CNS jest niemożliwy. Ich misja? Dodawanie innym skrzydeł! [ZDJĘCIA]

– Jak piłkarze grają u siebie, mówi się o 12. zawodniku. W Zielonej Górze przekonaliśmy się na własnej skórze, jak to jest ważne. Jak już nie miałem sił, żeby wykonać ćwiczenie i słyszałem „Marcin, Marcin”, na nowo te siły przychodziły – mówi po Battle Europe crossfitowiec Marcin ReusCNS. Zajął drugie miejsce w swojej kategorii. Jego kolega – Adam Skowron – był piąty w elite

Battle Europe w Zielonej Górze to jeden z największych turniejów crossfitowych w Europie. Zawody odbyły się w hali CRS w dniach 29-30 września. Łącznie startowało ok. 80 zawodników.

Z Marcinem Reusem wspólnie podsumowujemy start jego i Adama Skowrona w siedzibie CNS. W środku od razu rzucają się w oczy gabloty – pamiątkowe koszulki, puchary, dyplomy, teksty z „Tygodnika Krąg”, w których regularnie opisujemy nasz crossfit, wspólnie cieszymy się z jego sukcesów. To dla nas też jest ważne, panowie.

W Zielonej Górze startowali Reus i Skowron, ale pojechała też cała rzesza ich kibiców – koledzy i koleżanki z klubu, przyjaciele, rodzina. Marcin Reus zajął w masters 35+ drugie miejsce, Adam Skowron uplasował się na piątym placu w elite.

– Organizatorzy naprawdę się postarali, po raz pierwszy od jakiegoś czasu nie słyszałem o żadnym negatywnym komentarzu. Battle Europe podnosi poprzeczkę, nie ma porównania z tym, co było kiedyś, jak crossfit w Polsce się rodził. Kawał dobrej roboty. Zrobiliśmy fajną, przyjazną atmosferę i daliśmy przykład innym, jak można kibicować. Mieliśmy banery, ale przede wszystkim pozytywną energię. Dużo osób podkreślało: popatrzcie na Nową Sól, jak oni to robią, jak cieszą się sportem, jak dopingują – zaznacza Marcin Reus.

– Doping wam pomagał?

– Pewnie, że tak. To są niesamowite emocje. Jak piłkarze grają u siebie, mówi się o 12. zawodniku. W Zielonej Górze przekonaliśmy się na własnej skórze, jak to jest ważne. Jak już nie miałem sił, żeby wykonać ćwiczenie i słyszałem „Marcin, Marcin”, na nowo te siły przychodziły. Piękna sprawa.

Takie zawody crossfitowe to oczywiście olbrzymi wysiłek. Jak zawodnik da z siebie wszystko, później kilka dni musi odpocząć od treningów. Podobnie jak maratończyk po starcie.

– Trzeba podkreślić, że wcześniej zawodnicy nie wiedzą, na czym będą polegały poszczególne treningi. Dowiadują się tuż przed startem. Muszą być przygotowani na każdą ewentualność. Najpierw był typowy trening dla crossfitowców – fran, czyli przysiad z wyrzutem sztangi, podciąganie – 21 ruchów ze sztangą i 21 podciągnięć, potem 15 ruchów i 15 podciągnięć, następnie po dziewięć. Normalnie to robimy z 40-kilogramowym ciężarem i nie ma większego problemu. Ale my dostaliśmy na Battle Europe 10 kilo więcej i dodatkowo kamizelkę z obciążeniem. Trudno było oddychać. Jak jesteś np. strażakiem i założą ci cały sprzęt, to nie jesteś już zdziwiony w akcji – opowiada Reus.

Drugi trening był typowym testem siły. Trzeba było dysponować dużą parą, żeby go przejść.

A trzeci? Sprawdzenie wytrzymałości na – tak to można nazwać – crossfitowych hantelkach. – Mieliśmy wykonać 50 ruchów do góry, następnie założyć 40 razy na klatkę, zrobić 30 wykroków, 20 razy jedną ręką przebyć to ćwiczenie, a na sam koniec 10 powtórzeń o jeszcze wyższym stopniu trudności. To było również dobre sprawdzenie mobilności, silnej głowy, wszystkiego po kolei. Kwintesencja crossfitu.

Tak upłynął pierwszy dzień zmagań.

– Niedzielę rozpoczęliśmy od kolejnego ćwiczenia polegającego na imitacji na maszynie ruchu jazdy na nartach, przechodziliśmy na pompki na samych rękach, czyli głową w dół; żeby było dodatkowe utrudnienie – na podwyższeniu. Jak zwykły Kowalski patrzył z boku, to wyglądało na niemożliwe do zrealizowania. Później dali nam jeszcze dumbbell’e po 100 kg i chodziliśmy z nimi. To taki typowy ruch w życiu – niejednokrotnie przecież bierzemy siaty w sklepie i wracamy z zakupami do domu. Przedostatni trening polegał na biegu w kamizelce, robiliśmy pompki, przysiady i podciąganie. Ten trening jest dedykowany na cześć amerykańskiego żołnierza, który zginął w walce. Często tak jest w crossficie, że tworzy się trening, by kogoś upamiętnić, nazwy też biorą się np. od huraganów, które sieją na świecie spustoszenie, tak jak czasami sieje spustoszenie fizyczne trening w crossficie – opowiada Marcin Reus.

Jednym słowem: zaliczył świetny występ na zielonogórskich zawodach. Już 17 listopada jedzie na Mistrzostwa Europy na Węgrzech, a wcześniej na zawody w Niemczech – we wszystkich miastach organizatorzy robią kwalifikacje. Nowosolanie pojadą do Lipska.

– Cały czas mam rękę na pulsie, jeżeli pojawia się okazja do startu – startuję. Nie mam jakiegoś okresu roztrenowania. Znam swoje możliwości, szybko się regeneruję, kilka dni i jestem gotów na następne zawody – mówi Reus.

Nie lubi, jak nazywa się go trenerem. Woli określenie lider. – Trener to duże słowo, natomiast lider to osoba, która pokazuje treningi, zdobywa nowe możliwości, sponsorów, pomaga innym zawodnikom. Jestem bardzo dumny z wyniku Adama. Walczył od początku do końca bardzo dobrze. Sporo doskonałych zawodników pytało: skąd on się wziął, jak on to zrobił. To jest efekt jego ciężkiej pracy, sumienności i obecności na treningach. Taki dobry występ potwierdza, że ta jego praca miała sens. Jak pojedzie na następne zawody, będzie bacznie obserwowany, będzie też motywował swoją osobą do lepszego działania innych.

– A marzy ci się organizacja podobnych zawodów w Nowej Soli?

– To jest rzeczywiście moje marzenie. Po tym, co pokazała Zielona Góra, nie chciałbym zrobić tego gorzej. Dużo osób musiałoby się w to zaangażować, myśleć o tym poważnie. Musiałyby się znaleźć pieniądze. Pomysł w głowie mam. Zielona Góra pokazała klasę, ale Nowa Sól musiałaby to przebić. Byłoby trudno, mamy jednak rzeszę ludzi zafascynowanych tym sportem.

Crossfit go nadal cieszy, jest jego największą pasją. Nazywa go swego rodzaju misją. – Jak idę na zebranie klasowe po kilku latach, widzę spojrzenia na mnie i głosy: widać, że nie pogubił się w tym wszystkim. Taka jest właśnie moja misja, misja Adama, Maćka, Pawła i innych członków CNS – dodawanie innym skrzydeł.

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content