30 wspólnych wigilii [REPORTAŻ]

Poznali się na ul. Kopernika. 15-letnia Agnieszka spacerowała wówczas z kuzynką. Robert szedł z naprzeciwka. Kuzynka Agnieszki ich sobie przedstawiła: „To jest »Haze« (ksywka Roberta), to jest Agnieszka”. Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Dziś są małżeństwem z ponad 30-letnim stażem. O to, jak się poznali i jak udało im się wytrwać w małżeństwie przez większość swojego życia, pytamy Agnieszkę i Roberta Kajdanowiczów

– Robert grał w Terminusie. Wokół niego zawsze wirował wianuszek panienek. „A co to niby za gwiazda?” – myślałam. Jak on mnie wtedy denerwował, o ludzie kochani! Patrzeć nie mogłam. A później coś mi się odwidziało i stwierdziłam, że chcę mieć z nim dziecko. I nieważne, czy on ze mną będzie. Dziecko będzie. I tak pojawiła się nasza Paula. I on też tak jakoś został. I trzyma się jak rzep – śmieje się Agnieszka.

Randka, której nie było

Robert i Aga – jak zgodnie twierdzą – nigdy nie umówili się na randkę. Nikt nikomu nie zaproponował „chodzenia ze sobą”. Wszystko potoczyło się jakoś samo.
– Pojechaliśmy kiedyś z teatrem do Monaru. Robert irytował mnie do kości. I wtedy ktoś przeprowadził z nim rozmowę. Po niej coś poukładało się w głowie – wspomina Agnieszka i dodaje: – No i wtedy zaczął się do mnie zalecać.
Robert zaczął odwiedzać Agnieszkę w domu. Pierwszy, drugi, kolejny raz. W końcu młody, szczupły, długowłosy przyszły mąż zdecydował się po raz pierwszy zaprosić dziewczynę do siebie na wigilię. Obiecał, że poza rodzicami nikogo nie będzie. Deklaracja o tyle istotna, że z ust szczęśliwego wówczas posiadacza ośmiorga rodzeństwa – co dla młodziutkiej dziewczyny z powodu nieuniknionego poddawania rodzinnej ocenie, czy się „do rodziny nada” – było raczej frustrujące niż budzące zachwyt.
– Przyszłam do rodzinnego domu Roberta. W pokoju faktycznie nie było nikogo. Odetchnęłam z ulgą, która minęła zaraz po wejściu do sąsiedniego salonu. Za stołem – bagatela – jakieś 30 osób z najbliższej rodziny. I wszyscy na mnie patrzą. W tamtej chwili momentalnie mi się odechciało i pić, i jeść, i do toalety nawet. Taki stres. Do końca wieczoru jedyne, czego chciałam, to pójść już do domu. I tak wyglądało nasze pierwsze Boże Narodzenie – opowiada Agnieszka i dodaje z rozbawieniem: – A z kolei jak on przyszedł na święta do mojego domu – wtedy chodził w rozpuszczonych włosach – moja babcia świętej pamięci mówi do mnie: „Jaką ty masz ładną koleżankę. Taka wysoka. Takie ma długie włosy”. Długo nie wyprowadzałam babci z błędu.

Lalunia z barytonem

Sięgające pasa bujne włosy Roberta nierzadko wywoływały konsternację otoczenia, a i całkiem często stawały się przyczynkiem cudzych sromotnych pomyłek i związanych z nimi gaf. Małżonkowie wspominają, jak wybrali się jeszcze w czasach przedmałżeńskich na spacer. – Szliśmy przez Traugutta. Za nami dwóch młodzianów na ewidentnych łowach. Panowie kiepskim półszeptem usiłowali ustalić, kto na jakiego „zwierza” dzisiaj zapoluje: „Ty bierzesz tą wyższą, a ja tą niższą”. Robert odwrócił się wtedy i swoim głębokim barytonem zapytał grzecznie: „W czym mogę pomóc?”. Jaki to musiał być zawód dla obu panów. Ogromnie wówczas nas przepraszali za to nieporozumienie. Zresztą nie pierwsze i nie ostatnie to były przeprosiny z powodu pomyłek. Ile razy ktoś się zwracał do Roberta „o, przepraszam panią”. Bo on to taka lalunia był – wspomina Agnieszka.

Robert, zwany przez żonę „lalunią”, zapytany, od kiedy nosi długie włosy, stwierdza, że od zawsze, to znaczy od kiedy zdecydował, że chce.

Taki wolny duch. Trochę przekorny. Pod prąd. I to od najmłodszych lat – nawet z przedszkola notorycznie uciekał. Pozwolił się ojcu obciąć raz, gdy szedł do pierwszej klasy. Drugi raz o ścięciu zdecydował w latach, gdy popularny był wokalista Limahl, by mieć fryzurę idola. I to był ostatni raz, gdy Robertowe włosy uległy skróceniu.

Tych przejawów szeroko pojętej wolności osobistej było zresztą w życiu Roberta sporo. Pojawiały się też w relacji z Agnieszką, która o swoim pierwszym zaskoczeniu tą jego naturą opowiada: – Odprowadzał mnie raz do domu. Jesteśmy na wysokości Żeromskiego i Robert nagle obraca się na pięcie. Ani cześć, ani do widzenia – i sobie idzie. Tak zostawił mnie na środku ulicy. Na drugi dzień spytałam, czy aby na pewno dobrze się czuł. Odpowiedział, że miał ochotę pójść i poszedł.

Robert: – Byłem wolnym człowiekiem. Robiłem, co chciałem. W domu, poza domem.
– No fakt – wchodzi mu w słowo Agnieszka. – Przychodziłam czasami do niego. Pytałam, czy jest Robert, a w odpowiedzi słyszałam: „Poczekaj. Zobaczę. Jak jest jego plecak, to jest. Jak nie ma, to nie ma”.
– Rzeczywiście było tak, że wpadałem do domu i na pytanie, co robię, odpowiadałem, że idę się kąpać, bo za godzinę mam pociąg. I już – kontynuuje Robert.
– I nie było go czasami półtora miesiąca – stwierdza Agnieszka i dodaje: – Nie byliśmy po ślubie, nikt nic nikomu nie obiecywał wtedy, więc i takie rzeczy miały prawo się zdarzać. Ale w sumie po ślubie też był gościem w naszym domu. Dzieci urodziły się nam jedno po drugim. Tymczasem Robert w rozjazdach, bo przecież grał. Nieraz po dwa tygodnie go nie było. I bywały takie momenty, że siadałam i płakałam. Dużo mi wtedy mama i babcia pomogły.

30 lat sprzeczek

Po ślubie zamieszkali w rodzinnym domu Agnieszki. Później, przez całą szkołę podstawową swoich dzieci, żyli w mieszkaniu przy Waryńskiego, by po śmierci taty Agnieszki znów zamieszkać z jej mamą.
Zapytani o magiczny sposób na przetrwanie ze sobą 30 lat i stworzenie stabilnego domu, twierdzą, że takiego przepisu nie mają.
– Tak generalnie żadnych rewelacji u nas nie ma. Jak się nie kochamy, tak się nie lubimy – twierdzi Agnieszka.
– Ja jej nie kocham – wtrąca niespodziewanie Robert. – Nigdy tego Agnieszce nie powiedziałem. Bo jej nie kocham. Ja ją tylko uwielbiam! Kochać może każdy. To takie pospolite. Uwielbienie to zupełnie inna klasa, inna jakość uczuć.
Ale nie brakuje rozstań i łez. I odchodzenia od siebie. A było tych odejść Roberta dokładnie 21. – No, wyprowadzał się. Raz, jak się wyprowadził, to się spakował w reklamówkę marki Biedronka i zabrał wszystkie spodnie swojego syna przez pomyłkę. Patryk wstaje rano do szkoły, spodni brak – wspomina Agnieszka. Dodaje, że Robert nigdy, gdy odchodził, nie szedł nocować do swoich rodziców. Zamiast tego chodził całą noc po mieście. Niekiedy przysnął w domu kultury, w którym pracował.
– Czasami zamykałem drzwi domu i jeździłem całą noc rowerem. Dzięki temu byłem pierwszy w pracy. A skoro byłem pierwszy, to wszyscy już wiedzieli, że coś się musiało stać – podkreśla Robert.

Agnieszka: – Oj, te 30 lat to nie była taka sielanka. Jakoś tak się docieraliśmy mocno. Bywało, że się do siebie nie odzywaliśmy. Nasz rekord to były dwa tygodnie milczenia.
Robert: – Takich „milczących dwóch tygodni” było nawet kilka.
Dzisiaj Robert mówi o Agnieszce, że ona ma czarny pas w znieważaniu. Agnieszka natomiast przyznaje Robertowi mistrzowski tytuł za niepamięć. – Jest niezastąpiony. Dałam mu kiedyś kartkę „zrób zakupy”. Zapomniał, że ma kartkę. Śmieję się, że jak na stare lata będzie miał – co ja mówię, przecież już ma! – kolegę Alzheimera, to wystawię go na wózku tu, pod orzechem. Dam obrok, kankę z wodą, reklamówkę na głowę, jakby deszcz padał, i wieczorem zabiorę. Gorzej jak ja na wózku wyląduję. Jak mnie wystawi, zapomni, że tam jestem. I tak zostanę pod tym drzewem – śmieje się Agnieszka.
– No, przyjdzie zima, a tam bałwan – puentuje Robert.
Z biegiem czasu i z doświadczeniem oba ogniste temperamenty nieco przestygły. Dziś pokłócą się, pogodzą, wymienią żartem nieistotne przytyki. I chociaż – jak twierdzą zgodnie – „po co sobie wątrobę szarpać?” i „teraz to nam się już nie chce” – wciąż wspominają, jak bardzo w sporach byli zapalczywi i w potyczkach zawzięci. A powodów do kłótni nie brakowało, jak to w życiu.
Robert: – Kiedyś więcej było pretekstów do zwady. Częściej wychodziliśmy. Tu znajomi, tam koledzy, koleżanki. A teraz już nam się nie chce. I siedzimy w domu, jak te grzyby. M.in. przez to badziewie [mowa o pandemii], ale głównie to nam się po prostu nie chce. Ja naprawdę wolę być teraz w domu. Może przez to, że tyle lat wyjeżdżałem i nie było mnie częściej, niż byłem. Bywało, że dzieciaki jeszcze spały, a ja musiałem wychodzić, bo szykowałem jakieś koncerty, czy akademie. Później Agnieszka jeździła do pracy do Niemiec. W sumie można powiedzieć, że przez okres naszego małżeństwa parę dobrych lat się nie widzieliśmy.

Artysta w domu

Robert większość swojego życia zawodowego pracował w domu kultury. Oprócz tego grał w kilku zespołach muzycznych, w których występował jako grający na gitarze wokalista. W czasach, gdy często występował, przywoził do domu sporą gażę. Ale za to wszystkie weekendy spędzał w pracy. Zdarzało mu się opuszczać ważne uroczystości rodzinne z powodu koncertów. Wspomina, jak własnej bratanicy składał życzenia ślubne telefonicznie na kilka minut przed wyjściem na scenę. I trafił akurat w moment, gdy bratanica na środku parkietu tańczyła swój weselny taniec.
– Te wieczne wyjazdy bywały męczące, ale bardzo je lubiłem. Trochę miejsc zwiedziłem. Poznałem mnóstwo ludzi. A jak zdarzały mi się weekendy niewyjazdowe, to nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić – stwierdza Robert.
Intensywna praca w domu kultury i dodatkowe wyjazdy koncertowe z własnym zespołem znacznie odsuwały muzyka od domowej rzeczywistości. I wydawać by się mogło, że życie z takim wiecznie nieobecnym mężem to nieznośnie trudny kawałek chleba. Tymczasem Agnieszka wspomina, jak nosiła Robertowi obiady do pracy i jak czasem towarzyszyła mu w przygotowywaniu jakiejś imprezy kulturalnej lub wyjeżdżała razem z nim na koncerty zespołu. To była dla niej w gruncie rzeczy fantastyczna, ciekawa, urzekająca niecodziennością część ich małżeństwa.

Ta wigilia będzie inna

– Nasze pierwsze wspólne święta? W sumie, jak większość młodych małżeństw, spędzaliśmy je dzieląc czas między moich i Roberta rodziców. Część Wigilii u jednych, część u drugich. Teraz to my w zasadzie jesteśmy starszyzna, więc u nas robimy święta – mówi Agnieszka.
Rodzina Kajdanowiczów ma swoje ulubione dania wigilijne. Część z nich małżonkowie przenieśli ze swoich rodzinnych domów.
U Agnieszki w domu zawsze przygotowywano kapustę z grzybami, u Roberta – groch z kapustą i kutię oraz dwa barszcze: czerwony i biały z grzybami.

Na tegoroczną wigilię planują pierogi z kapustą i grzybami, uszka, kapustę, karpia. Przewidziany jest też specjał Kajdanowiczów robiony tylko na święta: ich ulubiony pasztet według przepisu babci Agnieszki, który wypieka Agi ciocia, a Aga postanowiła tę tradycję kontynuować. I nie ma tu mowy o jakiejś wersji smarowidła do chleba z podrzędnego sklepu mięsnego. Nic z tych rzeczy. Samo przygotowanie dania wymaga specjalnych zabiegów.
Składniki są mielone przez Roberta maszynką nieelektryczną, tradycyjną. Czynność musi być dokonana dwukrotnie. Danie przyrządzone jest z kilku gatunków mięs i odrobiny wątróbki, które dusi się na wolnym ogniu z włoszczyzną. Przypraw jest niewiele, bo potrzebny smak i aromat uwalnia się w ciągu dwóch godzin przesączania się smaków warzonych składników. Najwierniejszym wielbicielem delikatesu jest zięć Agnieszki i Roberta. Chłopak nie znosi ryb, więc w dzień Wigilii jest najsmutniejszym uczestnikiem kolacji, który czeka z utęsknieniem, aż minie północ, by móc po pasztet domowy swoich teściów sięgnąć i ze smakiem, z poszanowaniem tradycji, świątecznym rozkoszom podniebienia zadośćuczynić.
Agnieszka wspomina, jak na poprzedniej kolacji wigilijnej zięć błagał już o 10.00 o pasztetu kęs. Jednak teściowa nieprzejednana, Agnieszka znaczy, przetrzymała łasucha do minutę po północy, by Wigilia pozostała Wigilią – dniem oczekiwania.

Robert: – Tradycja jest najważniejsza. I może święta stały się już plastikowe, ale w naszym domu tradycja musi być.
Ponad 30 lat małżeństwa Agnieszki i Roberta minęło ekspresem. Dzieci dorosły, pozakładały rodziny. Urodziły się wnuki. Córka Paula wyjechała do Anglii. Syn Patryk jest już na swoim.
Z obojgiem dzieci Kajdanowiczowie widywali się dotychczas w każde Boże Narodzenie. Tym razem będzie jednak inaczej.
– Jakieś święta w tym roku będą smutne. Paula ze swoją rodziną nie przyleci. Kwarantanna. Ani oni do nas, ani my do nich, bo skąd tyle urlopu wziąć. A kwarantannę trzeba odbyć po przekroczeniu granicy. Dobrze, że choć Patryk z rodziną przyjdzie – stwierdza markotnie Robert.

***

Małżeństwo na święta dla swojej rodziny planuje m.in. zakup 10 kg kapusty i 10 kg karpia. Pamiętają też, że trzeba zaopatrzyć się w chleb.
– W ubiegłym roku były u nas dzieci. I jeden z maluchów – jak to dziecko – zażyczył sobie grzankę z dżemem. A że tych maluchów była u nas piątka, skoro jeden z nich zaczął, to wszystkie nagle chęć na grzanki poczuły. No i tym sposobem w drugi dzień świąt mieliśmy stół bardzo bogato zastawiony, ale jedno pytanie nurtowało wszystkich przy stole: „A czy jest może chleb?”. No nie ma. Pierwszy raz w życiu nam się zdarzyło. Z kolei innego roku też stół mocno zastawiony, godzina 1.00 w nocy i nagle mój brat rodzony wyciąga z głowy pomysł: „Idziemy na hot-dogi na Shella?”. Żeby śmiesznie było, faktycznie na te hot-dogi w środku nocy, w święta, poszliśmy – wspomina Agnieszka. Po chwili dodaje jeszcze: – Takie anegdotyczne zdarzenia, oprócz innych, mają i tę zaletę, że dostarczają gotowych, sympatycznych odpowiedzi w różnych sytuacjach. Ja np. jak mi ktoś wyskakuje z pomysłem: „A może by tak na kebaba pójść?”, używam powiedzenia: „Po co? Przecież jest chleb w domu”. To zawsze wywołuje uśmiech. I nawet jeśli samo powiedzonko jest zawoalowaną ewentualną odmową, to podana w takiej formie przechodzi u nas gładko, niemal niezauważenie.

Niespodzianka!
Specjalnie dla Czytelników „Tygodnika Krąg” Agnieszka i Robert Kajdanowiczowie postanowili zdradzić przepis na swój tradycyjny domowy pasztet świąteczny!
Tę tajną dotychczas recepturę z radością Wam przekazujemy wraz z życzeniami spokojnych, radosnych świąt Bożego Narodzenia.

Świąteczny Pasztet Babci Janiny

Składniki: 75 dag podgardla, 70 dag pręgi wołowej, 20 dag wątróbki, 1 duża cebula, 2 duże marchwie, 1 mały seler, 1 pietruszka, 1 bułka, 2 jaja, sól i pieprz.


Przygotowanie: Mięso dusimy na małym ogniu z warzywami do miękkości. Wyjmujemy z naczynia. Odlewamy nadmiar tłuszczu, jeśli jest go w garnku zbyt dużo. Do pozostałej reszty wkładamy bułkę, by nasiąknęła powstałym sosem.
Gdy wszystkie składniki przestygną, należy je zmielić dwa razy w maszynce do mielenia mięsa. Do powstałej masy dodać jaja, sól i pieprz do smaku. Dobrze wymieszać.
Formę należy wyłożyć folią do pieczenia i ułożyć na nią masę mięsno-warzywną. Powierzchnię pasztetu wygładzić ręką zwilżoną w wodzie. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. C i piec 1,5 godziny. Ostudzić. Pasztet podaje się krojony w plastry, jak każdą pieczeń mięsną.

Rewelacyjnie smakuje z ćwikłą i chrzanem.
Smacznego!

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content