Szymon Radziusz: Ósemka jest jak duża rodzina [ROZMOWA]

– Duża radość, rzuciłem się szyję trenerowi – mówi o pierwszych chwilach po wygranej w finale Mistrzostw Polski Szymon Radziusz, judoka Ósemki Nowa Sól

Mateusz Pojnar: Pamiętasz swój pierwszy trening?

Szymon Radziusz: W Olimpie zacząłem trenować, jak miałem 3,5 roku, czyli ponad 11 lat temu. Pierwszego treningu nie mam prawa pamiętać (śmiech). Przyprowadził mnie tam tata. Od początku wiedziałem, jak wywracać przeciwników i na początku mnie to bawiło, że mogłem rzucać kolegami z innych miast.

Kiedy przyszedłem do Ósemki, judocy byli bardziej utytułowani ode mnie i chciałem im dorównać, zacząłem więcej trenować ze starszymi. Z czasem rzeczywiście im dorównywałem, potem oni odchodzili i teraz ja jestem najstarszy.

To nie były twoje pierwsze mistrzostwa kraju.

W pierwszych – w 2016 – przegrywałem. Ale później były obozy czy zgrupowania kadry wojewódzkiej i dwa lata temu już wygrałem jedną walkę. Wtedy zacząłem trenować mocniej z Michałem Budą. Ścigaliśmy się: jak on coś robił dobrze, ja chciałem jeszcze lepiej. Michałowi zawdzięczam bardzo dużo, daje popalić na treningu. Bez niego tego sukcesu by nie było.

Do MP mieliśmy trzy obozy. Na Pucharze Polski wygrałem i to było dla mnie niepojęte, bo wcześniej z tymi samymi przeciwnikami przegrywałem na imprezach niższej rangi. W marcu to mi dało pozytywnego kopa. Wiedziałem, że stać mnie na medal na MP. Trener ostatnio podkręcił tempo na treningach, było więcej biegania i siłowni.

I zdominowałeś swoją kategorię na MP.

Walki długo nie trwały, kończyły się szybko (uśmiech). Z pierwszymi trzema przeciwnikami wygrywałem już wcześniej. Byłem pewny siebie, że mogę ich pokonać. Tak się stało.

Po pierwszych atakach mojego przeciwnika w półfinale czułem, że jest silny. Ale później zastosowałem duszenie i odciąłem mu sporo tlenu. Potem słabł. Trener krzyczał, że brakuje mu oddechu, coraz gorzej walczył w uchwycie.

A finał? Walczyłem z zawodnikiem, z którym starłem się na PP. Miał wcześniej siedem minut dogrywki w półfinale i to go wykończyło. W końcu złapałem swój uchwyt i go rzuciłem.

Pierwsze chwile po wygranej?

Duża radość, rzuciłem się szyję trenerowi. Jego wskazówki pomogły mi szczególnie w walce półfinałowej. Wiedziałem, co mam robić.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content