Hassa: Ten sport buduje charakter [ROZMOWA]

– Ręce Kazakova rzeczywiście świstały mi przed nosem, raz był nawet blisko z backfistem, pomylił się o kilka centymetrów. Udawało mi się jednak tego unikać, bo kontrolowałem dystans – wspomina walkę o pas UFR na Polish Fight Night Bartosz Hassa, zawodnik Kickboxing Fighter Nowa Sól. Hassa ten pojedynek wygrał, zdewastował nogę rywala niskimi kopnięciami

Mateusz Pojnar: Ostatnio zdobyłeś pas Mistrza Europy UFR Polska w walce z Vitaliyem Kazakovem. Jak z perspektywy czasu widzisz ten pojedynek? To była pierwsza gala Polish Fight Night.

Bartosz Hassa: To nowa organizacja, rzeczywiście to była pierwsza gala PFN. Druga zaplanowana jest na początek czerwca, prawdopodobnie też tam zawalczę, ale nie wiem jeszcze z kim i jakiej rangi to będzie pojedynek. Czy to będzie znowu walka wieczoru? Zobaczymy. Kontraktów jeszcze nie mamy.

Co do samej walki z Kazakovem – wiedziałem, że to przeciwnik doświadczony, walczył z dobrymi nazwiskami w Polsce. Całkiem niedawno wygrał na FEN. Wiedziałem też, że jest twardy.

Zdawałem sobie też sprawę, że nie mogę mu od początku odpuścić, nie mogę dać pola do popisu. Zawsze na początku walki trzeba złapać wyczucie, zrobić rozeznanie, jak przeciwnik zachowuje się w ringu. Starałem się cały czas kontrolować dystans. W trzeciej rundzie po kopnięciach na nogę jego mięsień przestał funkcjonować i walka się zakończyła, już nie stanął na nogi.

Pod koniec drugiej rundy na jego twarzy zobaczyłem grymas po którymś z lowkicków. Powiedziałem sobie: trzeba w to miejsce celować. Następną rundę rozpocząłem podobnie, drugie, trzecie szybkie kopnięcie. Po czwartym wiedziałem, że to koniec.

Sama walka była twarda, widać było, że chciał mnie złapać na jeden cios – często uderzał backfisty.

Czyli starał się walczyć efektownie.

Tak, ale jak mówił komentator naszej walki – jego arsenał technik nie był mocno rozwinięty. Ręce Kazakova rzeczywiście świstały mi przed nosem, raz był nawet blisko z tym backfistem, pomylił się o kilka centymetrów. Udawało mi się jednak tego unikać, bo kontrolowałem dystans.

Przed walką zakłada się dużo rzeczy, dużo się zakłada. Planowałem np. więcej obrotówek w stylu tej, którą wykonałem w pierwszej rundzie. Zawsze jest tak, że jeśli zrealizuję dużą część game planu, to już jestem zadowolony.

To była jedna z moich najlepszych walk.

A przeciwnik był jednym z najtrudniejszych?

Jednym z najtrudniejszych bez wątpienia, ale nie najtrudniejszym. Bardzo dobrą walkę daliśmy we Włoszech z Ukraińcem w ub. roku. Tam walczyłem z nim finał, w pierwszej rundzie pękło mi śródstopie, ale walczyłem do końca. Przez całe trzy rundy była mocna wymiana, bomba na bombę. Szliśmy cały czas do przodu. Pod koniec walki tej nogi w ogóle już nie czułem.

Przegrałem 2:1 na punkty, ale to była zdecydowanie najtwardsza walka w mojej karierze. W głowie zapadła na długo.

fot. Paulina Ratajczak

Zapytam cię o kulisy: musisz przed walką zbijać dużo wagi? Walczysz w limitach 60, 63 kg. To zbijanie idzie trudno?

To zależy też od tego, czy to są amatorskie zawody, czy walka zawodowa. Jeśli jedziemy na zawody, to Kamil Poniedziałek od nas z klubu walczy do 60 kg, z tego względu ja walczę kategorię wyżej. Ale u mnie zbicie do 60 to też nie jest problem.

W tym roku w Chorwacji na Pucharze Europy WAKO robiłem 60 kg, Kamil 63. Zrobiliśmy próbną zamiankę.

Zbijanie do 60 wymaga oczywiście więcej czasu i większego rygoru, wtedy zbijałem do walki 7 kg, z czego 4-5 z samej wody. Wyszedłem do ringu troszkę niezregenerowany.

Dla mnie najlepsze waga to 60-62 kg, tak mi się wydaje. To optimum, do którego muszę zbijać ok. 5 kg, czyli nie tak dużo. Raczej więcej niż 68 na roztrenowaniu nie ważę nigdy.

Wspomniałeś o Pucharze Europy WAKO. Opowiedz o przebiegu tego turnieju.

Tam miałem trzy walki, z czego trzecia była finałowa. Walczyłem z fighterem z Ukrainy, miałem przewagę wzrostu. To mi pomogło. Planowana obrotówka zrobiła robotę, bo do trzeciej rundy przegrywałem minimalnie na punkty.

W trzeciej jakimiś ostatkami sił uderzyłem tę obrotówkę, trafiłem czysto na głowę, przechyliło go. I te punkty poszły na moją stronę, bo kopnięcia na głowę są wysoko punktowane, tym bardziej po obrocie. To przeważyło, skończyło się 2:1.

Gdybyś miał wymienić swoje trzy największe sukcesy w kickboxingu, o których byś powiedział?

Na pewno ten ostatni – Międzynarodowy Mistrz Europy. Tych tytułów jest teraz w ogóle dużo, podchodzę do tego tak: liczy się dla mnie twarda walka. Taka jak z tym Ukraińcem na zawodach amatorskich – zająłem drugie miejsce, to był Puchar Świata, ale ten pojedynek był dla mnie bardziej wartościowy niż łatwe zwycięstwo w walce o jakiś tam tytuł.

Podam taki przykład: w Węgorzewie miałem walkę o tytuł zawodowy. Od początku czułem przewagę, byłem raczej spokojny o wygraną i ten pojedynek mnie tak nie cieszył.

Bardziej korzystam na porażkach, poznaję wtedy swoje granice, dowiaduję się, co muszę dalej zrobić, co poprawić. Chodzi mi o rozwój. Medale to nagroda, ale o nie się nie walczy, liczy się sam fakt walki. Wygrana nie da często takiego rozwoju, jak przegrana. Wbrew pozorom.

Nie przemknął ci przez myśl wyjazd do większego miasta, do większego klubu?

Gdzieś tam chodziło mi to po głowie, ale uznałem, że obecny klub gwarantuje mi dalszy rozwój, a równocześnie mogę przecież jeździć też do innych klubów, żeby się dokształcać. Np. na jakieś campy czy sparingi.

Ostatnio po gali dostałem zaproszenie do klubu z Holandii.

Czyli do kolebki kickboxingu.

Tak. Jeden z zawodników powiedział, że mogę przyjechać i nie będzie żadnych problemów np. z noclegiem. Drzwi są otwarte.

Raczej nastawiam się na takie coś, bo ciężko mi ten klub zostawić. Jestem zżyty z chłopakami. Trener zrobił dla mnie dużo. Poświęcił dużo czasu na nasz rozwój i w grę wchodzi także lojalność.

Kickboxing, w ogóle sport, to też pieniądze. Sponsoruje cię firma Ageon. Jak doszło do waszej współpracy?

To firma ochroniarska z Warszawy, droga firma, która obstawia w stolicy mnóstwo obiektów.

Oni wzięli udział w projekcie Business Sport Promotion. Chcieli pomagać sportowcom w zamian za reklamę. Dawali stroje, odżywki, pieniądze.

Do grudnia miałem umowę, na początku tego roku spotkaliśmy się znowu. Mniei i Kacprowi Muszyńskiemu z Armii Polkowice pokazali dalszy plan działania. Oni się nami dalej zajmą, rozwiną marketing wokół nas. Np. jak mamy jakieś firmy w naszych miastach, to oni będą wysyłać oferty współpracy albo sponsoringu. I na razie czekamy na kontrakt, ruszymy na nowo z tym projektem.

To jest duża pomoc, te pieniądze można zawsze solidnie wykorzystać – czy to na odżywki, czy na cokolwiek innego.

Daleko ci do stwierdzenia: żyję z kickboxingu?

Mam swoją pracę, to masarnia, rodzinna firma w Przyborowie. Inaczej nie mógłbym trenować, bo gdybym w normalnej pracy brał tyle wolnego na sport, co teraz, to z takiej roboty by mnie z hukiem wyrzucili (śmiech). Czasem samemu jest mi głupio, jak mówię siostrze albo rodzicom: dzisiaj mnie nie będzie, bo trening, bo wyjazd na walkę. Ale bardzo mocno rodzina mi kibicuje.

Z kickboxingu, jeśli jest walka zawodowa, są ładne pieniądze. Przynajmniej ja tak myślę. Trener nam też pomaga, ale większych pieniędzy jako zawodnicy z tego nie mamy.

Jest opcja robienia np. treningów personalnych, za to też jest jakaś kasa. Mam znajomych, którzy chcieli, żebym prowadził treningi na salce. Czasami jeżdżę do nich i to robię.

Ale zdecydowanie jeszcze to jest bardziej pasja niż praca. Może kiedyś otworzę jakąś grupę, za kilka czy kilkanaście lat. Wtedy będzie zdecydowanie inaczej. Teraz dużo trzeba ładować w to swoich pieniędzy, bo więcej się na to wydaje, niż z tego dostaje.

Dla ciebie ten sport to duża przygoda, podczas różnych gal spotykasz gwiazdy sportów walki w Polsce. Miałeś okazję spotkać się np. z Łukaszem Jurkowskim czy z Mateuszem Gamrotem. Co ci mówili?

Najbardziej się cieszę z ostatniej rozmowy z Arturem Sowińskim. Pogratulował mi walki i powiedział: twoja obrotówka była świetna, nie wiem, jak to zrobiłeś. Później trochę rozmawialiśmy na Instagramie. Taka znajomość cieszy, ale na tę chwilę jest tymczasowa, może jeszcze kiedyś się spotkamy.

Pierwszy raz z „Jurasem” spotkaliśmy się na gali w Kłodzku. Później zobaczyłem go na targach w Warszawie i z ciekawości zapytałem go, czy mnie pamięta, bo przecież tylu ludzi przewija mu się przed oczami. On tak patrzy na mnie i pyta: skąd? Odpowiedziałem, że z gali z Kłodzka. „A jak masz na imię?”. „Bartek”. „Hassa? Nie poznałem cię z tą brodą. Gdybyś jej nie miał, to pewnie bym cię skojarzył”. Dwa słowa zamieniliśmy i tyle, nie ma jakiegoś bliższego koleżeństwa. Nie ma co zmyślać. Ci ludzie mają tysiące znajomych.

Ale taka rozmowa, jak ta z „Kornikiem” Sowińskim, daje na pewno kopa. To taka motywacja do dalszego działania.

fot. Paulina Ratajczak

Jacy zawodnicy na polskiej i światowej scenie cię w jakiś sposób inspirują?

Przeglądałem ostatnio naszą rozmowę na Facebooku i gadaliśmy o McGregorze. Na pewno on, jego niekonwencjonalność, technika, sposób walki, obrotówki, które sam staram się trenować.

Ostatnio sporo nawywijał i przegiął przed UFC 223.

No właśnie, miałem cię zapytać, co o tym myślisz.

Zdecydowanie przegiął. Buduje pewnie grunt promocyjny pod kolejnym pojedynkiem, pewnie z Nurmagomedovem. Za drobne – jak na niego – walczyć teraz nie chce po walce z Mayweatherem.

Też tak myślę. Z kolegami o tym rozmawialiśmy. To pewnie było zaplanowane, to rozbicie szyby w autobusie, ale wymknęło się spod kontroli, bo ktoś ucierpiał.

I dlatego to jest bezdyskusyjnie naganne. Ale wróćmy do inspiracji – kto jeszcze?

Jest też w UFC Jose Aldo, Max Holloway, głównie stójkowicze, których warto naśladować.

W Polsce mamy też sporo dobrych zawodników z UFC, choćby Janek Błachowicz. Warto brać z nich przykład, oglądać ich walki i podpatrywać. Szczegóły pomagają.

Jest moda na transfery zawodników z boksu czy z kickboxingu do MMA. Myślałeś o tym?

Przeszło mi to przez myśl, ale teraz nie mam takich planów. Chcę rozwinąć się dobrze w tym, co obecnie robię. Jeśli uznam, że chciałbym spróbować czegoś innego, że chcę poznać coś więcej i stwierdzę, że w kickboxingu rozwinąłem się bardzo mocno, to może wtedy?

Póki co wiem, że w kickboxingu przede mną jeszcze dużo nauki.

Otwarcie mówisz, że sporty walki dużo ci dały. Jak nakłoniłbyś tych, którzy chcieliby spróbować w nich swoich sił?

Mogę powiedzieć na swoim przykładzie. Zacząłem trenować sporty walki w ogóle nie myśląc o jakichś zawodach. Chciałem po prostu sam siebie – można powiedzieć – ulepszyć. Byłem bardzo nieśmiały, cichy, bez pewności siebie. Ten sport robi wielką robotę na charakterze. Rośnie ta pewność siebie, człowiek czuje się ze sobą lepiej, ale i przede wszystkim bezpieczniej. Takie umiejętności zawsze się przydają, ale w głupi sposób – podkreślam – nie można ich wykorzystywać.

Jeżeli ktoś to pokocha i to się stanie pasją, to super. Można poznać dużo świetnych ludzi. Każdy z nas wie, jaka to ciężka praca. To też otwiera furtkę do bliższych i dalszych podróży, do poczucia tych ringowych emocji. Przed telewizorem tego nie czuć aż tak. To duża przygoda.

Twoje plany, marzenia na tę bliższą i dalszą sportową przyszłość?

Teraz kolejna walka na PFN. Fajnie byłoby, gdyby to była znowu walka wieczoru.

A dalsze plany? Każdy w Polsce, kto trenuje kickboxing, chciałby pojawiać się na galach typu DSF. Ostatnio tam walkę wieczoru stoczył Marcin Różalski. To najwyższa półka. Występ na takiej gali byłby moim wielkim sukcesem.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content