Poszukiwani mają fantazję

Monika Owczarek: Nie upublicznia pan swojego wizerunku, nie podaje nazwiska. Czy po tylu latach pracy w policji czuje się pan anonimowy?
Funkcjonariusz służb kryminalnych: Trudno w tak niewielkim mieście zachować anonimowość.
Tym bardziej, że zajmuję się między innymi zatrzymywaniem osób, które nie chcą się zgłosić do odbycia kary. Wydaje mi się, że po tylu latach mojej pracy ci ludzie mnie znają. Tym bardziej, że mam już na koncie ponad 1000 doprowadzonych. Popularnie nazywanym tajniakiem w wydziale kryminalnym jestem od 1997 r. wcześniej przez trzy lata byłem w patrolu i cztery dzielnicowym. Na początku w kryminalnym zajmowałem się kradzieżami. Po przejściu na emeryturę jednego z kolegów zostały mi przydzielone poszukiwania.

Na czym polegają poszukiwania, kogo dokładnie pan szuka i z jakiego powodu?
Zajmuję się ustaleniem miejsca pobytu osób, które nie chcą zgłosić się w celu odbycia kary, a są na przykład poszukiwane listami gończymi. Ustalam też miejsce pobytu osób dla prokuratury. Doprowadzam do identyfikacji nieznanych zwłok.
Poszukuję też osób zaginionych. W tym ostatnim przypadku są trzy kategorie. Pierwsza wzywa do natychmiastowego działania, bo wiąże się z zagrożeniem życia zaginionej osoby. Przykłady można mnożyć, ale chodzi o to, że ktoś wychodzi z domu w wielkim gniewie, grozi samobójstwem. Bardzo często szukamy osób starszych, to wręcz staje się nagminne. Rodziny nie dbają o swoich seniorów. Z roku na rok coraz bardziej zapominają o starszych. Górę bierze pęd za karierą i ciągła praca. Schorowani, samotni rodzice i dziadkowie przestają sobie sami radzić, a ich bliscy tego nie zauważają. Wychodzą z domów, nawet nieświadomie i nie mogą później wrócić. U starszych pojawia się też pamięć wsteczna, często chcą wrócić do rodzinnego domu i idą przed siebie.  A tak niewiele trzeba, żeby zadbać o ich bezpieczeństwo, choćby poprzez specjalne sygnalizatory na nadgarstki. Technika daje dziś możliwości, które pomagają zadbać o bliskich. Przydatne są już same naszywki na ubraniach z imieniem i nazwiskiem. Skupiam się na tym, bo w ostatnich latach przybywa nam zaginięć osób starszych. W 2014 było takich przypadków 36, w 2015 – 49, a w ubiegłym roku już 54.

Jak najczęściej kończą się takie poszukiwania?
Każdy przypadek jest inny. Za zaginioną z Rudna długo przeczesywaliśmy wskazywaną przez świadków okolicę w pobliży miejscowości, a ostatecznie znaleziono ją przy Trzecim Stawem. Nie można niczego założyć na pewno. Zdarza się, że wszczęty został wielki alarm, nadano zaginięciu pierwszą kategorię, postawiono służby na równe nogi, bo np. mąż zgłasza, że żona wyszła z domu i zniknęła. My się podrywamy, a pani była piętro niżej u sąsiadki na herbacie.

Czy ważne są pierwsze 24 godziny i w jakim czasie mamy zawiadamiać o zaginięciu?
Nie wiem, skąd się wzięło przekonanie, że trzeba czekać 24 godziny ze zgłoszeniem. Może z telewizji lub jakiś filmów. Jeżeli ktoś nabiera podejrzeń co do zaginięcia danej osoby, powinien to natychmiast zgłaszać. Byłoby dobrze, gdyby rodzina przychodząc do nas coś wiedziała o zaginionej. Bardzo często się zdarza, że ludzie nic nie wiedzą o swoich dzieciach. Nie potrafią odpowiedzieć na podstawowe pytania. Tak się dzieje w przypadku zgłoszeń zaginięć nastolatków, którzy nie wrócili po szkole do domu. Potrzebna nam jest podstawowa wiedza: z kim się spotyka, czym się interesuje, gdzie lubi chodzić i oczywiście aktualne zdjęcie. Nie wiem, dlaczego tak jest, że rodzice niewiele wiedzą. To oczywiście nie jest reguła, bo są tacy, co wiedzą tyle, ile trzeba. Nie chodzi o to, żeby śledzić dzieci, tylko je znać. Odpowiedź, że przyjaźni się z Krysią, to za mało. Potrzebujemy nazwiska Krysi i miejsca zamieszkania, przynajmniej miasto. Jednak w ostatnim czasie zaginięć nastolatków mamy zdecydowanie mniej. Nie ma już tego popularnego giganta z dawnych lat. Kiedyś nasz wydział był przygotowany do ciężkiej pracy w trakcie wakacji, czy podczas Woodstocku. Dzisiaj to incydentalne przypadki. Doskonale poradzili sobie też wychowawcy i dyrekcja domu dziecka w Kożuchowie z takimi sytuacjami. Przed laty dwa, do trzech razy w miesiącu podopieczni placówki uciekali do swoich rodzin, z którymi nie powinni być. Dzisiaj to wyjątkowe okoliczności.

Musi też pan wykonać trudną pracę identyfikacji ciał.
Zastanawiałem się, ile mogę na ten temat powiedzieć. Nie chodzi o to, że są to tajne operacje tylko bardzo trudne, obciążające psychicznie. Myślę, że Czytelnicy nie powinni wyobrażać sobie ciał, które zostały odnalezione po długim czasie, czy relacji z sekcji zwłok. Umysł ludzi robi „zdjęcia”, takie obrazy wracają później w różnych okolicznościach, a to wcale nie jest potrzebne. To trudne tematy, a jeśli człowiek jest człowiekiem, to bardzo ciężkie. Nie idzie się do tego przyzwyczaić.

Cały czas trwają poszukiwania osób, które pomimo wielkiego wysiłku nie zostały odnalezione. Mam tu na myśli choćby mieszkankę Bytomia Odrzańskiego.
Tak, do dzisiaj szukamy mieszkanki Bytomia Odrzańskiego, pani Bożeny Marczykowskiej. W tym przypadku wciąż trwa śledztwo.
Z takich długich spraw mamy na dziś cztery. Jedna z nich jest już na 90 procent rozwiązana i zostanie za moment zamknięta. Chodzi o panią, która wyjechała, zerwała kontakt z bliskimi i była przez nas długo poszukiwana. Zakładaliśmy gorszy scenariusz, a raczej wszystko dobrze się skończy, ale nie mogę jeszcze nic więcej powiedzieć.

Pamięta pan głośną sprawę poszukiwania pracownicy poczty? Robiliśmy artykuły na pierwszej stronie, całe miasto szukało tej kobiety.
Oczywiście, to była głośna sprawa. Na końcu poszukiwań było szczęśliwe zakończenie. Choć z perspektywy czasu myślę, że te wszystkie osoby, które tej pani szukały, czuły się rozczarowane. Nie tym, że nic jej się nie stało, broń Boże, ale tym, że zagadka zniknięcia była taka banalna i stał za nią zabieg upiększający. Muszę przyznać, że to były wyjątkowe poszukiwania. Mieszkańcy w nie zaangażowani podnosili każdą kratkę ściekową, zaglądali do koszy.

Kolejny tematy: Łukasz znad Odry i mężczyzna z pola pod Lelechowem, czy Wanda z Bielaw.
Długo trwało ustalenie tożsamości pana Łukasza. Dopiero po reprodukcji twarzy przez fachowców z Poznania jeden z mieszkańców go rozpoznał. Sytuacji, że pomogło dopiero zdjęcie jest wiele. Przed laty znalezione zostało zmumifikowane ciało mężczyzny na polu w okolicy Lelechowa. To była bardzo trudna sprawa. Nawet po publikacji zdjęcia, nikt się nie odezwał. Jedynym nie do końca wyjaśnionym tematem była piżama, w którą mężczyzna był ubrany z wyszytym jakimś numerem.
Rozpytaliśmy wszystkie szpitale w promieniu 100 kilometrów i nic. Brakowało mi w Nowej Soli jednego człowieka, miałem przeczucie, ale żadnych dowodów. Sprawa ruszyła dopiero po wizycie w pralni. Tam od pracownicy usłyszałem, że piżama na pewno jest z zielonogórskiego szpitala z oddziału zakaźnego, bo na to wskazywały symbole na naszywce. Ta kobieta nawet sama je naszywała. Tam na zakaźnym, w końcu ustaliliśmy, że owszem mieli przypadek mężczyzny, który wypisał się na własną prośbę, a miał sepsę. Dopiero po tym ściągnięta została rodzina, która dokonała identyfikacji ze zdjęcia. Mężczyzna ten mieszkał w Kożuchowie, najprawdopodobniej szedł do domu. Było lato, wielkie upały, upadł na polu i już się nie podniósł.
W przypadku zgłoszenia zaginięcia mieszkanki Bielaw, dziś mogę to już otwarcie powiedzieć, już w pierwszych chwilach, tam na miejscu, intuicja nam podpowiadała, że coś jest nie tak.

W każdej pracy jest tak, że niektóre sytuacje się stale wspomina. Czy ma pan historię związaną z poszukiwaniem kogoś, o której trudno zapomnieć?
Tego jest tyle, że można mówić i mówić. Najwięcej historii dotyczy osób ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Ludzie potrafią schować się w nieprawdopodobnych miejscach. Zdarzyło mi się wyciągać mężczyznę 180 cm wzrostu z szafki kuchennej o szerokości 40 cm. Po wejściu do jego mieszkania żona powiedziała nam, że go nie ma. Przy meblach kuchennych stało małe dziecko, które smarowało kromki chleba masłem. My rozmawiamy i rozmawiamy, a dziecko smaruje i smaruje. W końcu zwróciłem uwagę na to, że już cały chleb dziewczynka posmarowała. Podszedłem do niej i poprosiłem, żeby się odsunęła. Ona nie chciała, ale w końcu się cofnęła. Otworzyliśmy szafkę, przy której stała, a tam nasz poszukiwany. Popatrzyłem tylko na niego i powiedziałem – daj spokój, wyłaź chłopie. Nie mogliśmy go wydostać, tak się zaklinował. Ukrywający się wykorzystują wszelkie domowe zakamarki. Wersalka, kanapa, strych, kotłownia czy piwnica to już norma. Raz nam jeden człowiek ukrył się pod stertą prania, tylko mu spod tej hałdy stopy wystawały. Ukrywają się i nie ma znaczenia, jaka grozi im kara. Dwa tygodnie dłużej na wolności robi dla nich wielką różnicę. Trudno to zrozumieć, zwłaszcza gdy okresy przedawnień są tak długie.
Ostatnio wpadła kobieta poszukiwana od 2003 r. Przyjechała do Nowej Soli w grudniu i źle przechodziła przez ulicę. To w finale zawsze tak się kończy.

Nie szkoda odchodzić panu na emeryturę?
Od kilku lat mam już prawa emerytalne. Na komendzie została nas już tylko czwórka z tak długim stażem. Będzie mi tej pracy bardzo brakować. Ale trzeba dać szansę młodym. Jeśli ktoś będzie chciał, to przekażę mu swoją wiedzę. Tę pracę trzeba czuć, zwracać uwagę na szczegóły, na które nikt nie patrzy. Lata mijają, a ja wciąż lubię to, co robię. Tylko żona żartuje, że nie da się ze mną wyjść na miasto, bo stale mi głowa chodzi, zaglądam głębiej w skrzyżowania, rozglądam się po ludziach. Tego się już chyba nigdy nie wyzbędę, stale kogoś szukam…
Dziękuję za rozmowę

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content