Koziołek zdobył K2. Wydał 20. książkę, tym razem w Wydawnictwie Agora

Ukazała się jubileuszowa – 20. już – powieść nowosolskiego pisarza Krzysztofa Koziołka. „Biały pył. Piekło na K2” to książka wyjątkowa i nie chodzi tylko o wspomnianą rocznicę, ale o fakt, że w zbieraniu materiałów do niej Koziołkowi pomagały sławy światowego himalaizmu

Wzrok na okładce książki wydanej przez wydawnictwo Agora przyciąga charakterystyczna „piramida” góry-mordercy, jak się o niej mawia. Kojarzą ją chyba wszyscy chodzący po górach i to niekoniecznie po tych najwyższych, gdyż K2 to szczyt znany na równi z najwyższą górą świata: Mount Everestem. W tle widać też wspinającego się himalaistę, dzięki czemu od razu wiadomo, co jest najważniejszym elementem fabuły. I jeszcze kilka kropel krwi na dokładkę, żeby nikt nie miał wątpliwości, z jakim gatunkiem literatury mamy do czynienia. W końcu „Biały pył. Piekło na K2” to rasowy thriller górski.

Sam sobie utrudnił pracę

Są dwie szkoły pisania powieści. Jedna z nich uczy, że autor powinien skrupulatnie przygotować się do pracy, zrobić tak zwany research, czyli zebrać informacje dokładne, jak tylko się da. Druga dopuszcza dużo większą swobodę, mówiąc wprost: pisarzowi czasami wolno posunąć się do kłamstwa. – Ja staram się być wiernym tej pierwszej zasadzie. Plus jest taki, że czytelnik dostaje do ręki dużo lepszy tekst, bo dobrze umocowany w rzeczywistości. Minus, że wcześniej trzeba się mocno napocić, bo drobiazgowy research to mordęga – wyjaśnia Koziołek. Jako że w „Białym pyle” akcję osadził podczas zimowej narodowej wyprawy na ten szczyt, grono tak zwanych ekspertów ograniczył sobie niemal do minimum. Ludzi obecnych o tej porze roku na K2 na ośmiu tysiącach metrów i wyżej – czyli tam, gdzie jest strefa śmierci – można bowiem było policzyć na palcach jednej ręki. Przynajmniej w momencie, kiedy pracował nad książką, bo już później K2 zimą zdobyło dziesięciu Nepalczyków.

Wróćmy jednak do nowosolskiego pisarza. Informacje do powieści czerpał z literatury górskiej, ale, jak sam podkreśla, to było dużo za mało.

– Szczególnie kwestie topograficzne i techniczne spędzały mi sen z powiek, gdyż marzyło mi się, aby ta powieść odpowiadała prawdzie w najdrobniejszych detalach – zdradza Koziołek. I od razu dodaje, że udała mu się rzecz wielka, mianowicie otrzymał pomoc od śmietanki światowego himalaizmu. W tym gronie znaleźli się Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki (pierwsi himalaiści, którzy w lutym 1980 roku stanęli zimą na ośmiotysięczniku, i to od razu na tym najwyższym: Mount Evereście) oraz Janusz Majer i Adam Bielecki. – Zasypałem ich dziesiątkami, jeśli nie setkami pytań. I na wszystkie dostałem dokładne, szczegółowe odpowiedzi, za co jestem im ogromnie wdzięczny – podkreśla autor.

Rozkaz kierownika wyprawy

Konsultację merytoryczną całej powieści wykonał Leszek Cichy, mało tego, zorganizował też Koziołkowi przedpremierowe spotkanie autorskie… w tatrzańskim schronisku „Roztoka”, o którym sam zainteresowany dowiedział się… kilka godzin przed faktem.

– To historia na oddzielne opowiadanie! – śmieje się Koziołek. – Byłem z panem Leszkiem umówiony na kawę w „Roztoce” i pomyślałem, że na spotkanie z tak wybitną postacią gór nie wypada pojechać busem, dlatego wybrałem się na pieszą wędrówkę – opowiada. Sęk w tym, że pobyt w Tatrach spędzał po drugiej stronie gór, niedaleko Doliny Chochołowskiej, miał więc do przejścia – bagatela – ponad 30 kilometrów. Ci, którzy chociaż raz byli w Tatrach, wiedzą, że to nie przelewki. – Była dokładnie godzina 8.46, a ja podchodziłem akurat z Kopy Kondrackiej pod Kasprowy Wierch, kiedy pan Leszek do mnie zadzwonił, aby się upewnić, że pojawię się w „Roztoce”. Dopiero wtedy zdradził, że zorganizował mi spotkanie autorskie. Gdy usłyszał, gdzie jestem, zaniepokoił się, czy zdążę na umówioną godzinę i, niczym kierownik wyprawy wysokogórskiej, kazał mi „zwijać się” w trybie pilnym i gnać do bazy, czyli do schroniska – relacjonuje Koziołek.

Górę trzeba złoić

Potem było jeszcze ciekawiej. Pierwotna trasa, jaką wybrał autor, wiodła przez Świnicę – drugi pod względem wysokości polski szczyt (2301 m n.p.m.). – Dotarłem do Przełęczy pod Świnicą, spojrzałem na majaczący przede mną wierzchołek, który zresztą trochę przypomina K2, bo też ma kształt piramidy, tyle że nieco mniej efektownej, a potem na zegarek i mapę. Z wyliczeń wynikało, że nie mam szansy zdobyć Świnicy i jednocześnie zdążyć na spotkanie autorskie w „Roztoce”. Z jednej strony w uszach brzmiał mi rozkaz kierownika wyprawy, czyli Leszka Cichego, z drugiej jednak stałem pod szczytem, który chciałem, jak to mówią himalaiści: złoić. Miałem go na wyciągnięcie ręki, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie zdążę na niego wejść. Co zatem mogłem zrobić? Ano tylko jedno: wbiec na niego! – śmieje się Koziołek. W nogach miał już siedem godzin wędrówki po Tatrach, ale dał radę i ostatni odcinek pokonał w ekspresowym tempie. Na szczycie zrobił kilka pamiątkowych fotek z książką – w ramach prowadzonej przez siebie od paru lat akcji „Literatura na najwyższym poziomie” – i zbiegł ze szczytu, aby potem dalej, przez Zawrat i Dolinę Pięciu Stawów Polskich, pognać do „Roztoki”.

W geście zwycięstwa

Tam spotkał się osobiście z Leszkiem Cichym – wcześniej współpracowali na odległość – i poprowadził przedpremierowe spotkanie autorskie. – To było jedno z tych wydarzeń, którego nie zapomnę do końca życia. Tylko kilka razy w swojej karierze pisarskiej miałem okazję spotkać się z czytelnikami w tak wyjątkowym miejscu – zaznacza pisarz.

A jak wspomina wcześniejsze kontakty z wybitnymi himalaistami? – To było jak spełnienie marzeń – mówi krótko. – Ten skrupulatny research napsuł mi co prawda nieco krwi i kosztował wiele sił, ale było warto. Dzięki temu, kiedy pracowałem już nad pisaniem „powieści właściwej”, że tak to określę, miałem wrażenie, jakbym zmagał się z K2 osobiście, zakładając poręczówki na drodze do kolejnych obozów, walcząc z przeraźliwym mrozem na Żebrze Abruzzi i później na trasie do samego szczytu, a potem próbując z niego wrócić – obrazuje Koziołek. – I czuję się tak, jakbym to K2 zdobył: jakbym stanął na szycie, rozejrzał się wokół, patrząc na Broad Peak, Gaszerbrumy i Chogolisę, a potem wyrzucił ręce w górę w geście zwycięstwa. Można więc powiedzieć, że jednocześnie byłem autorem tej książki i jej bohaterem. Nie ukrywam, że sprawiło mi to ogromną frajdę. Ale jeszcze ważniejsze jest, że z pierwszych recenzji „Białego pyłu” wynika, że takie same wrażenie mają czytelnicy, że udało mi się przenieść ich z wygodnych foteli do bazy pod K2 i sprawić, aby wyszli w ścianę i zmierzyli się z górą-mordercą – dodaje autor.

***

Biały pył. Piekło na K2” (opis z okładki)

Największa ambicja himalaisty? Zdobyć zimą najniebezpieczniejszy szczyt świata. Przez dekady nie udawało się to nikomu, ale kiedy u podnóża K2 melduje się polska wyprawa, cel wydaje się osiągalny. W bazie na wierzch wychodzą jednak wzajemne pretensje, środowiskowe konflikty i sprzeczne dążenia. Czy grupa wybitnych indywidualności potrafi w ogóle współpracować?

W gronie tych słynnych wspinaczy jest też dwójka outsiderów: Zuza Niska, doświadczona himalaistka, której do tej pory drogę do przełomowych sukcesów blokował zwykły pech, oraz Krzysiek Garda, amator wspinaczki i dziennikarz oddelegowany do relacjonowania zmagań z górą.

Kiedy głupi błąd prowadzi do poważnego wypadku, Garda staje przed dylematem: jego lojalność wobec partnerki może stanowić zagrożenie dla pozostałych uczestników wyprawy. Wkrótce śmierć jednego z nich wywoła szereg wątpliwości: co naprawdę stało się na stoku K2 i czy ktoś poza morderczą górą przyłożył rękę do tej tragedii…?

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content