Mateusz „Świr” Wijas: Ludzi w tych czasach jara głupota i przemoc [ROZMOWA]

Kilka miesięcy temu Mateusz Wijas zaczął szturmować organizację Gromda, w której ludzie biją się na gołe pięści. – Nie, nie towarzyszy mi strach. Na ulicy przerabiało się różne historie – mówi „Świr”, który na ostatniej gali uderzał tak mocno, że złamał rękę

Mateusz Pojnar: Jak z tą ręką?

Mateusz Wijas: Mam jeszcze druty, ale stwierdziłem, że jeszcze ich nie wyciągam, bo chcę zawalczyć na następnej Gromdzie. Po prostu dłużej by się goiło, musiała by się kość wypełnić. Drut wystaje tak delikatnie, 2 milimetry, przylega do kości – sam widzisz. Nie przeszkadza mi to.

Z tymi drutami będziesz miał teraz stalową rękę.

[śmiech] Kość rzeczywiście będzie wzmocniona.

Wtedy wygrałeś dwie turniejowe walki, a do trzeciej, finałowej, nie mogłeś wyjść właśnie przez tę rękę.

Poprzestawiało mi się, było złamanie z przemieszczeniem.

A czułeś moment złamania? To się stało od uderzenia?

Poczułem ból, ale nie pamiętam, w którym konkretnie momencie doszło do złamania. Przeciwnik był doświadczony i umiejętnie przyjmował ciosy, choćby na łokcie. I w końcu pękło.

W walkach na gołe pięści to ryzyko zawodowe.

Oczywiście.

Pamiętasz swoje początki ze sportami walki? Jesteś pierwszą osobą z naszej okolicy, która zaczęła walczyć na podobnych galach.

Wszystko zaczęło się na gali The War. Walczyliśmy w systemie trzech na trzech, czyli braliśmy udział w pierwszej legalnej ustawce na świecie.

Brzmi ciekawie. Czyli ty tak naprawdę swoją karierę w sportach walki zacząłeś od razu od walk na gołe pięści?!

Tak, to było na wariata. Tydzień przed galą dostałem telefon od znajomych, czy w to wchodzę. Zero przygotowań. Ale tak, zgodziłem się. Tak się zaczęło. To był czerwiec 2021 r.

W tej walce koledzy poodpadali dość szybko i biłem się sam z trzema. Przegraliśmy oczywiście, ale chodziło mi też o to, żeby pootwierać sobie pewne furtki, pokazać się.

Kończy się ta gala i od razu dostajesz telefon od Gromdy?

Najpierw wypełniłem kwestionariusz – zadeklarowałem, że chciałbym dla nich walczyć. Zobaczyli, że mam jaja, pokazałem charakter, bo potrafiłem sam mierzyć się z trzema rywalami, w tym jednym, który walczy właśnie dla Gromdy.

Mimo że nie mam wielkiej sportowej przeszłości, dali mi szansę. Za młodu, w Kożuchowie, tak naprawdę chwilę trenowałem m.in. karate. Zwykle trwało to dwa-trzy miesiące i rezygnowałem albo te kluby padały. Całe życie trenowałem raczej sporty siłowe: trójbój czy podnoszenie ciężarów, chodziłem na siłowni.

Jak wychodziłeś po raz pierwszy do ringu, czułeś strach? W końcu walka na gołe pięści to nie są szachy.

Największy stres odczuwałem, jak jechałem na Gromdę. Tam trzeba być dwa dni wcześniej, bo jest ceremonia ważenia, losowanie zawodników. To oczekiwanie stresuje, człowiek nie może spać.

Ale mówisz o stresie, a ja pytałem o strach.

Nie, to nie jest strach. Na ulicy przerabiało się różne historie.

fot. Gromda

W ringu mam tak, że załącza mi się pustka – nie myślę o niczym. Stres też już wtedy puszcza. W pierwszej walce na Gromdzie czułem do przeciwnika respekt, wiedziałem, że jest silny i dobrze się bije. Obawiałem się, że jak nie trafię swoim ciosem, to nadzieję się na kontrę i zgasi mi się światło. Ale przełamałem to, wjechałem w rywala i skończyło się nokautem.

Szczególnie podczas takich pojedynków nie warto mrugać, bo widz może przegapić moment nokautu. A jak wspominasz drugą walkę?

Biłem się już bardziej na luzie, zeszło ze mnie ciśnienie. Podszedłem do niej bardziej na zimno. To był bardziej doświadczony zawodnik, trener Tomasz Makowski mówił mi, że go zna i kiedyś miał fajne osiągnięcia.

Też wygrałeś tę walkę i miałeś wystąpić w finale, ale przyszła ta kontuzja. Byłeś wkurzony?

Zdecydowanie, bo myślę, że wygrałbym ten finał. Jestem silny fizycznie, może nawet silniejszy od „Maximusa”, z którym miałem walczyć. W ogóle w Gromdzie nie ma podziału na kategorie wagowe – mogę bić się z 50 kg lżejszym albo cięższym fighterem. Nie ma lipy [śmiech].

Wróćmy na ulicę. Tych ulicznych walk w przeszłości miałeś sporo?

No doświadczenie zbierałem głównie na ulicy. Zawsze byłem niedobrym dzieckiem, trudnym. Może przez sytuację rodzinną? Tak naprawdę wychowałem się na ulicy. Towarzystwo miałem, jakie miałem, również po kryminałach. Ustawki, solówki – znam to. Szczególnie w szkołach, żeby cokolwiek znaczyć, chociaż w ten sposób się pokazać. Dużo agresji było w okolicy, praktycznie wszyscy mieli trudne dzieciństwo. Jak byłeś słaby, to byłeś ofiarą, więc trzeba było być silnym.

Później na dwa lata trafiłem do ośrodka wychowawczego i tam już w ogóle była patologia na maksa. Dosłownie trzeba było o wiele rzeczy walczyć.

A kiedy wyszedłeś na prostą?

Jak założyłem rodzinę. Mam trzy ukochane córeczki [uśmiech]. Gdy na świat przyszła pierwsza z nich, uspokoiło się trochę w moim życiu.

Wcześniej w ogóle nie myślałem o przyszłości, byłem głupi, lekkomyślny. Najpierw robiłem, potem myślałem. Teraz najpierw sto razy coś przemyślę, a później dopiero robię.

Co musi mieć zawodnik, który chce walczyć na gołe pięści?

Musi mieć charakter i się nie bać. Bo trzeba mieć jaja, żeby wyjść na ring, żeby bić się z facetem na gołe pięści. To nie są szkolne utarczki, bo w szkole nie mieliśmy w łapie tyle, co mamy teraz.

Trzeba iść do przodu, nieważne, co by było. Nie bać się dostać w gębę.

Jak trenuje ci się z Tomkiem Makowskim? To jeden z najlepszych fachowców w świecie sportów walki.

Bardzo dobrze. Czasami ma takie zaskoki, że potrafi się nad nami znęcać [śmiech]. Oczywiście żartuję, ale nie ma lekko. Choćby ostatnio – od razu po świętach zrobił bardzo ciężki trening. Często tak robi również po weekendach.

Kara dla tych, którzy poimprezowali. A wskazówki „Maka”, który był w twoim narożniku, były ważne w trakcie walk?

Bardzo, bo Tomek jest takim człowiekiem, który w ringu widzi wszystko. Przyjrzy się początkowi walki i już wie, jak ona będzie najpewniej wyglądać i co robić, by ją wygrać. Prędko rozpracowuje przeciwnika.

Gdy walczyłem z Chacią, w mig zauważył, że jest ode mnie technicznie lepszy. Wiedział, że nie ma co cudować, tylko muszę wyprowadzać bomby. Tak zrobiłem.

Potem były oczywiście hejty w internetach, że „Świrowi” się pad zaciął, polował na jeden cios i miał fart. Wcale tak nie było, po prostu tak wyglądał nasz plan.

Niektórzy mówią, że walki na gołe pięści są zbyt brutalne, że to de facto nie jest już sport. Jak na to odpowiesz?

Taki był pierwszy boks na świecie. Kiedyś ludzie bili się tylko i wyłącznie na gołe pięści. Później pojawiało się coraz więcej zabezpieczeń, a teraz wraca to wszystko do pierwotnego stylu.

I wiesz co: z badań naukowych wynika, że takie walki są bezpieczniejsze.

Jak to?

Uderzenie gołą pięścią to szybsza kontuzja, np. jakieś złamanie. Ale ono szybko się zrośnie. A 12 rund w boksie odkłada się i później są mikrourazy mózgu.

Walka na gołe pięści jest normalnym sportem.

A ty masz obawy, że w pewnym momencie przyjmiesz tych ciosów za dużo i będziesz miał w przyszłości problemy ze zdrowiem?

Nie myślę o tym. Nie mogę o tym myśleć. Podchodzę do tego tak, że jestem twardy i wszystko przejdę.

Skąd w ostatnim czasie wzięła się popularność walk na gołe pięści?

Ludzi w tych czasach jara głupota i przemoc.

Surowa diagnoza.

Ale taka jest prawda. Sam widzisz te gale, gdzie organizują freak fighty, w których walczą celebryci. Na The War budują specjalny ring i chcą zrobić walkę 10 na 10. Meksyk.

To się ludziom podoba – brutalność, to, że leje się krew. Jak tak dalej pójdzie, to za 10-20 lat po rundzie w kierunku ringu będą rzucać jakieś maczety…

Teraz zawodnicy przed walką często korzystają z trash talku. Ty też?

Nie, podchodzę do rywali z pełnym szacunkiem. Robienie z siebie debila, żeby przyciągnąć uwagę? Chcę to zrobić poprzez sport, a nie szczekając, wyzywając rywala.

O czym marzysz?

Dziś nie pracuję, mam kontrakt z Gromdą, a w przyszłości chciałbym całkowicie przejść na zawodowstwo. Muszę ciężko trenować i spełnić ten cel.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content