Wspominamy tych, których nie ma już wśród nas

Ludzie kultury, sportu, duchowni, społecznicy, byli radni, opozycjoniści w czasach PRL, muzyk, dawny redaktor naczelny „Tygodnika Krąg”. Zbliża się Wszystkich Świętych. Wspominamy naszych zmarłych

MICHAŁ KASPRZAK

Aktor Michał Kasprzak zmarł nagle. Miał 35 lat. „W życiu jak w teatrze – czasem nie ma dobrego zakończenia. Żegnamy Michała Kasprzaka, naszego przyjaciela” – pisał zespół Terminusa A Quo.

Aktorki i aktorzy podkreślali, że Michał był dla nich „nie tylko scenicznym partnerem i aktorem, ale też rodziną i filarem grupy”. „Żyłeś pełną piersią i takie tworzyłeś kreacje: mocne i charakterne, ale o gołębim sercu – zaznaczali w teatrze. – Widzowie zapamiętają Twój wyraźny rys, dynamikę, siłę, wzruszałeś nasze serca i rozbawiałeś koleżanki i kolegów. W życiu jak na scenie byłeś oryginalny jak świat, autentyczny i szczery. Moglibyśmy oglądać Cię w nieskończoność, ale okazuje się, że nikt nie jest nieskończony. Zapisałeś się również jako bohater w przeżytej wspólnie filmowej przygodzie z »Solaninem« i kryminalnej podróży detektywa i raptusa w »Trzech ich było«”.

Zespół TAQ napisał też: „Michałku, po prostu za wcześnie… Ten seans trwał za krótko. Będzie nam Ciebie brakowało. Dziękujemy za wszystko”.

ANDRZEJ GENEJA

Andrzej Geneja nie żyje – ta smutna wiadomość dotarła do nas w listopadzie. – Znałem go ponad 40 lat, był pionierem nowosolskiej „Solidarności” i człowiekiem ogromnie zasłużonym dla lokalnej społeczności w walce z komunizmem – wspominał Andrzej Perlak, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL.

Zmarły solidarnościowiec we wrześniu 1980 był jednym z inicjatorów i współzałożycieli NSZZ „Solidarność” na terenie Odry. – Rozmawiałem z Andrzejem Geneją wiele razy, szczególnie w ostatnich 10 latach. Przeglądałem także materiały archiwalne Instytutu Pamięci Narodowej. I z tych wszystkich rozmów i faktów wynika, że spotkanie komitetu założycielskiego w Odrze było pierwsze, więc on de facto był pionierem „Solidarności” – mówił w „TK” Perlak.

I dodał: – Był człowiekiem koncyliacyjnym, który nie tyle za wszelką cenę unikał konfliktów, ale raczej im mądrze zapobiegał. Był po prostu niesamowicie inteligentnym człowiekiem.

Andrzej Geneja zainicjował i zorganizował pierwszą polową mszę, którą 17 września 1981 na Placu Floriana w Nowej Soli odprawiono w obecności bp. Pawła Sochy. Przez swoją działalność był w kręgu zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, esbecy wielokrotnie go nachodzili.

SB do jego drzwi zapukała m.in. 12 grudnia 1981. Dzień później przewieziono go do Aresztu Śledczego w Zielonej Górze. Tam został brutalnie pobity. Nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Miał nabytą nerwicę stresową.

W sumie siedział aż w trzech więzieniach.

Po latach, w 2011 r., został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności, który nadaje się za „prowadzoną działalność mającą na celu odzyskanie przez Polskę niepodległości i suwerenności”.

Mówił, że w dokumentach IPN dotyczących jego zaangażowania w opozycję można znaleźć donosy, z których wynika, kto na niego kapował esbekom i jakie korzyści z tego procederu mieli konfidenci. Łącznie na swojego przewodniczącego donosiło czterech pracowników Odry, w tym jedna osoba z komisji zakładowej związku, a więc z samego serca działalności „S” w NFN.

– Znam nazwiska tych osób, ale nie chcę ich ujawniać – mówił przed laty na naszych łamach Andrzej Geneja.

– Dlaczego? – pytaliśmy.

– To już dziś nie ma znaczenia.

– A jeżeli któraś z tych osób pełni dziś funkcję publiczną?

– Nie, przynajmniej już nie, ale więcej nie powiem.

– Coś pan czuje wobec tych osób?

– Nic nie czuję, niektóre z nich mnie przeprosiły. Ja ich nie chcę znać, oni też unikają mnie jak ognia…

Andrzej Geneja miał 76 lat.

ZYGFRYD CHREPTOWICZ

Pod koniec 2020 r. napisaliśmy, że w wieku 83 lat odszedł Zygfryd Chreptowicz, jeden z ojców kajakarstwa na naszym terenie i wieloletni instruktor. Przez jego ręce przeszły setki zawodników i zawodniczek, w tym medaliści krajowych i międzynarodowych imprez.

Już od 1951 chodził na zajęcia żeglarskie. W 1962 zdobył patent sternika, prowadził zajęcia z żeglarstwa w ówczesnym Powiatowym Ośrodku Wychowania Fizycznego w Nowej Soli. Z Romanem Bojką zaczął prace nad utworzeniem sekcji kajakowej przejętej potem przez klub Polonia, który swoją siedzibę dostał w dawnym budynku Ligi Obrony Kraju.

Jako instruktor kajakarstwa zaczął pracę w ZKS Polonia Metalowiec Nowa Sól. Kolejne lata to praca trenerska owocująca coraz lepszymi wynikami nowosolskich kajakarzy: sukcesy Teresy Barei i Marii Kornatowskiej, zdobywczyń złotych medali mistrzostw Polski, osiągnięcie klasy mistrzowskiej Adama Karpińskiego, Adama Widera i Włodzimierza Sobczyka, czy największy sukces naszych kajaków – grad medali mistrzostw Polski, medale mistrzostw świata i udział w dwóch igrzyskach olimpijskich Grzegorza Krawcowa.

Za swoją pracę Chreptowicz był wielokrotnie nagradzany: Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem 70-lecia Polskiego Związku Kajakarskiego i wieloma innymi odznaczeniami.

– Bez wątpienia jest legendą klubu – wspominał Zygfryda Chreptowicza Adam Karpiński. – Był bardzo konsekwentny, niesamowicie dbał o porządek. Wtedy bazą był drewniany barak – tam, gdzie dziś jest marina. Warunki były ciężkie – zimno, myszy, ale Zygfryd o to wszystko bardzo dbał. On uczył tych wszystkich początkujących, jak w ogóle wiosło trzymać, jak nim machać, a że przychodziło bardzo dużo młodzieży, nie było tak, że na dzień dobry schodziło się na wodę. Zygfryd ogromny nacisk kładł na porządek, pod koniec tygodnia zawsze organizował wielkie sprzątanie hangaru i terenu wokół, dbał o sprzęt.

– To był dobry człowiek – mówiła Anna Chreptowicz, wdowa po legendzie nowosolskiego kajakarstwa. – Tego wieczora słabo się czuł. Zawołał mnie w nocy, był bardzo słaby. Widziałam, że sinieje. Jedną ręką go trzymałam, drugą dzwoniłam po pogotowie. Zaczęły mu sinieć usta. Próbowali go reanimować. Rozrusznik jeszcze ruszył, ale serce już nie. W przyszłym roku mieliśmy mieć 55. rocznicę ślubu. Myślałam, że jeszcze doczeka.

WŁADYSŁAW ULWAŃSKI

Młodziutkiego Władysława wojna zastała w miejscowości Przewłoki k. Buczacza. Widział m.in. dantejskie sceny związane z ludobójstwem UPA na Wołyniu. Cudem ocalał, Ukraińcy prawie go zatłukli kolbami karabinów. – Przeżył dzięki pomocy sąsiada Ukraińca, który wywiózł moją babcię i tatę do Buczacza – wspominał ojca na naszych łamach Jacek Ulwański. – Do końca życia miał po tym pobiciu blizny na głowie.

W czasie wojny był za młody, by walczyć z bronią w ręku, ale Władysław Ulwański działał w specjalnych oddziałach, które chowały pomordowanych na Wołyniu.

Później młody Władysław trafił z mamą w ramach repatriacji do Nowej Soli. Poszedł do gimnazjum przemysłu lniarskiego przy fabryce Odra, poprzednika dzisiejszych „Nitek”.

W tamtym czasie formowała się partyzantka, oddziały do walki z komunistycznym reżimem. Jeden z takich oddziałów – Tajna Organizacja Wojskowa – powstał przy szkole pana Władysława, który zaangażował się w walkę z nowym, narzuconym porządkiem.

– Tata został aresztowany – opowiadał Jacek Ulwański. – Niemal rok siedział w więzieniu w Zielonej Górze i chwilę w Poznaniu, podczas przesłuchań był torturowany. Wiele tygodni siedzieli po 60 osób w celi, która miała niespełna 30 m kw. Było jedno wiadro w roli toalety. Spali na zmianę. Ten jeden przykład daje pewien obraz tego, jakie to było piekło. Tata został aresztowany w szkole z bliskim przyjacielem, polskim Żydem. Rodzina tego kolegi ocalała z Holokaustu dzięki pomocy Polaków. Jego rodzice mieli jeszcze jakieś oszczędności i przekupili jednego z oficerów UB, dlatego ojciec wyszedł ze swoim przyjacielem.

A w 1952 Władysław Ulwański zaczął uczyć w szkole, w której odebrał wykształcenie. To była długa kariera nauczycielska, bo trwała aż do początku lat 90. – Kochał uczyć, nauczycielstwo było treścią jego życia – mówił jego syn. – Zawsze był oceniany jako bardzo zaangażowany nauczyciel.

Później mocno angażował się też w budowę kościoła św. Józefa Rzemieślnika w Nowej Soli.

Wielką pasją Władysława Ulwańskiego była hodowla pszczół i praca na działce. Przyjaźnił się z o. Medardem, również zapalonym pszczelarzem.

Zaczął poważniej chorować wiosną 2020 r. Zmarł 11 listopada, w Święto Niepodległości, we śnie.

IRENA GERLIP

Powitała na świecie setki dzieci. Sama odeszła do wieczności w wieku 80 lat. Irena Gerlip przez blisko ćwierć wieku była radną gminy Nowe Miasteczko. Zawodowo wiele lat pracowała jako położna.

Zmarła w nocy z 9 na 10 listopada.

Tak wspominała ją Danuta Wojtasik, burmistrz Nowego Miasteczka: „Odeszła do wieczności długoletnia Radna rady miejskiej, oddany społecznik oraz wspaniała, ciepła osoba. Nasza Pani Irenka, która z racji zawodu powitała na świecie setki, jak nie tysiące mieszkańców naszej gminy. Dla której zawsze inni ludzie byli na pierwszym miejscu”.

Wojtasik stwierdziła, że Irena Gerlip miała wielkie zasługi dla gminy: „To właśnie Pani Irenka jako radna włożyła najwięcej pracy w walkę o obwodnicę miasta. Towarzyszyła mi w każdym spotkaniu w tej sprawie. Nawet wtedy, kiedy przestała być radną, nadal była częstym gościem w urzędzie. I przeważnie była to wizyta w czyjejś sprawie. Tak mało jest takich ludzi. A tak szybko odchodzą… I tak bardzo ich później brakuje”.

STANISŁAW DĄBROWSKI

Zmarł również Stanisław Dąbrowski. W 1973 r. jako szczecinianin przyjechał do Nowej Soli. Wkrótce został legendą nowosolskiego kajakarstwa. Po kilkudziesięciu latach dostał Odrzanę, najważniejszą nagrodę w mieście.

Był wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski w kanadyjce. Startował na mistrzostwach Europy, trenował juniorską reprezentację kraju, jego zawodnicy odnosili duże sukcesy. Był też świetnym sędzią.

U Stanisława Dąbrowskiego do 18. roku życia trenował Grzegorz Krawców, legenda nowosolskich kajaków, olimpijczyk z Seulu i Barcelony, medalista mistrzostw świata i letniej uniwersjady, wielokrotny mistrz Polski. Krawców: – Myślę, że przez ręce Staszka przeszło kilkadziesiąt tysięcy zawodników. Tylko w czasie mojej kariery – z pięć tysięcy.

A jakim trenerem był Dąbrowski? – Wymagającym – opisywał go na naszych łamach Grzegorz Krawców. – Posiadał dużą wiedzę. Miał u nas posłuch, szacunek.

Stanisław Dąbrowski był też bardzo zasłużony, jeśli chodzi o działalność na polu Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Grzegorz Krawców: – Miesiąc przed śmiercią spotkaliśmy się ze Stasiem na pogrzebie Zygfryda Chreptowicza. Był w dobrej formie. Stanęliśmy na cmentarzu w tej naszej sportowej grupie i pan Jan Dąbrowski, legenda naszej siatkówki, powiedział: to teraz na mnie kolej. Stasiu odpowiedział mu: Janek, to tak nie działa. Nie wiadomo, kto będzie następny. Później odwiozłem go z cmentarza do domu. Gdy wysiadał, powiedziałem: cześć, Stasiu, do zobaczenia.

PIOTR GIBASZAK

17 grudnia zmarł 34-letni Piotr Gibaszak. Piłkarz reprezentował barwy zespołów z Lipin i Lubięcina. – Po prostu nie ma żadnych słów, które mogą opisać żal i ludzką bezradność w takiej sytuacji – żegnał Piotra Andrzej Ziarek z Błękitnych Lubięcin.

Błękitni pisali też w internecie: „Na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci!”.

Bernard Hałub, przez lata związany z piłką w Lipinach, określił Piotra Gibaszaka jako wspaniałego kolegę z boiska: „Byłeś, jesteś i nadal będziesz w naszych sercach. Dziękujemy, Piotrze, za grę! Pozostaniesz na zawsze w naszej pamięci – kibiców i zawodników Thrash Attacku Lipiny”. Swój wpis zakończył słowami „żegnaj, »Gibas«”.

„Nie rozumiem tego. Taki wspaniały Kolega, Przyjaciel, Dobry Człowiek. Zbyt szybko” – podkreślał Andrzej Ziarek.

ROBERT SAS

Robert Sas zmarł 22 grudnia, tuż przed Bożym Narodzeniem. Miał 82 lata.

Był radnym Nowej Soli dwóch kadencji. Znalazł się w historycznej radzie miasta wybranej w pierwszych wolnych wyborach w 1990 r. Wszedł do niej z ramienia Komitetu Obywatelskiego „S”. Robert Sas był także radnym w latach 1994-1998, a w latach 1997-1998 także przewodniczącym rady.

W 1992 został redaktorem naczelnym „Tygodnika Krąg”.

Ma wiele zasług dla miasta, które wtedy, w latach przełomu, nie było perspektywiczne. Raczej usilnie walczące z problemami, choćby z bezrobociem.

W 2014 został wyróżniony Lubuskim Laurem Oświaty za zainicjowanie konkursu „Oratoria” dla uczniów szkół ponadpodstawowych z terenu powiatu nowosolskiego. – Bardzo dziękuję za to wyróżnienie, ale w zasadzie ono wyróżnia ideę i uczestników, którzy biorą udział w najtrudniejszym zadaniu: w konkursie krasomówczym – mówił wtedy skromnie podczas uroczystej sesji lubuskiego Sejmiku, na której odebrał nagrodę.

Przede wszystkim jednak Robert Sas był adwokatem, który prowadził trudne sprawy, także te dotyczące ludzi ubogich.

Przyjaźnił się z nim lekarz Ryszard Spławski: – Niewątpliwie bardzo mocno pomagał ludziom. I to była pomoc bezinteresowna.

KS. ARTUR GODNARSKI

Duchowny zmarł 18 stycznia. Miał 52 lata.

Był księdzem diecezji zielonogórsko-gorzowskiej od 1994 r. Zakaził się koronawirusem i w ciężkim stanie przebywał w szpitalu. Kilka miesięcy wcześniej przeszedł przeszczep nerki i z tego powodu miał obniżoną odporność.

Ks. Artur Godnarski od 2011 był sekretarzem zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. nowej ewangelizacji. Założył Wspólnotę św. Tymoteusza, która zainicjowała Przystanek Jezus.

„Patrząc na jego życie i to, co każdy z nas mu zawdzięcza, oraz wierząc w zmartwychwstanie – nie rozpaczajmy, pamiętając, że kiedyś spotkamy się na innym przystanku – twarzą w twarz z Tym, do którego ks. Artur nas prowadził i którego uczył nas kochać i naśladować. Uwielbiajmy dobrego Boga, który dał nam tak wspaniałego Brata i Przyjaciela” – napisali po jego śmierci współtwórcy Przystanku Jezus.

A tak żegnał ks. Godnarskiego abp Grzegorz Ryś: – Dlaczego Bóg uczynił Artura księdzem? Bo chciał. W tym Bożym „chcę” jest zawsze jakaś wiedza o człowieku, wiedza, która ogarnia tego człowieka w całości. (…) To „chcę” jest niesłychaną wiarą Boga w człowieka”.

KS. WŁADYSŁAW STACHURA

Ks. kanonik Władysław Stachura niemal ćwierć wieku pełnił posługę w parafii Matki Bożej Gromnicznej w Kożuchowie. Zmarł w Domu Księży Emerytów w Zielonej Górze. Księdzem był ponad 50 lat.

Urodził się 14 lipca 1943 w Mszanie Dolnej. Po ukończeniu Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu przyjął święcenia kapłańskie w 1968 r.

W sierpniu 1991 został proboszczem w kożuchowskiej parafii, a 13 września tego roku – dziekanem dekanatu Kożuchów. Obie funkcje pełnił aż do emerytury, na którą przeszedł 1 sierpnia 2014 r. Na niej nadal mieszkał na plebanii w Kożuchowie i kontynuował pracę. W roku 2020 ze względu na stan zdrowia przeniósł się do Domu Księży Emerytów.

„Zostanie w pamięci mieszkańców gminy Kożuchów” – żegnał księdza burmistrz Kożuchowa Paweł Jagasek.

Ks. Stachura miał 77 lat.

BOGDAN POLIKOWSKI

„Żegnaj, Przyjacielu. Jak wielu, tak i Tobie przyszło grać w niebieskiej orkiestrze” – napisał po śmierci Bogdana Polikowskiego, założyciela zespołu Justyna&Przyjaciele, Lech Bekulard, społecznik i menedżer muzyczny. Pan Bogdan miał 65 lat.

„Odszedł od nas nasz wspaniały Przyjaciel, wybitny muzyk, gitarzysta, założyciel naszego zespołu – napisali artyści z kapeli Justyna&Przyjaciele. – Jesteśmy pogrążeni w bólu i ogromnym smutku, który rozrywa nasze serca”.

Muzycy podkreślili, że Bogdan Polikowski był wyjątkowym człowiekiem. I że za nim bardzo tęsknią.

Polikowskiego pożegnało też Gminne Centrum Kultury w Otyniu. „Jego choroba i niespodziewana śmierć wstrząsnęła nami wszystkimi – zaznaczyli pracownicy GCK. – Bogdan przez lata był w naszym centrum kultury cenionym instruktorem gry na gitarze i kierownikiem działającego również u nas zespołu śpiewaczego Jarzębinki. Współtworzył i czynnie wspomagał właśnie grą na gitarze grupę rockandrollową Justyna&Przyjaciele”.

RAFAŁ MROWIŃSKI

Rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, mieszkańcy Nowej Soli pożegnali zmarłego strażnika miejskiego Rafała Mrowińskiego. Jaki był? Uśmiechnięty, radosny, pomocny. Z wielkim sercem i niesamowitą empatią.

Rafał odszedł w wieku 46 lat. Na pewno za wcześnie. Zmarł 14 kwietnia. Wcześniej ciężko chorował na COVID-19.

W ostatniej drodze towarzyszyła mu ogromna rzesza ludzi. Nad trumną list od nieobecnego na pogrzebie z powodu choroby prezydenta Jacka Milewskiego odczytała Natalia Walewska-Wojciechowska, wiceprezydent Nowej Soli. „Przepraszam, że nie ma mnie dzisiaj obok Pana, ale walczę z tym, z czym Pan niestety walkę przegrał” – napisał na wstępie listu prezydent Milewski.

Zmarłego nazwał „jedną z ikon straży miejskiej” i „bardzo ważnym członkiem nowosolskiej samorządowej drużyny”. „Żegnamy wielkiego, ale też bardzo skromnego człowieka. Człowieka przez duże »C« . Człowieka o ogromnym nowosolskim serduchu, bez reszty oddanego naszemu miastu i naszym mieszkańcom, kochającego ludzi i zwierzęta” – napisał prezydent.
W ostatnim fragmencie dodał: „Panie Boże. Wiem, że niezbadane są Twoje wyroki. Zawsze przyjmuję je ze schyloną głową i należytą pokorą, ale zabranie nam wszystkim Rafała jest niesprawiedliwe. Szanowny Panie Rafale, »Mrówo«, bo tak się do Ciebie wszyscy zwracali, odpoczywaj w pokoju. Będzie nam Ciebie bardzo brakować”.

Mrowińskiego żegnał też Dariusz Rączkowski, komendant nowosolskiej straży miejskiej. Na ręce najbliższej rodziny przekazał czapkę z blachą służbową z numerem 015, który był przypisany Rafałowi. Po jego śmieci ten numer został zastrzeżony i już żaden strażnik przychodzący do pracy go nie dostanie.

– Nie mogę pogodzić się z tym, że odszedł nasz Rafałek, „Mróweczka” – prawdziwy przyjaciel. Nie wiem, jak sobie bez niego poradzimy, bez jego uśmiechu, żartów i radości życia. Nic już nie będzie takie samo. Zawsze będę go nosić w swoim sercu – mówiła na naszych łamach, nie kryjąc emocji, Beata Pietrzykowska, naczelniczka Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska w nowosolskim magistracie.

MAREK KASPER

Marek Kasper, były piłkarz Dozametu czy Czarnych Rudno, ojciec Szymona, obecnego zawodnika Czarnych, odszedł 18 czerwca. Miał 49 lat.

Krzysztof Zięba, legenda Czarnych, Marka znał praktycznie od zawsze. – Zapamiętam go jako cichego, spokojnego człowieka, bardzo w porządku chłopaka – wspominał kolegę na naszych łamach. – Byłem zszokowany, gdy dowiedziałem się o jego śmierci. Przecież był jeszcze młodym człowiekiem, miał życie przed sobą. Odeszła osoba bardzo zasłużona dla Czarnych. Ile my razem meczów zagraliśmy… Przez lata był naszym kapitanem.

Piotr Pacyna, kolejny wieloletni piłkarz Czarnych: – Zapamiętam go jako wspaniałego boiskowego kumpla, przyjaciela. Czasami biliśmy się w kartkach, kto dostanie więcej [uśmiech]. On za faule, ja za gadkę. Marek był zawzięty na tym stoperze, nie odpuszczał, zawsze walczył do końca.

Piotr mówił w „TK” mocno wzruszony: – W ostatnim czasie nie widywaliśmy się często, ale zawsze, gdy Marek spotykał moją mamę, mówił: proszę pozdrowić Piotrusia. Szok i niedowierzanie. Przecież on nawet nie miał 50 lat. Trudno jest żegnać kolegę z boiska.

HENRYK ZIELIŃSKI

„Dotarła do mnie bardzo smutna wiadomość. Zmarł Henryk Zieliński, wieloletni Radny, a także Przewodniczący rady miejskiej w Kożuchowie” – o śmierci pana Henryka poinformował burmistrz Paweł Jagasek.

I dodał: „Mój kolega, który uczył mnie pracy samorządowej, gdy zaczynałem swoją przygodę z samorządem, zawsze pomocny. Niech spoczywa w pokoju”.

Wielu mieszkańców gminy składało kondolencje rodzinie zmarłego. „Bardzo smutna wiadomość. Bardzo zacny i zasłużony człowiek. Członek i sympatyk Koła Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Cześć jego pamięci” – napisał Sylwin Jarosz, szef ZŻWP im. 13. Pułku Zmechanizowanego.

Henryk Zieliński był człowiekiem zasłużonym dla kożuchowskiego samorządu. „Wyrazy współczucia dla rodziny i znajomych w imieniu radnych rady miejskiej w Kożuchowie. Heniu, spoczywaj w spokoju” – żegnał go Ireneusz Drzewiecki, obecny przewodniczący rady miejskiej w Kożuchowie.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content