Z miłości do rowerów retro. W Otyniu była kiedyś fabryka Edelweiss

– One się po prostu nie psują. Każdemu to powtarzam, że to niezawodność i jakość – mówi Marek Malicki, kolekcjoner klasyków i chodząca encyklopedia wiedzy o starych rowerach

Szperając po Facebooku można znaleźć ciekawie brzmiącą grupę o nazwie Retro Rowery OtyńNowa Sól. Założyło ją kilku pasjonatów historii, którzy są wpatrzeni w klasykę.

– Spotkałem dwóch kolegów, którzy mają większe doświadczenie w kolekcjonowaniu i miłowaniu starych rowerów. Ja do nich po prostu dołączyłem jako mieszkaniec Otynia, miejsca, w którym kiedyś była fabryka rowerów Edelweiss – opowiada Sylwester Filipiak z Otynia.

Historyczna fabryka

I tu warto zatrzymać się na historii dawnej fabryki rowerów w Otyniu. Założył ją Paul Decker w 1896 roku. – Tu, gdzie rozmawiamy, jest dawny otyński dworzec. Obok niego znajdowała się fabryka. W tej chwili jej nie ma, bo Rosjanie w 1945 r. ją splądrowali, rozgrabili i po części spalili. Polska administracja to rozebrała i postanowiła tutaj rozbudować garaże i stworzyć na tym miejscu kółko rolnicze. Częściowo zostało tylko ogrodzenie i brama budynku, który już stracił rys tamtych czasów, bo został przejęty przez prywatnego właściciela. Została też willa, prawdopodobnie powstała niedługo przed rozpoczęciem wojny. W tej chwili w części jest w rękach prywatnych, w drugiej znajduje się tam ośrodek zdrowia – opowiada Filipiak.

Paul Decker miał syna, Paula Deckera Juniora, który pomagał mu w pracy i rozwijaniu firmy. Senior został po wojnie tutaj, żeby dalej prowadzić działalność. – Niestety, to mu się nie udało, z tego, co wiemy, był szykanowany przez władze radzieckie i wydalony z Ziem Odzyskanych. Udał się na emigrację do Niemiec, a konkretnie na Bawarię, gdzie próbował rozwijać fabrykę i sprzedaż rowerów – opowiada Filipiak, który – czego nie kryje – bardzo lubi historię regionalną.

– Bardzo mi zależało, żeby do Otynia wróciły jakieś przedmioty, które były tu produkowane. I w taki sposób trafiła do nas pierwsza maszyna do szycia za pośrednictwem nieżyjącego już niestety mojego brata, Sławka Filipiaka. Później od kolegi, Sebastiana Smołagi, jakieś dwa, trzy lata temu, udało mi się pozyskać pierwszy rower – podkreśla mieszkaniec Otynia.

Wspomniany przez niego Smołaga to nowosolski pasjonat historii i tropiciel śladów po Neusalz, którego postać przybliżaliśmy już na łamach „TK”. Zbieranie historycznych pamiątek fascynuje go od 9. roku życia. – Pierwsze, co miałem w kolekcji, to niemiecki hełm. Później pojemniki na niemieckie maski przeciwgazowe. Oczywiście z maskami. Miałem tego z 15 sztuk. Może dlatego tak mnie wciągnęło to zbieranie pamiątek, że często rozmawiałem z moimi pradziadkami. Wiedziałem, że przeżyli wojnę. Prababcia była z rocznika ‘29, a pradziadek – ‘27. Kochałem przychodzić do ich domu. Jak były jakiekolwiek ferie, to zostawałem na kilka dni. Zawsze słuchałem ich opowiadań, ale też uczyłem się niemieckiego od prababci. Jej panieńskie nazwisko to Zimmer. Jej ojciec, mój prapradziadek, był pochodzenia niemieckiego. Co ciekawe, w I wojnie światowej walczył w pruskiej armii, a gdy przyjechał do Polski, zaciągnął się z kolei do legionów Józefa Piłsudskiego i brał udział w powstaniu wielkopolskim – mówił na naszych łamach.

Rower bez łańcucha

Smołaga przyjaźni się z Markiem Malickim, z którym jakiś czas temu zapoznał się Filipiak. – Marka spotkałem w jakimś supermarkecie i zwróciłem uwagę na stary rower, którym przyjechał. Zagadaliśmy m.in. na temat rowerów Edelweissa i powiedział mi, że jego kolega, Sebastian, ma taki rower. I tak zaczęła się znajomość między naszą trójką, którą oparliśmy na zamiłowaniu do rowerów retro – opowiada Filipiak.

Ta trójka założyła grupę nieformalną, która chce pokazywać nie tylko osiągnięcia fabryki Edelweissa, ale także propagować rowery retro na naszym terenie. – Spotykamy się, rozmawiamy o historii rowerów i jeździmy wspólnie. Takie rzeczy budują ludzi – zauważa Malicki, który klasykami na dwóch kółkach interesuje się od blisko 30 lat. – Mając kontakty z Zachodem, na początku lat 90. zauważyłem, że są u nich piękne rowery. Zaintrygowały mnie. Pierwszy kupiłem chyba w 1992 r. i zacząłem nim jeździć. Lata mijały i nic się nie działo, one się po prostu nie psują. Każdemu to powtarzam, że te rowery retro to niezawodność i jakość – mówi Malicki, który pierwszym rowerem jeździł przez 25 lat. To była patia z 1939. – W tzw. międzyczasie szukałem i nabywałem następne rowery. Mam tego widocznego tu dürkoppa, dwubiegowego, napędzanego bez łańcucha, z 1932 r. Firma robiła rowery, maszyny do szycia i pisania, a także motorowery i małe motocykle – zaznacza Malicki.

– Zaraz, jak rower może jechać bez łańcucha? – dopytywałem z niedowierzaniem.

– Niekiedy wciskam kit, że łańcuch z zębatkami ukradli mi pod Biedronką. Trzy, cztery osoby w to uwierzyły – śmieje się Malicki. I dodaje już całkiem poważnie: – Mam jeszcze astrala. Po linii ramy oceniam, że ten mój rower jest z 1930 roku.

Poza tym Malicki ma jeszcze edelweissa z 1935 roku 3-biegowy, z oryginalnym malowaniem, czy też damkę opla z 1928 roku.

– Z każdego korzystam. Nie mam ulubionego, bez idealizowania – mówi chodząca encyklopedia rowerowych klasyków.

W czym maczał palce Józef Piłsudski?

W grupie jest także Waldemar Bednarek z Nowej Soli. U niego rowerowa pasja zrodziła się później. Wcześniej zajmował się rekonstruowaniem antyków, m.in. zegarów czy mebli. – Sam kocham się w damkach niemieckich. Od tego się zaczęło, że złożyłem ten rower. Nie było kół, nie było błotnika. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc także chciałoby się stworzyć jakąś kolekcję. Fakt, że nie mam jeszcze tak starych rowerów, jak mają koledzy, bo najstarszy rower, jaki rekonstruuję, jest z 1936 roku. To herkules. Pozostałe to powojenne, z 1950, ‘51 roku. Ale na bazie jeszcze
tych części przedwojennych, bo niczym się nie różnią, jeśli chodzi o niemieckie rowery – mówi Bednarek, który jeździ olimpią.

– Pokochałem ten rower, już drugi rekonstruuję. Pochodzi ze Skarżyska-Kamiennej, firma Mesko robiła cały zestaw różnych rzeczy – latarnie uliczne, sprzęt agd, broń, amunicję. Do dziś jest ta fabryka, która powstała w 1926 roku, a w tym, żeby ją założyć, palce maczał sam Józef Piłsudski. To była fabryka broni i amunicji podlegająca pod Radom – zaznacza nowosolanin.

Jego damka wygląda przepięknie. Wszystko w niej jest oryginalne. Dynamo, lampa polskiej produkcji w Poznaniu, światełko odblaskowe. Na piaście jest łucznik z datą produkcji.

Grupa, w której jest Bednarek, cały czas się rozwija. – Fajny przykład daje nam grupa rowerowa z Zabrza. Ona inwestuje nie tylko w rowery kolekcjonerskie z epoki, ale i w ubiory – zaznacza Filipiak.

„Kwintesencja kobiecości”

W składzie retro jeżdżą nie tylko panowie, ale także panie. – Sylwek zaszczepił w nas tę miłość do rowerów i w dobie emancypacji kobiet jeżdżenie takim rowerem to jest taka kwintesencja kobiecości. Możemy się pobawić, poprzebierać, pojeździć, zaprezentować, mieć ciekawe zdjęcia – uśmiecha się Ewelina Filipiak, żona Sylwestra Filipiaka.

Alicja Pasierb dodaje: – Jeszcze wiele musimy się nauczyć od pasjonatów. My bardziej kochamy modę retro i w tym kierunku idziemy. Ale komfort jazdy jest nieprawdopodobny. Jest bardzo wygodnie. Współczesnymi też jeździmy, ale w tych starych jest lepszy komfort jazdy. Te siodełka wygodniejsze. Mimo że nie ma pięciu przerzutek, tych wszystkich bajerów, to lepiej się jeździ. One są praktycznie bezawaryjne.

Rowery obu pań mają piękne ozdobniki, a konkretnie haftowane siatki, które są osłonami kół. Panie ubierają się też tak, jak to miało miejsce blisko sto lat temu. – Wymaga to przygotowania ubiorów z tamtych lat. Staramy się, żeby były one jak najbardziej odwzorowane. W sklepach sieciowych można znaleźć takie sukienki. Na co dzień się podobnie ubieramy, więc możemy coś we własnej szafie wykopać – uśmiechają się moje rozmówczynie.

– Chciałybyście żyć w tamtych czasach? – dopytuję.

– Na pewno kobietom było wtedy trudniej. Jednak trochę potrzebujemy tej nowoczesności. Łatwiej jest nam żyć. Ale takie spędzenie czasu, jak na pikniku retro, na który można dojechać klasykami, jest fajną odskocznią – odpowiadają.

***

W niedzielę 19 września w Pubie u Prezesa w Otyniu odbędzie się wydarzenie „Edelweiss – święto roweru po sam Otyń”, które organizuje Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Otyńskiej. W planach wystawa, pokaz, przejażdżka: – Historia naszego regionu, fabryka, która nie istnieje, a jej wyroby można oglądać u nas na wydarzeniu. Wszystko w miłej atmosferze z SPZO. Zapraszamy, wstęp wolny – mówią organizatorzy.

Event potrwa w godzinach 16.00-18.00.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content