Kiedy byłem małym chłopcem… Br. Marek Machudera wspomina w 60. urodziny

– Gdy dane jest dożyć 60 lat, to można powiedzieć, że życie aktywne i twórcze osiągnęło pełnię. Warto spojrzeć wstecz, by zatrzymać się choć krótko przy chwilach, które pozostawiły szczególne ślady w mej osobistej historii pierwszych 10 lat życia – pisze br. Marek Machudera, nowosolski kapucyn, który od 2015 r. pracuje w klasztorze Bruneck na południu Włoch. Z okazji okrągłych urodzin, składając mu najlepsze życzenia urodzinowe, zachęciliśmy go jednocześnie do wspomnień z dzieciństwa w Nowej Soli

Pierwsze mieszkanie rodziców znajdowało się w adaptowanym do tego celu biurowcu przy ul. Bohaterów Getta w Nowej Soli. Dwa pomieszczenia na drugim piętrze: kuchnia i sypialnia. Bieżąca woda znajdowana się w połowie długiego na kilkadziesiąt metrów korytarza i przynosiło się ją do kuchni wiadrami. Toaleta wspólna dla ponad dziesięciu rodzin znajdowała się na półpiętrze klatki schodowej. W kuchni był piec na węgiel do gotowania i w sypialni piec kaflowy. Jako dziecko przyglądałem się w zimie przed zaśnięciem iskierkom, które z paleniska spadały poprzez ruszt do komory popielnika. Można było patrzeć i patrzeć. Drugim zajęciem przed zaśnięciem było patrzenie na ścianę przy łóżku i próba wyobrażenia sobie końca świata. W główce dziecięcej świat był płaski i kończył się wysokim murem. Co jest za tym murem? Jak zaglądnąć za niego? Niestety te moje filozoficzne dociekania nie były konsultowane z dorosłymi i pozostały bez rozwiązania.

Bezsilność

We wczesnym dzieciństwie po raz pierwszy doświadczyłem poczucia bezsilności. Rodzice poszli do miasta na zakupy i powierzyli mi zadania patrzenia na młodszego o trzy lata braciszka. „Gdyby się zbudził i płakał, wsadź smoczka do cukru i włóż mu w usta, i powinien się uspokoić” – poinstruowali mnie na odchodne. Mój brat niemowlak się zbudził i zaczął płakać. Po kilku próbach wskazanej metody nie było efektu. Brat beczał wniebogłosy. W mej niemocy położyłem się obok niego i kwiliłem, aż przyszli rodzice.

Zguba

Jak miałem może ze cztery latka rodzice zabrali mnie pewnego razu do miasta. Na Placu Wyzwolenia na wprost ulicy Szerokiej był mały sklepik wielobranżowy. Na wystawie były pistolety na kapiszony i korkowce. Stanąłem przed wystawą wpatrzony w mój wymarzony pistolet i próbowałem wymusić zakup. Zapewne hasła mamy: „Jak ze mną nie pójdziesz, to cię tu zostawię” nie docierały do mnie. Po paru minutach jednak uświadomiłem sobie, że nic nie wskóram i zacząłem wzrokiem szukać mamy. A tu same obce twarze. Przeraziłem się i w ryk. Jeszcze nigdy sam z miasta nie wracałem do domu. Przechodnie pytali się: „Jak się nazywasz? Gdzie twoja mamusia? Gdzie mieszkasz?” Nie wiedziałem nic. W końcu ktoś powiedział: „Ja go znam i odprowadzę go do domu. Ucieszyłem się jak zobaczyłem mamę, ale widocznie nie była jeszcze pogodzona z tym, że nie posłuchałem i oberwałem klapsa.

Bycie oszukanym

Innym razem mama wysłała mnie po mleko na kaszkę dla brata. Mama odliczyła 5 zł 80 groszy na dwa litry i dała mi kankę. Wrzuciłem pieniądze do kanki i wesołym krokiem zmierzałem dzisiejszą ul. Witosa (wówczas Feliksa Dzierżyńskiego) potrzaskując pieniążki w kance do mleczarni po schodkach przy ul. Parafialnej (wówczas przed kawiarnią „Mocca” a za sklepem telewizyjnym). Przed skrętem w ulicę Kuśnierską był na rogu dom Cyganów. Podeszła do mnie kilka lat starsza dziewczynka. Słyszała zapewne brzęczące monety. Powiedziała, że przysyła ją do mnie moja mama i kazała jej się upewnić, że dostałem wystarczająco dużo pieniędzy. Posłusznie wytrzepałem grosiki z kanki. Ona policzyła i powiedziała, że się wszystko zgadza. Dotarłem do sklepu. Pani sklepowa napełniła bańkę. Wręczyłem jej przygotowaną sumę a ona na to: „Ależ ty masz za mało pieniędzy”. Pani kazała mi zostawić kankę i przynieść brakującą sumę. Mama po wyjaśnieniu dała mi pieniążki i je doniosłem.

Pierwsze doświadczenia w kościele

W każdą niedzielę chodziliśmy wieczorem do naszego kościoła parafialnego św. Antoniego. Staliśmy z tyłu przy bocznym wyjściu po prawej stronie. W przedsionku był tam duży krzyż i często stał tam starszy pan i dawał mi cukierka. Oczywiście rodzice zabraniali mi cokolwiek przyjmować od nieznajomych. Przed bocznym wyjściem były po prawej i z tyłu po lewej budki (konfesjonały) i na ich środku za drzwiczkami siedział tam jakiś ksiądz. Miał zapalone światełko i czytał swoją książkę. Czasami światełko gasło. Nie widząc jak ów ksiądz opuszcza tę „budkę” byłem przekonany, że pod nią w piwnicy jest jego mieszkanie. Jako dziecko widziałem u mojej babci, jak się w kuchni otwiera właz i można było zejść na dół. Czyli logicznie przeniosłem obraz mieszkania babci na „budkę” w kościele.

Przedszkole i „Czterej pancerni i pies”

W maju 1966 roku telewizji w wystartowała propagandowa epopeja o wygraniu Drugiej Wojny Światowej przez polskich żołnierzy u boku Rosjan. Całe rodziny oglądały ten serial i bohaterzy byli nam dobrze znani. Byłem wtedy w przedszkolu w grupie średniaków. Pewnego dnia Czarek z mojej grupy wykazał się swoim talentem menadżerskim. W czasie wolnej zabawy przy pomocy dużych klocków i koca zbudował czołg „Rudy 102”. Jako Janek Kos dobrał sobie z grupy żołnierki Marusię i Lidkę oraz psa Szarika. Był nim Darek. Jako pominięty w tej zabawie wybrałem sobie rolę dywersanta, którego zadaniem było zniszczenie czołgu.

Nauka czytania

Inną granicą, która wydawała mi się w wieku przedszkolnym nieprzekraczalna, była chęć pojęcia sztuki czytania.

Jak można pojedyncze litery składać w wyrazy? Umiałem wtedy pisać dwa: „Rudy” (dla młodszych: nazwa czołgu z serialu TV „Czterej pancerni i pies”) i „mama”. Moja mama widząc mą rozterkę chciała mi pomóc. Siedliśmy przy stole i mama pisała literki i mówiła: „M – mmm tak jak robi krowa; A; M – mmm jak robi krowa i A. M-a-m-a. Co słyszysz?” Hmm, co słyszę? Z obawy by nie rozczarować mamy chwilę się zastanowiłem i na kolejne: „Co słyszysz?” lękliwie wyszeptałem: krowa?. Pominę reakcję mej rodzicielki.

Mama i pijak na ulicy

Moja mama Janina (ur.1939) jest osobą pogodną i chętną do pomagania ludziom w ich potrzebach. Pamiętam jak jako dziecko pewnego wieczoru wracałem z nią od krawca niemowy, który mieszkał w parterowym domku na dawnej ul. Dzierżyńskiego. Panowały ciemności, gdyż lampy uliczne wysiadły i nagle w czasie drogi powrotnej potknąłem się. Na ulicy leżał zupełnie pijany młody mężczyzna. Ciągnąłem mamę, aby iść dalej, a ona zaczęła wypytywać, jak się ten człowiek nazywa i gdzie mieszka. Wybełkotał, że na ulicy Ceglanej, numer taki a taki i podał swoje nazwisko. Mama go podniosła i podpierała z jednej, a ja z drugiej strony i kołyszącym krokiem doszliśmy pod wskazany adres. Był to piętrowy dom ceglany po prawej stronie. Zadzwoniliśmy. Kobieta, która wyszła do nas, nie wydawała się być zadowoloną z przyprowadzonej zguby. Nie padło żadne słowo. Ani dziękuję, ani nic. Za każdym razem, kiedy w kościele czyta się przypowieść Jezusa o dobrym samarytaninie wraca do mnie to wspomnienie.

Fałszywe oskarżenie

Kolega, który mieszkał pod nami miał na imię Mirek. Był rok starszy i chętnie bawiliśmy się razem. Jedną z naszych ulubionych zabaw było skakanie z coraz to większej liczby schodków w klatce schodowej. Schody były z drewna i do półpiętra może było ich z 12. Nie były bardzo wysokie. Mieliśmy wtedy może 6-7 lat. Z czasem doszliśmy do tego, że z oparciem o poręcz pokonywaliśmy na jeden raz przestrzeń z piętra na półpiętro. Pewnego razu nie było go widać na podwórku. Zniknął. Rodzice powiedzieli mi, że złamał nogę i leży w łóżku. Poprosiłem, by zapytali jego rodziców, czy mogę go odwiedzić. Zgodzili się. Mama dała mi jakieś słodycze i wytłumaczyła, że jak się odwiedza chorego, powinno się dać jakiś mały prezent. Udaliśmy się na wizytę. Mirek był do pasa w gipsie i jego noga była usztywniona. Jego rodzice mieli kwaśne miny, a on sam zdawał się odwracać ode mnie głowę i nie okazał żadnej radości. Dość szybko wyszliśmy do siebie. Nie wiedziałem, co się stało. Jedno było pewne, że coś było nie tak. W mieszkaniu rodzice wyjaśnili mi, że Mirek jak złamał nogę powiedział do swoich rodziców, że ja go popchnąłem. Widocznie bał się ich i skłamał. Jego ojczym zdawał się być człowiekiem bardzo surowym. Tak mój życiowy bagaż doświadczeń dziecka został wzbogacony o kłamliwe obciążenie winą. Dziecięce spontaniczne zaufanie do kolegi zostało zranione. Życie nie jest łatwe.

Utonięcie

Pod koniec pierwszej klasy podstawówki, czyli w czerwcu 1969 roku kolega zachęcił mnie, by przepłynąć na boczny brzeg tzw. kociego stawku. On był przy tuszy i był pewny, że przepłynie. Czułem, że to dla mnie za duży dystans. Było to zaledwie jakieś 30 metrów. On jednak nalegał i w końcu popłynąłem za nim. Moje obawy były słuszne. Niedaleko brzegu ręce były jak z waty i czułem, że nie dam rady. Resztkami sił wołałem o ratunek w stronę stojących na brzegu chłopaków. Utonąłem. Tu mogłaby się zakończyć historia mojego życia. Obudziłem się na brzegu. Pamiętam, jak ktoś powiedział: „Karol zostaw go, już oddycha.” Karol był kilka lat starszy i mieszkał przy Placu Solnym.

Siostra Urszula Chymkowska (1929-2004)

W pierwszej klasie uczyła nas religii elżbietanka siostra Urszula. Nauczyła nas m.in. aktu wiary, nadziei, miłości i żalu. Każdą naukę religii zaczynaliśmy od tej modlitwy: „Boże choć Cię nie pojmuję…” Najbardziej utkwiła mi w pamięci historia o proroku Jonaszu z morałem, że człowiek nie jest w stanie uciec przed pełnieniem woli Bożej.

Podwójna pierwsza komunia

Moja Pierwsza Komunia miała miejsce rok przed tą oficjalną. Byłem w pierwszej klasie. Na mszy dla dzieci staliśmy w kościele św. Antoniego z przodu tuż przed balaskami. Było tłocznie. Siostra Urszula uważała, abyśmy byli cicho i animowała nas do śpiewu. Pewnego razu postanowiłem tak jak starsi przyjąć od kapłana biały opłatek. Kiedy siostra to zauważyła, było już za późno. Nie miałem świadomości popełnienia czego złego. Przy tym nie było jakiegoś nadzwyczajnego przeżycia a i katechetka oszczędziła mi upomnienia.

Ojciec Ryszard Śleboda (1938-2003)

W drugiej klasie do właściwej Pierwszej Komunii św. przygotowywał nas kapucyn ojciec Ryszard. Lekcje religii były w kościele, w salce nad zakrystią. Ojciec Ryszard miał wtedy małe dmuchane organki i używał ich do akompaniowania w ćwiczeniu śpiewu. Ze względu na moją pokaźną posturę bywałem przez niego proszony jako siła dmąca. Raz była kara za rozmawianie w czasie lekcji religii. W zasadzie nie gadałem, tylko byłem zwrócony do kolegi, który chciał mi coś powiedzieć. Oberwałem znienacka kijem w ramię. Oj, zabolało. Nie spodziewałem się od ulubionego katechety takiej reakcji. Ale przebaczyłem natychmiast. O. Ryszard używał slajdów na katechezie. Jeden obraz z chłopcem na rozdrożu wobec wyboru dobra lub zła utkwił mi szczególnie w pamięci. Przy jego uszach z jednej strony był namalowany anioł, a z drugiej szatan. Mogłoby się wydawać, że to tylko taki naiwny dziecięcy obraz. Ale …

Tragedie

Wewnętrzny głos sumienia wzywający do wyboru dobra i unikania zła bywa przytłumiony czy zagłuszony przez inny głos. Niektórzy znajomi, którzy byli u pierwszej spowiedzi i komunii św. w tamtych latach, w późniejszym czasie popełnili ciężkie przestępstwa: mord, rozbój czy gwałt. Siedzieli lub jeszcze siedzą w więzieniu. Co ich zwiodło? Zysk i szukanie przyjemności? Czy też ktoś zły obiecał im szczęście na krzywdzie innych?

Egzamin

Przed pierwszą komunią był egzamin z katechizmu. Trzeba było się nauczyć na pamięć odpowiedzi na ponad 100 pytań. Bardzo się bałem. Był to pierwszy egzamin w życiu. Potem pamiętam próby przed spowiedzią, próby wejścia do kościoła i podchodzenia do komunii.

Sama uroczystość była radosna i doniosła. Powiedziałbym, że wtedy zbyt dużą wagę przywiązywało się do poprawności zewnętrznej. Dzieci koncentrowały się za wiele na tym, by w czymś nie uchybić, równo podejść, a nie na podniosłości tego wydarzenia. Pamiętną mszę 17 maja 1970 roku odprawiał proboszcz o. Paweł Kochański (1924-1987). Katecheta czuwał nad poprawnością przebiegu uroczystości. Treści ze mszy nie pamiętam żadnej, ale poprzez liczne próby utkwiły mi pieśni: „Bądźże pozdrowiona Hostio żywa”, „Pan Jezus już się zbliża”. I na koniec: „Pod twą obronę Ojcze na niebie – grono twych dzieci swój powierza los. Ty nam błogosław, ratuj w potrzebie i broń od zguby, gdy zagraża cios”. Do tej ostatniej strofy w tym ciągnącym się doświadczeniu pandemii chciałoby się powiedzieć „Amen”. Czyli niech się tak stanie.

Cudzysłów

Dwie pierwsze klasy uczęszczałem do szkoły podstawowej nr 2, a po przeprowadzce na oś. Kopernika do szkoły nr 6. Klasy w nowej szkole miały wtedy ponad 40 uczniów. Kilka szczegółów utkwiło mi w pamięci po przyjściu do nowej placówki. Na jednej z pierwszych lekcji pani Wiesława Gorący (1944-2018) mówiła: „Dzieci, piszemy na środku kartki lekcja. Pod spodem od początku linijki piszemy: Temat. Macie już? Teraz robimy dwukropek i otwieramy cudzysłów…”. Zrobiłem dwukropek i posłusznie zacząłem pisać: „Otwieramy .…”. Ale inne dzieci napisały to bardzo szybko. Zaglądam do zeszytu kolegi obok. Chwila zażenowania i wszystko było jasne.

Czytanki

Najlepsza lekcją w klasie trzeciej była tzw. lekcja wychowawcza. Nasza wspomniana powyżej pani czytała nam wtedy lektury Romana Pisarskiego „O psie, który jeździł koleją”, Janusza Przymanowskiego „Tajemnica wzgórza 117” i inne. Czytała tak sugestywnie i malowniczo, że opowiadane obrazy jakby przesuwały się w naszych myślach.

Pierwszy „kosz”

W tamtym czasie poprzednikiem mediów społecznościowych była moda na pamiętniki z wpisami współuczniów. Wpisywało się mniej lub bardziej mądrą sentencje np. „Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz” lub mickiewiczowskie miej serce i patrzaj w serce. Wpis był ozdobiony własnoręcznie wykonanym malunkiem. Zdjęć się wtedy w zasadzie nie wklejało. Pewnego razu poprosiłem o wpis koleżankę, która podobała mi się od samego początku przyjścia do tej klasy. Dziewczynka ta siedziała w klasie w środkowym rzędzie w drugiej ławce po lewej stronie. Nieśmiało poprosiłem o wpis i otwarłem mój pamiętnik. Prośba jednak została odrzucona. Uff. Moja pierwsza porażka w życiu emocjonalnym. Co nią wtedy kierowało?

Nierówny start i współczucie

Ewa z naszej klasy była drobną dziewczynką z grubymi okrągłymi okularami. Z nauką radziła sobie słabo. Pewnego razu na lekcji matematyki została wezwana do tablicy do wyliczenia prostego dodawania. Nauczycielka, nie pamiętam już która, stała nad nią, traciła cierpliwość i wręcz krzyczała: „Ile to jest? Ile to jest?”. Biedna dziewczynka za każdym powtarzanym pytaniem jakby była wgniatana w podłogę i z lękiem poprzez swe okularki patrzyła bezradnie do góry na panią. Ogarnęło mnie uczucie współczucia i bezradności. W oczach pojawiły się łzy. Nauczycielka nie rozumiała, że ona tego po prostu nie pojmowała.

Przezwiska

Darek z naszej klasy miał talent nadawania pseudonimów. Pewnego razu będąc u mnie w domu zobaczył fotografię ślubną moich rodziców, gdzie tato był w mundurze marynarskim. W telewizji w tamtym czasie w poniedziałki był program pt. „Zwierzyniec” autorstwa niezapomnianego Michała Sumińskiego (1915-2011). Popularyzował on wiedzę o zwierzętach, a na koniec były filmy animowane. Bohaterem jednego z nich był aligator Wally jako wspaniały żeglarz. Darek spojrzał na mnie i powiedział: „To ty od teraz będziesz Wally” (czyt. Łoli). To pseudoimię zostało mi aż do czasów studiów i było używane także w odniesieniu do mojego brata (mały Łoli) i taty (pan Łoli). I tak miałem szczęście, bo mój kolega z ławki ze względu na żucie gumy dostał od Darka ksywkę „Krowa”.

Powołanie kapłańskie

Nie miałem powołania od małości jak to się czyta czasem w życiorysach świętych. Pamiętam, że jak byłem w trzeciej klasie, to pewnego razu siedząca za mną koleżanka Grażyna Pawlak zasugerowała mi, nie wiem nawet z jakiego powodu: „Ty chyba będziesz księdzem”. Doprawdy do tego czasu nigdy o tym nie myślałem. Odparłem więc jej zaprzeczając, że prędzej mi kaktus urośnie na ręce. Bogu dzięki jeszcze mi nie wyrósł.

Marek Machudera

*Autor urodził się w 1961 w Nowej Soli. Uczęszczał do szkoły podstawowej nr 6, jest absolwentem Technikum Elektrycznego. Formację religijną odebrał na tzw. salkach u braci kapucynów w parafii św. Antoniego. W 1982 r. wstąpił do zakonu braci mniejszych kapucynów i odbył studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie.

W 1989 został wyświęcony na kapłana. Po pięciu latach pracy w Polsce przebywał z ramienia zakonu od 1994 do 2014 r. w różnych klasztorach w Austrii. Od 2015 pracuje w klasztorze Bruneck w południowym Tyrolu (Włochy).

Brat Marek w wolnym czasie zajmuje się amatorsko fotografią, a swoje zdjęcia umieszcza na portalach społecznościowych NK i FB.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

One thought on “Kiedy byłem małym chłopcem… Br. Marek Machudera wspomina w 60. urodziny

  • 29 marca 2021 at 18:04
    Permalink

    Wspaniały kolega ,który wnosił zawsze jakiś nadprzyrodzony spokój gdziekolwiek się pojawił. Zawsze można było liczyć na jego pomoc. Poznałem to gdy mieliśmy po 15 lat. Już wtedy miał w sobie „aurę ” z której nie zdawał sobie sprawy. Zawsze myślałem że będę mógł zwrócić się do niego o pomoc duchową w czasie jakiegoś zwątpienia. Niestety ostatnie lata pokazały za Marek zaangażował się bardziej w promocję obecnego rządu niż w to do czego powołał go Bóg. Tym samym traci bezpowrotnie swój autorytet wśród dawnych kolegów i to nawet tych za których kiedyś sprawdziany pisał w czasach technikum. Cóż .Błądzić jest rzeczą ludzką. Sto lat Marku!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content