Euro i nasz człowiek w Sewilli. Po golu „Lewego” wybuchła euforia!

– W poprzednich latach mecze o wszystko na piłkarskich turniejach były dla nas przegrane, a tym razem jest inaczej. Kto wie, może uda się wyjść z grupy i będzie jeszcze okazja, żeby pojechać na jakieś inne mecze na tym Euro – mówi bytomianin Piotr Stoczko, który na żywo oglądał spotkanie Polaków z Hiszpanami. Specjalnie dla „TK” relacjonuje to, co w sobotę wydarzyło się w Sewilli

Wyjazd na Euro planował już rok wcześniej, wtedy na pierwszy mecz Polaków w Dublinie. Pandemia spowodowała jednak, że mecz z Dublina został przeniesiony do Sankt Petersburga. – Wyjazd do Rosji był ciekawą perspektywą, tym bardziej do Petersburga, który jest podobno miastem piękniejszym od Moskwy, gdzie byłem na poprzednich mistrzostwach świata w 2018 r. – mówi bytomianin Piotr Stoczko, który od wielu lat jeździ za Polakami po wielkich turniejach.

Temat jednak upadł, bo nie udało mu się w pracy załatwić urlopu. Spróbował więc zebrać się na drugie spotkanie, które miało być rozegrane w Bilbao, a ostatecznie zostało przeniesione do Sewilli.

O bilety na ten mecz było bardzo trudno. Ze względu na ograniczenia związane z pandemią stadion mógł pomieścić tylko 30 proc. ludzi. To, co zostało przeznaczone do ogólnej sprzedaży, rozeszło się w dwie godziny. – Nie udało mi się niestety nic zdobyć i już powoli godziłem się z tym, że tym razem, po raz pierwszy od kilku lat, nie uda mi się obejrzeć na żywo jednej z dwóch największych imprez piłkarskich na świecie. Na szczęście dzięki pewnym kontaktom tydzień przed pierwszym gwizdkiem udało się zdobyć wejściówki – opowiada Stoczko.

Miał lecieć ze znajomymi, jednak brak biletów i kilka innych czynników zdecydowało, że ostatecznie został sam. A że miał dwie wejściówki, do Sevilli pojechał z ojcem.

Cisza na mieście

Po wylądowaniu w Sewilli okazało się, że wcale nie czuć atmosfery Euro. – Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to brak jakichkolwiek banerów, reklam czy flag. Jedyny punkt na lotnisku z logo Euro 2020 to stolik, przy którym trzeba pokazać negatywny test na koronawirusa i odebrać opaskę na rękę, która później umożliwi bezproblemowe wejście na stadion – opowiada Piotr Stoczko.

Potem wspólnie z ojcem ruszyli do hotelu, a następnie na miasto.

I tu kolejne wielkie zdziwienie. Z racji tego, że to pierwsze Euro organizowane w całej Europie, kompletnie nie czuć atmosfery tej rangi wydarzenia. W Sewilli kręciły się oczywiście grupki fanów naszej reprezentacji i kibice gospodarzy, ale brakowało śpiewów i dopingu. – Uczestniczyłem w ostatnich latach we wszystkich podobnych imprezach piłkarskich i z taką sytuacją spotkałem się po raz pierwszy – zauważa bytomianin.

Miasto, poza kilkoma plakatami, w ogóle nie było oklejone logiem Euro 2020. Był jeden fanshop, gdzieś na głównej ulicy. Tyle.

Kiedy Piotr Stoczko zmierzał w stronę stadionu, zdziwiła go cisza. – Pierwszy raz coś takiego przeżyłem, bardzo mało kibiców na trasie przejścia i głucha cisza – wspomina kibic polskiej kadry. Pod samym obiektem pełno policji, wozy bojowe, psy policyjne, policjanci na koniach. Tylko kibiców jakoś mało. Stadion Olimpijski też nie robił wrażenia. Stara budowla z zewnątrz w ogóle nie przypomina obiektu piłkarskiego, otoczona płotem jak podczas robót budowlanych, brak jakichkolwiek miejsc, by usiąść i poczekać na otwarcie bram. – Czułem się, jakbym przyjechał na stadion chociażby lubińskiego Zagłębia pod koniec lat 90. Obowiązkowo na trybunie wywiesiłem biało-czerwoną flagę z nazwą mojego rodzinnego miasta – uśmiecha się Stoczko.

Hałas na stadionie

Powoli kibice zapełniali trybuny. Największe grupy Polaków usiadły za jedną z bramek. Można było usłyszeć pierwsze głośne oklaski. Okrzyki „Polska” wybrzmiały, kiedy nasi reprezentanci dotarli na stadion, po czym weszli zapoznać się z murawą. Tuż przed rozpoczęciem meczu Polacy odśpiewali Mazurka Dąbrowskiego.

Pierwsze minuty to głośny doping polskich kibiców, po chwili jednak odezwali się również kibice Hiszpanii, których było dużo więcej. Szczególnie głośno było wtedy, gdy reprezentacja Hiszpanii wykonywała rzuty rożne. – My jednak nic sobie z tego nie robiliśmy i co chwilę słychać było głośne „Polacy, gramy u siebie” i „jesteśmy z wami!”.

Strzelona bramka ożywiła doping i śpiew Hiszpanów.

Stoczko: – Ale my również nie żałowaliśmy gardeł. Mimo tego do przerwy niestety przegrywaliśmy 0:1. Od początku drugiej połowy jeszcze bardziej było słychać Polaków. Kiedy udało się zdobyć wyrównującą bramkę, na trybunach wybuchła prawdziwa euforia. Atmosfera wśród Hiszpanów nieco przygasła, za to my skandowaliśmy: „Jeszcze jeden, jeszcze jeden!” – opowiada polski kibic.

W samej końcówce zabrzmiał raz jeszcze odśpiewany polski hymn i po ostatnim gwizdku wszyscy przybijali piątki.

Niewielu było takich kibiców, którzy przed meczem wierzyli w to że uda się urwać punkty Hiszpanom. Ale się udało. – U piłkarzy było widać prawdziwą walkę i to na pewno cieszyło nas na stadionie. I dopiero podczas wyjścia z obiektu można było poczuć atmosferę wielkiego piłkarskiego święta. Śpiewy, krzyki, tańce – to wszystko oczywiście w wykonaniu niezawodnych polskich fanów. Gospodarze byli mocno zawiedzeni wynikiem, ale spokojni opuszczali okolice stadionu i w ich rozmowach często można było usłyszeć nazwisko „Lewandowski” – opowiada mieszaniec Bytomia Odrzańskiego.

Podkreśla to, co mówi większość polskich kibiców: – Dla nas najważniejsze jest to, że udało się uzyskać satysfakcjonujący i dający nadzieję na awans wynik. To spowodowało, że ten mój wyjazd można zaliczyć jednak do udanych. W poprzednich latach mecze o wszystko na piłkarskich turniejach były dla nas przegrane, a tym razem jest inaczej. Kto wie, może uda się wyjść z grupy i będzie jeszcze okazja, żeby pojechać na jakieś inne spotkanie na tym Euro.

Teraz wszyscy trzymamy kciuki za mecz ze Szwedami!

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content