Powstanie warszawskie. Zbierałem amunicję spod luf niemieckich karabinów

PRZYPOMINAMY TEKST Z 2018 ROKU. Stefana Rosiaka wybuch powstania zastał na Żoliborzu. Stał na przystanku tramwajowym przy ul. Generała Zajączka. Nagle wybuchła jedna wielka strzelanina. – Latałem w kółko, bo nie wiedziałem, co się dzieje, a kule świstały nad głowami – wspomina godzinę „W” S. Rosiak, warszawiak z krwi i kości, który od 1948 roku mieszka w Nowej Soli. Nie walczył na barykadach z karabinem, ale wspierał powstańców zbierając i zanosząc im zrzuty amunicji, które spadały na Warszawę

Dziś Stefan Rosiak wiedzie spokojne życie. Ale jako dziecko przeżył piekło. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał 9 lat. Był najmłodszym z piątki braci.

Mieszkali z mamą przy Dworcu Gdańskim. Z okna swojego pokoju widział oddalone o jakieś 80 metrów torowisko. Całą okolicę znał jak własną kieszeń.

W 1942 roku stracił brata Zdziśka, który miał wtedy 16 lat. Zastrzeliło go gestapo.

– On mocno trzymał się z naszym kuzynem – okropnie silnym mężczyzną, starszym od nas, który współpracował z partyzantką w batalionie Parasola. I ten kuzyn namawiał brata, żeby robił sabotaże na kolei. Na jednej z takich akcji złapali go i wykończyli. Rozstrzelali go w więzieniu na Rakowieckiej – wspomina S. Rosiak.

Po tym zdarzeniu trójkę starszych braci Niemcy zabrali do obozu. Spotkał ich dopiero po wojnie.

On został z matką, którą opiekował się podczas okupacji, powstania i po wyzwoleniu.

Śmierć brata zostawiła w nim wielką zadrę do okupanta. Podobnie jak Zdzisiek zaczął sabotować na kolei. Sypał piasek do oliwiarek w wagonach, przecinał kable sygnalizacyjne.

Wpadka była nieunikniona.

Któregoś razu wartownicy złapali chłopaka z jego grupy, który wsypał ok. 50 pozostałych. Wszystkich zatrzymano i zabrano do aresztu przy ul. Daniłowiczowskiej.

Tam mieli zacząć sypać starszych kolegów.

Uciekajcie, bo na stracenie jedziecie”

Niemiec, który ich przesłuchiwał, miał w ręku wielką szpicrutę zakończoną kulką z ołowiu.

– Postawił minie na stołku i przez tłumacza wypytywał, kogo jeszcze znam, co robiłem itd. I tłukł mnie tą szpicrutą. „Panie, ja nie znam nikogo” – powtarzałem w kółko. Nie powiedziałem nic – mówi S. Rosiak.

Wszystkich przesłuchanych przepędzono na podwórze, przy którym stał niewysoki płot.

Kiedy wartownicy odwrócili wzrok, S. Rosiak wspólnie z najlepszym kolegą dali susa i niezauważenie przeskoczyli na druga stronę. Ich koledzy, którzy wtedy zostali za murami, trafili do obozu. Szczęście, żeby zobaczyć wyzwoloną Warszawę, miała tylko część z nich.

– Po tej uciecze przez płot bałem się iść na kolej. Zaostrzyli strasznie nadzór, wartowników było więcej – mówi o wydarzeniu z 1942 roku mój rozmówca.

Ale wcześniej, zanim został złapany, nie tylko sabotował z kolegami, ale i podbierał jedzenie i węgiel z wagonów, żeby jakoś żyć.

– Pamiętam, że któregoś razu otworzyłem okienko w krytym wagonie. Wsunąłem się do środka i z kartonów z groszkiem zacząłem wyrzucać puszki. Do połowy byłem zanurzony w środku, a nogi miałem na dachu pociągu. Nagle ktoś mnie pociągnął za nogę. Myślałem, że to kolega, a to był wartownik. Spadłem na ziemię i od razu pod wagony. A on karabin wyciągnął i do mnie łup-łup – zaczął strzelać. Byłem kajtkiem, więc pod tymi wagonami poszedłem w długą – opowiada mój rozmówca.

Nieopodal Dworca Gdańskiego było tzw. depo, gdzie w czasie okupacji cały czas zatrzymywały się transporty z ludźmi, m.in. z Żydami.

– Nieraz w oczekiwaniu na parowóz stało tam 30-40 pociągów. Jeden przy drugim, dlatego też była możliwość ucieczki, jak nas ganiali Niemcy – wtrąca pan Stefan, który często słyszał wołanie o pomoc ludzi z transportów.

– Jęki z tych wagonów były niesamowite: „Wody, wody”! Słyszeliśmy to w domu. Szliśmy do nich i mówiliśmy, żeby przekupili wartowników, którzy stali na każdym dachu wagonu, żebyśmy mogli do nich podejść z wodą. Nie wiem, czym porobili dziury w wagonie. My skombinowaliśmy wielkie przedwojenne czajniki do herbaty. I przez te dziury dawaliśmy im wodę. Powiem panu, że nie szło wyrwać czajników z ust, jak te dzióbki wsadzili. A to nie tylko jeden chciał pić, tylko cała setka będąca w wagonie. Mało tego, tu dajesz wodę, a z dachu piątego wagonu strzela ci pod nogi wartownik. Myślałem sobie: przecież skurczybyk wziął złoto od Żydów, a mimo to strzela i udaje, że to nie on, a widziałem, jak karabin rzucał na plecy – opowiada S. Rosiak, który często podchodził do transportu z Żydami.

– Znałem już okupację, wiedziałem, co z nimi będzie. Ale oni naiwnie myśleli, że jadą pracować. Mówiłem do nich: „Słuchajcie, dajcie im łapówkę, żeby was puścili. Jak się zgodzą, od razu czym prędzej uciekajcie w las kampinoski, gdzie jest nasza partyzantka”. Tym swoim dziecięcym jeszcze głosem mówiłem: „Uciekajcie, bo wy na stracenie jedziecie…”.

Jeden karabin na siedmiu”

Przyszedł 1944 rok. – Wybuch powstania zastał mnie na Żoliborzu, gdzie mieszkałem. Stałem na przystanku tramwajowym przy ul. Generała Zajączka, przed Dworcem Gdańskim. Nagle wybuchła jedna wielka strzelanina. Latałem w kółko, bo nie wiedziałem, co się dzieje, a kule świstały nad głowami – wspomina godzinę „W” S. Rosiak.

Jego dom rodzinny Niemcy spalili w pierwszy dzień powstania. Podobnie jak wielu mieszkańców Żoliborza, z matką ukryli się w pobliskim forcie w kształcie okrąglaka przy ul. Czarnieckiego, który był zlokalizowany ok. 600 metrów od zajętej przez Niemców Cytadeli Warszawskiej.

Fort podziemnymi przejściami był z nią połączony, ale te przejścia wysadzili powstańcy.

W forcie utworzono oddziały samoobrony, w razie gdyby powstańcza barykada została przełamana.

– Byliśmy taką małą odnogą AK. Przychodzili do nas dowódcy tych struktur i prosili o pomoc, żeby dać im chłopaków. Mówiliśmy do tych dowódców tak: „Chętnie, już idziemy, bo chcemy się bić. Dajcie nam karabiny i lecimy”. W odpowiedzi któregoś razu usłyszałem takie pytanie: „Jak mamy jeden karabin na siedmiu, to myślisz, że tobie go damy? Rób tak, żeby pomagać” – wspomina S. Rosiak, którego wkurzało takie stawianie sprawy, bo chciał walczyć.

– Cieszyłem się, że wybuchło powstanie. Może w końcu odegramy się na Niemcach? – pytałem sam siebie. Miałem dodatkowo w sercu zadrę po śmierci brata. Niestety, nigdy do ręki nie dostałem karabinu – wspomina mój rozmówca.

Jednak jego pomoc partyzantom polegała na odwadze nie mniejszej, jaką wykazywali się chłopcy na barykadach.

– Moja robota była taka, żeby zbierać zrzuty z samolotów, najczęściej z tzw. kukuriźników, dwupłatowców, które schodziły bardzo nisko i rzucały amunicję w workach. Ja to w nocy zbierałem i nosiłem na barykady. Była to amunicja do karabinów CKM i „pestki” do pepeszy. I też czasami zrzucili suchary, ale żeby pan to widział… Dzisiaj chyba bym tego młotkiem nie rozbił. Wtedy dobre było i to – opowiada S. Rosiak.

Kukuruźniki podczas lotu schodziły dość nisko, ale jeśli przylatywały inne samoloty, w swoich zrzutach często były nieprecyzyjne. A amunicję na barykadę na Czarnieckiego trzeba było dostarczyć.

– Co wtedy? – zapytałem.

– Wtedy zbierałem ją spod rąk Niemców, niemalże spod luf ich karabinów. W nocy potrafiłem po cichu doczołgać się bardzo blisko i zabrać amunicję.

Bochny chleba dla mamy

Nocą chodził na zrzuty, w dzień cały czas zajmował się matką. W okrąglaku, w którym ukrywało się kilka tysięcy ludzi, panował głód.

Żeby zdobyć dla niej chleb, mający wówczas 14 lat chłopak wyszedł z powstania z okrążonej stolicy. – Znałem te uliczki od dziecka, mogłem nimi biegać po omacku. Zerwałem się, bo nie mieliśmy co jeść. Przemykając widziałem siedzących w okopach Niemców, a raczej ich wystające hełmy. Wyszedłem za Warszawę i dotarłem do piekarni na jakiejś wioseczce, żeby tam żebrać o chleb. Jak powiedziałem, że jestem z powstania, to nie chcieli mi uwierzyć, że udało mi się przebić. Dali mi tyle tego chleba, że ledwo to zabrałem. I z powrotem wróciłem tymi sami ścieżkami. Zanim doszedłem do podziemi okrąglaka, prawie wszystko zabrali mi głodni ludzie. Dla mamy zachowałem dwa bochenki, które miałem za pazuchą… – opowiada mój rozmówca.

Nie było co jeść, nie było także co pić. Na dziedzińcu miejsca, w którym się ukrywali, była jedna, prawie wyschnięta studnia.

Na to rezolutny warszawiak z Żoliborza też znalazł sposób. – Poszedłem do dwóch starszych, silnych facetów. Mówię do nich tak: „Panowie, weźcie mnie opuście tam do dołu, bo matka z pragnienia umiera”. I ja z tego błota, z dna, wyciągnąłem wiaderko wody. I znowu to samo. Jak szedłem wśród tych ludzi, to wodę mi garnuszkiem wybierali. Mamie zaniosłem samo błoto, z którego przez szmatkę wycisnąłem dla niej trochę wody.

Oboje w okrąglaku z 6 tysiącami ludzi pozostali do upadku powstania – bez jedzenia, bez picia, bez mycia. Wszy można było ludziom zgarniać z koszul garściami.

Niemcy, którzy tam weszli, widząc Polaków wychodzących z podziemi, mówili między sobą, że to żywe trupy…

Stamtąd wszystkich w wagonach na węgiel zabrano do obozu przejściowego w Pruszkowie.

– Później pojechaliśmy do Oświęcimia, a potem do Hamburga. Tam obcięli nam włosy w krzyż, zapakowali w pociąg i wysłali do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Jak wysiedliśmy z pociągu i nas pędzili do baraków, matka upadła, a ja chciałem ją podnieść. Jeden z wartowników pomyślał, że chcę uciec i puścił za mną owczarka niemieckiego, który ugryzł mnie w ramię i wyrwał kawał mięsa – mówi 88-latek.

Blizna została do dziś.

Po wyzwoleniu Warszawy wrócił z mamą do stolicy. Jego bracia osiedlili się na ziemiach zachodnich, a konkretnie w Nowej Soli.

On także tu przyjechał, pierwszy raz w 1948 roku. Z mamą zamieszkał w kamienicy przy ul. Kaszubskiej.

– Krótko tu byłem, bo „uciekłem” do Warszawy, za którą tęskniłem. Ale tam nasz dom był w gruzach, nie było gdzie zamieszkać. Dlatego osiedliłem się tutaj i tu sobie spokojnie żyję. Okropne rzeczy przeżyłem, a przecież byłem dzieckiem, prawda? – mówi odznaczony Krzyżem Oświęcimskim S. Rosiak.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content