Dr Edward Marciniak: Szczepienia są szerzeniem dobra [ROZMOWA]

– Mali pacjenci czasami przechodzą łagodnie COVID-19, ale cztery-sześć tygodni po przechorowaniu widzimy u nich zapalenie mięśnia sercowego. W naszym oddziale mieliśmy pięcioro dzieci, które to przeszły – mówi dr Edward Marciniak, szef oddziału dziecięcego nowosolskiego szpitala, który do szczepień zachęca wszystkich

Mateusz Pojnar: Szczepić się czy nie?

dr Edward Marciniak: Koniecznie trzeba się szczepić. To zapewnia bezpieczeństwo pacjentów w kontekście ich zdrowia i życia. Z powodu, że nie mieliśmy wcześniej tej szczepionki, było bardzo dużo zgonów. Na całym świecie umarło ok. 4 mln ludzi.

Dzięki szczepionce dziś w niektórych rejonach świata – m.in. w Polsce – mamy zahamowanie pandemii. Są namacalne dowody na to, że od kiedy weszły szczepienia, jest dużo mniej zachorowań.

Szczepienia są bezpieczne i konieczne. Pamiętajmy o drugiej stronie medalu: pandemia powoduje utratę pracy, zamykają się zakłady, nie mamy możliwości swobodnego poruszania się, odwiedzania swoich bliskich. Niech pan zobaczy radość kibiców na piłkarskich mistrzostwach Europy, którzy wreszcie mogli wejść na stadiony, choć jeszcze przy ograniczeniach.

Szczepienia przeciw wirusowi SARS CoV-2 umożliwiają dzieciom i młodzieży chodzenie do szkoły, kontakt z kolegami, wyjazd na obozy, wakacje, uczestnictwo w imprezach sportowych. A starszym daje możliwość zarobkowania, kontaktu z bliskimi, swobodnego odpoczynku.

Wracając do młodzieży, nauka online ogranicza aktywność ruchową, prowadzi do otyłości i chorób z nią związanych, m.in. do cukrzycy.

Teraz, gdy jest już szczepionka, jako medycy czujecie się spokojniejsi?

Zdecydowanie służba zdrowia jest bezpieczniejsza. Przecież wśród lekarzy i pielęgniarek zmarło dużo osób.

W Nowej Soli niestety też.

Tak, zmarły pielęgniarki, również lekarz, który zaraził się w poradni.

Gdy zachorowań było dużo i przychodził pan do pracy, był strach?

Duży. Teraz jest inaczej – po szczepieniu mamy wytworzone przeciwciała, które hamują rozwój wirusa, gdybyśmy się zarazili.

Sam nie przechorowałem COVID-19 dzięki temu, że mocno się zabezpieczaliśmy – maseczki, rękawice, fartuchy, dezynfekcja.

Dlaczego teraz nastąpiło zahamowanie, jeśli chodzi o szczepienia? Rząd widzi, że jest coraz mniejsze zainteresowanie szczepionką. Z czego wynika nieufność?

Dla mnie to jest niezrozumiałe, że ludzie w cywilizowanych społeczeństwach nie chcą poddać się szczepieniu. Na pewno przyczyniają się do tego ruchy antyszczepionkowe.

W Polsce mamy kalendarz obowiązkowych szczepień dzieci i młodzieży. Kiedyś panowała choroba Heinego-Medina. Następstwem tej choroby w okresie powojennym były porażenia, kalectwa, ułomności. I dzięki szczepieniu ona została wyeliminowana. A to było bardzo, bardzo groźne schorzenie.

Jak pan przekonałby ludzi do szczepień przeciwko COVID-19?

Po pierwsze, nie ma się czego bać. Pojedyncze przypadki powikłań poszczepiennych mogą zdarzyć się zawsze, ale one są opisywane i analizowane. To jest malutka liczba i te przypadki nie mogą powodować, że jako społeczeństwo unikamy szczepienia.

Zawsze trzeba porównać korzyści ze skutkami ubocznymi działania medycznego. W tym wypadku korzyści jest zdecydowanie więcej niż potencjalnych niekorzystnych następstw. Gorączka, dwa-trzy dni w domu to naprawdę nie są straszne rzeczy.

Po szczepieniu też można zachorować – tutaj decydują właściwości poszczególnego organizmu – ale zakażony nie przechoruje koronawirusa ciężko. I nie będzie potrzeby leczenia w oddziale intensywnej terapii. Cięższe przypadki wiążą się później z dalszymi problemami, np. z sercem, z płucami.

Lekarze mówią o zespole pocovidowym PIMS, który dotyczy dzieci.

To wieloukładowy zespół zapalny powiązany z SARS-CoV-2, bardzo groźny.

Czym się objawia?

Dzieci długo gorączkują, dochodzi do bardzo silnych bólów brzucha, zaburzeń jelitowych. Ale prócz tego do zmian skórnych, zapalnych w jamie ustnej, przekrwień spojówek i białkówek.

Mali pacjenci czasami przechodzą łagodnie COVID-19, ale cztery-sześć tygodni po przechorowaniu widzimy u nich zapalenie mięśnia sercowego. W naszym oddziale mieliśmy pięcioro dzieci, które to przeszły. Potrzebne było leczenie immunoglobulinami, wysokimi dawkami sterydów. Do tego musieliśmy stale kontrolować ich zdrowie, były badania USG.

Wariant delta, który teraz dominuje w Europie, jest groźniejszy dla dzieci?

Z pewnością, ale zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Jest większa zaraźliwość. Sam przebieg choroby też jest cięższy.

Dlatego warto też szczepić dzieci, żeby nie zarażały swoich rodziców i dziadków. Trzeba pamiętać, że młodzi rodzice – 20-, 30-, 40-latkowie – też bardzo ciężką chorują na koronawirusa. A w tej grupie jest najniższy procent zaszczepionych.

Musimy zaszczepić 70, mówi się nawet o 80 proc. populacji, żeby zwalczyć pandemię. Są na to dowody naukowe. Wtedy spowodujemy, że wirus, który obecnie jest tak patogenny, stanie się wirusem niepatogennym. Innymi słowy: niepowodującym choroby.

„Postawię takie pytanie: czy jest prawnie dopuszczalne eksperymentowanie z udziałem dzieci, bo de facto jesteśmy w fazie eksperymentu?” – stwierdził w Sejmie rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak w czasie dyskusji na temat szczepień dzieci przeciw koronawirusowi. Jak pan to skomentuje?

Naprawdę to powiedział? Nie powinien. Szczepienia zaczynamy w drugim miesiącu życia dziecka. Tolerancja immunologiczna u dzieci jest bardzo dobra, a szczepionki na koronawirusa są bezpieczne, sprawdzone. To jest długa praca naukowców, która dała owoc w postaci szczepień.

Mój wnuk, 13-latek, też został już zaszczepiony dwiema dawkami. Jako drugi ze swojej klasy, oczywiście za zgodą rodziców, bez ujemnych następstw ze strony organizmu. Te dzieci też wzięły przykład z dziadków.

Podczas odczulań w poradni alergologicznej prowadzę rozmowy z rodzicami nakłaniając ich, by zaszczepili dzieci przeciw COVID-19.

Teraz w Polsce szczepi się na koronawirusa od 12. roku życia, ale są propozycje, by w niedalekiej przyszłości szczepić nawet 7-latków. Pan doktor jest za?

To byłoby bardzo wskazane. Najczęściej dzieci przechorowują koronawirusa lekko, ale mogą przecież zakażać swoją rodzinę, rówieśników.

Prędzej czy później szczepienie na COVID-19 powinno być obowiązkowe?

Tak uważam. Bo antyszczepionkowcy nie zdają sobie sprawy z tego, że narażają siebie, swoje zdrowie i życie, ale też życie i zdrowie innych. A poza tym po zachorowaniu mogą roznosić koronawirusa u innych.

Szczepienie nie jest ograniczeniem wolności, tylko szerzeniem dobra. Wychodzi u nich brak świadomości zagrożenia.

Restauracje, bary, kina tylko dla zaszczepionych – to jest dobry czy zły pomysł?

Musi pan o to zapytać kogoś innego, najlepiej polityków [uśmiech]. Ale jeszcze raz podkreślam: szczepienie jest obowiązkiem.

Groźba czwartej fali pandemii w Polsce jest coraz bardziej realna?

Zdecydowanie, o tym mówią wszyscy eksperci, podkreśla to Ministerstwo Zdrowia.

Teraz mamy wakacje, więcej kontaktów, mniej uważamy na siebie. Często widzę, że ludzie nie noszą maseczek np. w sklepach, a pamiętajmy, że to jest dalej obowiązkowe.

Niedawno pewien chłopak przyjechał na szczepienie w poradni alergologicznej. Opowiadał, że pracuje nad morzem i w dużych skupiskach ludzie nie zachowują odstępów i nie noszą masek.

Może zanadto przyzwyczailiśmy się już do tego wirusa?

Raczej nie do samego wirusa, ale do komfortowej sytuacji, na którą zezwoliło państwo – czyli na zdjęcie maseczek na ulicach.

Społeczeństwo stało się niezdyscyplinowane w walce z pandemią.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content