatego całkiem dobrze mi to wychodzi.

Poza tym Nowa Sól jest fenomenalna. I to nie tylko z tego powodu, że jest Rowerową Stolicą Polski. Tu się zawsze coś dzieje. Gdzie indziej jest tyle akcji charytatywnych, bazarków i innych działań społecznych? I ludzie się tym nie męczą, nie nudzą. I tu nie chodzi tylko o kilka rozpoznawalnych osób, które można wskazać palcem i powiedzieć: „O, to ta lub ten od akcji pomocowych”. Jest jakieś mnóstwo ludzi, którzy pomagają po cichu, przekazują rzeczy na licytacje, wpłacają pieniądze na czyjąś rzecz, by pomóc. To jest niesamowite. Zresztą nie mówimy tylko o pojedynczych osobach. Jest też dużo firm, które włączają się w akcje. I tu, powiem ci, najbardziej ceniony jest kontakt osobisty. Jeśli potrzeba na licytację zebrać jakieś vouchery, to wysłanie mejla czy telefon nie są tak mile widziane jak pukanie do drzwi i rozmowa twarzą w twarz. Później ogromną przyjemnością jest przygotowywanie i wręczanie podziękowań. Lubię to.

Albinos przed ekranem

Czy lubię zwierzęta? Sympatia do ludzi może, choć nie musi, iść w parze z sympatią do zwierząt. Generalnie tak, chociaż przed takimi dużymi, jak koń, czuję respekt [uśmiech]. Psy natomiast niuniam wszystkie, choć swojego nie mam. Mam za to żabę w domu. Ma na imię Stefa. Jest najcudowniejszą na świecie albinoską. Ma żyć ok. 40 lat, a mamy ją od jakichś trzech, może czterech. Raz jej o mało nie uśmierciłam. Czyściłam akwarium i wyciągnęłam ją ręką. Biedna dwa tygodnie chorowała. Od tamtego czasu wyciągam ją przezornie podbierakiem, żeby krzywdy nie zrobić. A generalnie jest cudowna. Ma paznokietki wymalowane na czarno i nie ma języka. Taki gatunek. Jedzenie pakuje przednimi łapami do buzi. Cudnie to wygląda.
Poza tym chyba też trochę się nam uczłowieczyła, bo gdy tylko ktoś z domowników włącza telewizor, przykleja się do ścianki akwarium i ogląda na stojąco. Nie mam pojęcia, czy cokolwiek widzi, ale wygląda jak widz. Reaguje też na swoje imię. Mój mały cudak.

Starsi ludzie pielęgnują wspomnienia

Dla mnie największym autorytetem była moja babcia. Otwarta, serdeczna i dobra, choć wcale nie z powodu łatwego życia. To był taki człowiek, który znikał w kuchni i z niczego robił ciasto. To może się wydawać drobiazgiem, ale mnie nauczyło podejścia do życia i chęci obdarowywania.

Moja babcia od kilku lat nie żyje, a ja ciągle mam wrażenie, że siedzi na swojej kanapie… Bardzo często mi się śni. Rozmawiamy wtedy. Te sny są tak realistyczne, że nawet czuję jej dotyk. Wiesz, w dzieciństwie uwielbiałam ją głaskać po dłoniach. Miała taką aksamitną skórę. I do tej pory te aksamitne dłonie mi się śnią. Cały czas je czuję. Lubię te sny. I lubię myśleć, że gdyby żyła – byłaby ze mnie dumna.

Zresztą w ogóle lubię starsze osoby. Wiem, że przeżyły więcej ode mnie. Mają większe doświadczenie. Pielęgnują w sobie wspomnienia, którymi czasami się dzielą. I to są piękne opowieści o życiu, o uczuciach.

***

Generalnie mam udane życie. Z mężem dobrze się rozumiemy, wspieramy. Lubimy się, to najważniejsze. Każde z nas ma też swoją przestrzeń, swoje pasje, swoich znajomych. Tylko swoich. Oczywiście wspólnych też mamy. Ale fajnie jest czasami spotkać się sama z koleżanką. Nie wszędzie trzeba iść z mężem. I nie wszędzie też mąż musi ciągnąć żonę.

Powiem ci, że lubię siedzieć w kuchni. Lubię swój dom, ale też swoją pracę i w ogóle swoje życie. Siebie samą też [uśmiech].

Zresztą jeśli chce się ludzi kochać, to jakoś tak wypada zacząć od siebie.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content