Na czym polega fenomen fabryki nici w Nowej Soli? Powstała o niej książka [ROZMOWA]

„Mama pracowała w Odrze, choć nie ściśle w fabryce nici, tylko w zakładowej kuchni prowadzonej przez PSS Społem. Często na nią czekałem o godz. 15.00 przed zakładową bramą. Mam sentyment do tej fabryki”. Rozmowa z dr. Tomaszem Andrzejewskim, dyrektorem nowosolskiego muzeum, który wydał ostatnio książkę o przedwojennej historii fabryki nici Gruschwitza

Mateusz Pojnar: Dlaczego ta książka ukazała się akurat teraz?

dr Tomasz Andrzejewski: Najważniejszym powodem jest to, że zmienia się oblicze terenów po fabryce. Ten fragment historii Nowej Soli jest już zakończony i trzeba go utrwalić choćby w formie wystaw, publikacji. Musimy ten rozdział w historii miasta zachować dla potomnych. On się zamyka, bo teren się przekształca, doszło do wyburzeń. Naturalna kolej rzeczy: nic nie trwa wiecznie. Mimo wszystko elementy przypominające historię zostają, mam na myśli choćby odbudowę wieży.

Czasem ludzie pytają mnie, co sądzę o wyburzeniu tej najstarszej części fabryki.

I co pan im mówi?

Że nie da się nas porównać do Łodzi, Poznania czy np. Zielonej Góry – czyli Manufaktury, Browaru i Polskiej Wełny. Czy my, dużo mniejsze miasto, mieliśmy taki potencjał w kontekście pozyskania inwestorów, którzy mogli coś z fabryką zrobić? Już abstrahując od tego, co zdarzyło się podczas transformacji ustrojowej. Historycy za jakiś czas to ocenią.

Ta forma publikacji jest przystępna, ale absolutnie nie rości sobie praw do bycia monograficznym ujęciem. Bardziej jest albumem fotograficznym z tekstem, bo udało nam się pozyskać do książki nieznane dotychczas materiały ikonograficzne i zdjęcia.

Książka odnosi się do historii fabryki z lat 1816-1945. Rozumiem, że będzie druga część?

Tak, mam nadzieję, że uda się ją przygotować w przyszłym roku. Chciałbym z tym zdążyć na otwarcie inwestycji, która cały czas trwa na pofabrycznych terenach. Czy zdążę? Nie wiem, wpływa na to wiele czynników. Zdaję sobie sprawę, jaka ciąży na mnie odpowiedzialność w związku z tą drugą częścią, bo wielu nowosolan będzie szukać się na zdjęciach.

To będzie trudniejsze zadanie?

W sensie opisowym – nie. Ale ideą jest pokazanie ogromnej części fotografii, a na nich w dużej części są ludzie w pracy. I trudno będzie rozpoznać, jaki to wydział, okres. Na pewno objętość będzie dwukrotnie większa.

Materiałowo jesteśmy gotowi, tekstowo chcielibyśmy jeszcze dopisać coś więcej. Nie jest łatwo ze zdobyciem materiałów, bo Odra, jak każdy zakład pracy w komunizmie, rządziła się swoimi prawami – informacje były cedzone, politycznie ukierunkowane. Ale nie chodzi o to, żeby tworzyć obszerną monografię, chcemy po prostu pokazać ludzi, którzy pracowali w tej fabryce.

A co zawiera pierwsza część?

To krótka historia powstania i funkcjonowania zakładu do ‘45 roku, z uwzględnieniem właścicieli fabryki, w bardzo syntetycznym ujęciu. Najważniejszym elementem jest strona ikonograficzna: opublikowaliśmy tutaj wszystkie materiały, jakie znamy i udało nam się pozyskać – m.in. z Archiwum Państwowego w Zielonej Górze, Instytutu Herdera czy od firmy Gruschwitz, która pod tą nazwą nadal istnieje w Niemczech.

Umieściliśmy też zdjęcia z lat 20., która stworzyły wcześniej wystawę „Willa Gruschwitzów”. Willa była integralną częścią zespołu fabrycznego.

W Neusalz w czasie wojny była filia obozu Gross-Rosen. Książka mówi też o losie żydowskich więźniarek pracujących w fabryce?

Oczywiście. Tym fragmentem zamykam rozdział o historii zakładu. W czasie wojny w fabryce nici pracowało kilka grup. Wtedy połowa pracowników to byli cudzoziemcy – wśród nich więźniowie i pracownicy z krajów okupowanych przez III Rzeszę, którzy na zasadzie dobrowolności i w ramach różnych zachęt podjęli tam pracę. Dlatego Czesi i Ukraińcy cieszyli się innym statusem, co w książce pokazują zdjęcia z jednej z imprez, prawdopodobnie z przełomu ‘43 i ‘44 roku. Na nich Ukraińcy na stołówce zakładowej są w swoich odświętnych ludowych strojach.

Piszemy o obozie przymusowym dla polskich kobiet, który funkcjonował od 1939, i oczywiście o najbardziej tragicznym wątku, czyli pracy przymusowej Żydówek w latach 1942-1945. Łącznie z marszem śmierci, który zakończył się tragicznie dla wielu więźniarek.

W ten sposób chcieliśmy też pokazać, dlaczego fabryka nici – po okresie sławy – stała się niesławna. Bo była częścią hitlerowskiej machiny eksploatacji podbitych narodów.

Jaką rolę w tej wojennej historii odegrała rodzina Gruschwitzów?

Trzeba to rozpatrywać w kilku kategoriach. Po pierwsze, fabryka nici w czasach nazistowskich nie była już firmą w pełni zarządzaną przez Gruschwitzów, właścicielską. Nosiła tylko nazwę od tej rodziny. To była spółka akcyjna z kilkoma dyrektorami zarządzającymi.

Po drugie, niemieckie zakłady w tych czasach nie cieszyły się zupełną swobodą, były podporządkowane pewnym normom, które stworzyło państwo hitlerowskie.

Po trzecie – wtedy myślano w ten sposób, że wykorzystywanie siły niewolniczej narodów podbitych jest wymuszone poborem niemieckich pracowników do wojska. Entuzjazm niemieckiej społeczności dla rządów Hitlera do 1943 r., do tragedii pod Stalingradem, jest powszechnie znany. Wtedy sytuacja na frontach się odwróciła.

To wszystko są trudne tematy, związane ze sobą. Niemcy do dziś się z nimi do końca nie uporali.

Jaka była postawa Gruschwitzów? Wywodzili się z gminy braci morawskich, a więc bardzo religijnej społeczności, prosocjalnej. Trudno powiedzieć. Tego nie wiemy i pewnie już nigdy się nie dowiemy. Nie znamy ich żadnych pamiętników, dzienników, które opisywałyby ich ostatnie lata na terenie Neusalz. Ale rozmawiałem z członkami rodziny i wiem, że po wojnie to był u nich temat tabu.

Ile trwały prace nad książką i czy coś podczas nich pana zaskoczyło?

Tak naprawdę publikacja powstawała od kilku lat. Materiały zbieraliśmy od dłuższego czasu. Ważne było to, że niedawno odkryliśmy i pozyskaliśmy ilustracje dotyczące procesu produkcji w zakładzie w latach 20. i 30. To zdjęcia bardzo dobrej jakości. Obrazują, co działo się w fabryce.

Niełatwo było zidentyfikować poszczególne wydziały, więc poprosiliśmy o pomoc powojennych pracowników fabryki, którzy mieli jeszcze do czynienia z poniemieckim parkiem maszynowym i ówczesnymi wydziałami. Później one się zmieniły. Korzystaliśmy z pomocy Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Ale nie odważyliśmy się podpisywać poszczególnych czynności produkcyjnych, bo produkcja lnianych nici była bardzo skomplikowana. Dlatego ta fabryka była tak duża. Większość prac związanych z przygotowaniem lnu była robiona ręcznie, dopiero później mechanicznie.

Podjęliśmy próbę identyfikacji poszczególnych budynków, korzystając z planów z 1929 r.

Dla pana osobiście historia związana z fabryką nici jest ważna? Wielu nowosolan ma lub miało w rodzinie kogoś, kto pracował w Odrze.

U mnie jest podobnie. Jestem wychowankiem przyzakładowego żłobka i przedszkola. Kręciłem się tam już jako 3-latek [uśmiech]. Mama pracowała w Odrze, choć nie ściśle w fabryce nici, tylko w zakładowej kuchni prowadzonej przez PSS Społem. Często na nią czekałem o godz. 15.00 przed zakładową bramą. Mam sentyment do tej fabryki.

Książka jest pewnego rodzaju hołdem dla chwil z dzieciństwa?

Chyba hołd to za dużo powiedziane, ale może to jakiś rozrachunek? Bo jest potrzeba utrwalenia tego wszystkiego. Fenomen fabryki jest taki, że tutaj pracowało mnóstwo ludzi. Temat jest żywy i myślę, że będzie jeszcze długo.

Zadaniem historyków i muzeum jest utrwalenie takich miejsc w pamięci mieszkańców. Zdradzę, że w przyszłym roku planujemy wydanie miniksiążeczki poświęconej nowosolskiej gazowni, która była tutaj ponad sto lat, a w 2022 r. minie 50 od zamknięcia obiektu i późniejszej rozbiórki. Jesteśmy też w trakcie zbierania materiałów o nowosolskich hutach, oczywiście z Dozametem włącznie.

Społecznicy Wanda Świdzińska i Marek Szymendera chcą postawić na pofabrycznym terenie ławeczkę Włókniarki i w ten sposób upamiętnić kobiety pracujące w Odrze. Ale pojawiły się głosy krytyczne, choćby szefa teatru Terminus A Quo Edwarda Gramonta. Uważa, że ten projekt nie oddaje tego, jak ciężka to była praca. Z kolei Krzysztof Uchal, pomysłodawca ławeczki Ojca Medarda, ma żal do Szymendery, że ławeczkę kapucyna nazwał „straszydłem”. Co pan o tym wszystkim myśli?

Jestem zwolennikiem upamiętnienia pracy kobiet na terenie fabryki w formule ławeczki. Bez względu na to, czy to jest trywialne, czy nie, uważam tę formułę za neutralną. Wspieram członków komitetu. Jednocześnie ubolewam, że padło to „straszydło”, ale Marek Szymendera już za to przeprosił. Nie rozumiem do końca tej całej sprawy. Ona wybuchła po wpisach dwóch osób, które cenię i szanuję, ale jestem zaskoczony.

Uważam, że na temat formy upamiętnienia powinny wypowiedzieć się same kobiety. Chciałbym usłyszeć zdanie byłych pracownic. Po prostu.

***

Książkę „Fabryka nici w Nowej Soli, cz. I, 1816-1945” można kupić w muzeum za 20 zł.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content