Bajek słuchał na winylach. Dziś Matush to jeden z topowych polskich didżejów

„W tej chwili moim rodzicom łatwo powiedzieć: mój syn zajmuje się muzyką. Ale w 1990 r. nie byli zachwyceni, gdy moją głowę zajmowała tylko muzyka i praca DJ-a w formie, której wtedy w Polsce nikt jeszcze nie znał. Pomimo rodzicielskich niespełnionych oczekiwań i tego, że wtedy wydawało się to kompletnie szalone, z uporem robiłem swoje. Dzisiaj jestem uważany za jedną z kilkunastu osób, które wprowadzały i promowały muzykę elektroniczną w Polsce”. O wyborze własnej drogi zgodnej z pasją i wbrew rodzinnej tradycji opowiada Matush, czyli Tomasz Matuszak

Kiedy byłem mały, bajek słuchało się na płytach winylowych. Rodzice włączali mi płytę przed snem. Słuchałem i zasypiałem. Płyta jednak trzeszczała i kręciła się całą noc. Zasypiałem więc i budziłem się patrząc na wirujący winyl. Zakręciło mnie to. I zostało do dzisiaj.

W latach ‘80 na bytomskim rynku było ognisko muzyczne. Rodzice zapisali tam mnie i siostrę. Uczyłem się gry na pianinie i umuzykalnienia w teorii. I to chyba wtedy właśnie rodzice zaszczepili we mnie muzykę na zawsze.

W latach ‘90 próbowałem coś tworzyć na gramofonach: minimiksy, słuchowiska nagrywane na magnetofon szpulowy. Trochę bawiłem się w radio. I poświęcałem temu każdą wolną chwilę. Szkoła interesowała mnie bardzo wybiórczo. Historia, biologia, zajęcia z komputerami i języki obce – to przedmioty, na które uczęszczałem z przyjemnością, ale kompletnie nie widziałem sensu np. w uczeniu się wierszy na pamięć.

Na przełomie 1989 i 1990 nie było szkółek miksowania dla DJ-a i YouTube’a. Nie miałem skąd czerpać wiedzy, jak miksować muzykę na gramofonach. Byłem więc odkrywcą, który sam wymyślał, jak uzyskać efekty, na których mi zależało. I to było w sumie fascynujące. Zamykałem się w pokoju i odkrywałem swoją Amerykę. Przecież tworzyłem coś, czego nie robił tu nikt przede mną, co jeszcze nie istniało.

Winyle z Cambridge

Jednym z nielicznych przedmiotów, które interesowały mnie w szkole, były języki obce, w szczególności angielski. Rodzice chcieli, bym to rozwijał, dlatego wysłali mnie na letni kurs języka angielskiego do Cambridge. Pojechałem tam w 1992 r. i – przeznaczenia nie oszukasz – odkryłem na miejscu wiele sklepów muzycznych, których brakowało wtedy w Polsce. Miałem więc swoje lekcje angielskiego, tyle że w praktyce.

W czasie tego pobytu w Wielkiej Brytanii poszedłem też do kilku klubów muzycznych. I wtedy mnie olśniło: DJ-e robili tam dokładnie to, co odkrywałem sam w domu, w Bytomiu Odrzańskim, małym polskim miasteczku. Zrozumiałem już, że jestem w domu.

Pieniądze przeznaczone na przeżycie topniały błyskawicznie. Kieszonkowe wydawałem na płyty winylowe. Po powrocie z Wysp przywiozłem pełną walizkę nowych czarnych krążków.

Gdy zauważyłem co się dzieje za granicą, zacząłem działać w Polsce. Nawiązywałem kontakty z dużymi polskimi wytwórniami płytowymi, by robić remiksy, a konkretnie wersje klubowe dla różnych wykonawców. Przykładem jest Magma i „Aisha”. Razem z kolegą z Zielonej Góry dodaliśmy do rockowego nagrania więcej elektronicznej rytmiki, piano i bas. Z oryginału został tylko wokal. Wersja ukazała się na płycie winylowej i stała się popularna w klubach.

Muzyka stała się wszystkim

W 1992 r. grałem już w lokalnych klubach w Otyniu, Zielonej Górze, Kożuchowie i oczywiście w Bytomiu Odrzańskim. Przyjeżdżałem ze swoimi pierwszymi polskimi gramofonami, miksowałem i promowałem nową muzykę oraz styl grania DJ-a bez używania mikrofonu. Grając, oszczędzałem na moje wielkie marzenie tamtych czasów, czyli profesjonalne gramofony firmy Technics SL1200. Gdy udało mi się je spełnić, pochwaliłem się tym rodzicom. Tłumaczyłem im szczegóły techniczne i dlaczego to jest standard każdego profesjonalnego DJ-a na całym świecie od lat.

Rodzice jednak nie podzielali mojego zainteresowania. Owszem, cieszyli się z moich sukcesów i gdy ukazywały się wywiady ze mną, ale nigdy nie poświęcali temu większej uwagi. Nigdy też nie byli na moich imprezach, ale to raczej zrozumiałe, bo techno czy house to raczej muzyka młodego, buntowniczego pokolenia.

Dzięki kontaktom, które nawiązywałem, dotarłem do warszawskiego klubu dla DJ-ów Disco Mix Club. To była filia międzynarodowej organizacji, która od początku lat 90. prężnie rozwijała się i wydawała specjalistyczne płyty winylowe dla DJ-ów. Organizowała mistrzostwa Polski w miksowaniu. Mistrz miał możliwość rywalizacji na mistrzostwach świata DJ-ów, które w zależności od roku odbywały się w Londynie, Paryżu, Rzymie lub Rimini. W 1993 po raz pierwszy pojechałem do warszawskiego klubu Hybrydy, żeby zobaczyć mistrzostwa na żywo.

Po powrocie znów zamknąłem się w swoim pokoju. Wariowałem, miksowałem, pracowałem nad techniką. W 1995 pojechałem do Warszawy do klubu Colosseum po raz pierwszy na mistrzostwa jako uczestnik. Nie miałem konkretnych oczekiwań. Chciałem tam być, zaprezentować się i cieszyć tym, że też robię coś fajnego, szalonego. Mojego.

Zająłem drugie miejsce. Wystartowałem ponownie w 1996 w klubie Stodoła w Warszawie. Wygrałem, zdobyłem tytuł mistrza Polski DMC Poland i w czerwcu pojechałem zagrać na mistrzostwach świata w Rimini we Włoszech, konkurując z najlepszymi na świecie.

Muzyczna pasja stała się dla mnie wszystkim

Współpraca z Liroyem

W życiu jest tak, że coś wynika z czegoś. Tak było i tym razem. Po moim występie podszedł do mnie menedżer Liroya. Przedstawił mi ofertę współpracy podczas koncertów jako DJ. oraz przy nagrywaniu kilku kolejnych płyt. Na dwóch albumach „Bafangoo” i „L” są moje skrecze. Skrecz to tzw. szuranie płytą winylową w rytm muzyki. W tym przypadku używałem płyt z bajkami, które miałem z dzieciństwa. Tak trwał mój kilkuletni romans z hip-hopem w latach 90.

Współpraca z Liroyem i podpatrywanie pracy w gdyńskim studio Def Noizz zainspirowały mnie do pracy nad autorskimi produkcjami.

Gdy gram własne nagrania podczas imprez, moje występy stają się bardziej wyjątkowe. Czerpię z tego radość i staram się to przekazywać publiczności.

Nagranie „Latino Laif” w 2001 r. promowało nowy magazyn kultury klubowej „LAIF” i rozeszło się w ilości ponad 500 płyt winylowych, stając się kultowym klubowym nagraniem. Popularność dała mi wreszcie możliwość grania w najlepszych klubach i na największych festiwalach w Polsce.

Tu, na terenie Nowej Soli, Bytomia Odrzańskiego, nigdy nie było typowych klubów techno lub house. W Czerwieńsku był sprofilowany klub Technosis, w którym grywałem. To historyczne miejsce z muzyką elektroniczną na mapie woj. lubuskiego. W samej Zielonej Górze był klub Hades, w którym przez kilka lat rezydowałem i tam też starałem się promować muzykę elektroniczną.

Kluby i underground to są w zasadzie tylko największe miasta. Im większe miasto, tym więcej sprofilowanych wyjątkowych miejsc.

***

Założyłem własny label muzyczny, produkuję muzykę, a moje nagrania często trafiają na światowe listy najlepszych klubowych nagrań.

Podróżuję jako DJ. grając w Polsce, Anglii, Rosji, a nawet na hiszpańskiej Ibizie.

W 2021 wydałem wiele nowych produkcji. Dwie z nich – „Latino Laif 2021” i „4 RAVERS EP” – ukazały się także na płytach winylowych i można je znaleźć choćby w Empiku.

Żyję z tego, co kocham robić, i jestem spełnionym polskim artystą.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content