Głusi i ich język. Nowosolanie po kursie języka migowego [ROZMOWA]

We wrześniu przyjechał z Poznania do Nowej Soli, by z Aleksandrą Włodarczak poprowadzić kurs języka migowego dla pracowników lokalnych instytucji, m.in. urzędu miasta, Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, Miejskiej Biblioteki Publicznej, straży miejskiej czy przedszkoli. W tym odcinku serii Dzień doBrych zapraszam na spotkanie z wykładowcą i tłumaczem polskiego języka migowego Olgierdem Kosibą

Marta Brych-Jackiewicz: Na kursie mówicie o osobach niesłyszących „głusi”. Nomenklatura wydaje się dosadna. W waszym podręczniku to określenie pisane jest w dodatku wielką literą. Możesz wytłumaczyć, o co chodzi?

Olgierd Kosiba: Osoby głuche są bardzo różnorodne. I nie o wszystkich głuchych piszemy wielką literą. To zależy od tego, czy dany człowiek utożsamia się z kulturą Głuchych i posługuje się językiem migowym, czy może uważa się za osobę z niepełnosprawnością.

Osoby, które są kulturowo głuche, uważają się za osoby pełnosprawne i nie postrzegają niesłyszenia jako wady. Wręcz uznają, że jest ich atutem, bo dzięki temu mają swoją kulturę i społeczność, której są częścią. To ludzie dumni z tego, że są głusi i absolutnie nie postrzegają tego jako defektu, czegoś ujemnego.

Jeśli natomiast nie koncentrujemy się na znajomości języka czy elementach kulturowych, tylko na głuchocie postrzeganej jako problem, chorobę, wadę – wtedy mówimy o osobach głuchych, a nie Głuchych.

W naszej działalności kluczową grupą są Głusi, czyli grupa posługująca się polskim językiem migowym i wykazująca zachowania charakterystyczne dla kultury Głuchych.

Wiedza zarówno na temat kultury wspomnianej grupy społecznej, jak i o rzeczywistych możliwościach niesłyszących nie jest zbyt powszechna. Z jakimi mitami na temat osób niesłyszących spotykasz się najczęściej? Które z nich są najbardziej krzywdzące?

Jeżeli chodzi o pogląd słyszących na temat głuchych, to rzeczywiście funkcjonujemy wokół mitów. Bardzo często głusi są postrzegani przez słyszących jako osoby mające jakieś deficyty intelektualne lub niepotrafiące wielu rzeczy.

Z racji tego, że często niesłyszący wydają z siebie dźwięki, które nie przypominają mowy, są oceniani przez słyszących na ich podstawie. W efekcie często przypina im się łatkę ludzi niepełnosprawnych intelektualnie. A głuchota nie czyni z nikogo niepełnosprawnego intelektualnie. Będąc głuchym można ukończyć liceum, zdobyć tytuł inżyniera, magistra czy doktora.

Pokutuje mit, że jeśli ktoś jest głuchy, to automatycznie wyłącza go to z życia publicznego. A to nie głuchota wyłącza, tylko brak kompetencji językowych. Głusi, żeby móc normalnie funkcjonować i rozwijać się, potrzebują – tak samo jak słyszący – języka, by móc porozumiewać się z otoczeniem.

Jak wygląda w Polsce edukacja osób niesłyszących? Istnieją specjalistyczne szkoły, uczy się w nich m.in. posługiwania się językiem migowym?

Są ośrodki szkolno-wychowawcze dla głuchych dzieci. W Polsce jest ich ok. 30. Na nieszczęście w większości z nich nie uczy się języka migowego, a edukacja wygląda średnio, źle albo bardzo źle.

Na szczęście istnieją też miejsca, gdzie PJM jest nauczany. Choćby ośrodek dla dzieci głuchych w Warszawie przy ul. Łuckiej, w którym poziom nauczania jest naprawdę wysoki, a dyrektor wręcz wymaga od wszystkich pracowników, by znali język migowy. Jest jeszcze jeden warszawski ośrodek – przy Placu Trzech Krzyży. Tam znajomość migowego też jest wymagana.

Ale poza tymi miejscami sytuacja edukacyjna głuchych jest ogólnie zła. Choćby dlatego, że nie wykorzystuje się potencjału języka pierwszego, którym w przypadku niesłyszących powinien być język migowy.

Od nauczycieli wymaga się ukończenia surdopedagogiki, a ona nie zakłada nabycia umiejętności posługiwania się polskim językiem migowym na poziomie B1 czy B2, który mógłby już zapewnić swobodną komunikację. Z tego powodu nauczyciele nie migają.

Migowego uczą się tylko ci, którzy rozumieją potrzeby swoich uczniów, ale robią to we własnym zakresie. Istnieją dyrektorzy, którzy wiedzą, że warto wysyłać pracowników na naukę PJM. Ale przeważająca część tego nie robi.

Są sytuacje wręcz tragiczne, gdy dyrektor i nieznający PJM nauczyciele piętnują innego nauczyciela, który na własną rękę postanowił nauczyć się języka migowego, by porozumieć się z uczniami. Nauczyciel z tą kompetencją postrzegany jest jako zagrożenie. Choćby sytuacja w jednym z poznańskich ośrodków. O tym było głośno. Na 105 nauczycieli tylko czterech znało język migowy. I tych czterech stało się solą w oku tamtych stu. Zamiast wykorzystać ich dobry potencjał, zaczęto ich piętnować i uprzykrzać im życie.

Wiem, to jest dziwne i trudno to zrozumieć, ale tak po prostu jest.

W specjalistycznych ośrodkach dla Głuchych nauczyciele nie znają języka migowego, a mają przed sobą dzieciaki, które nie słyszą. Jak się z nimi porozumiewają? W jaki sposób ich uczą?

Mówią do tych dzieci. Nie żartuję. Naprawdę mówią do niesłyszących dzieci. Co gorsze, wyciągają konsekwencje z ich niewiedzy. Tworzą sytuację, w której sami są przyczyną porażki edukacyjnej, a za konsekwencje karzą dzieci, którym jednocześnie odbierają możliwość harmonijnego rozwoju, komunikowania się, rozwijania kompetencji językowych i zdobywania wiedzy.

I wyobraź sobie, że tak „uczący” nauczyciele nie dostrzegają ani absurdalności tej sytuacji, ani nie czują, że popełniają jakiś błąd. To oczywiście uogólnienie, ale większość naprawdę nie dostrzega swojego udziału w tym, że dzieci niesłyszące są niewyedukowane. I niestety zdarza się, że głuche dzieci kończą szkołę, a ich znajomość języka polskiego jest na bardzo niskim poziomie. Jeżeli to dzieci głuchych rodziców, są wyposażone w mocne kompetencje, jeśli chodzi o znajomość polskiego języka migowego. Trzeba zrozumieć, że język polski jest dla osób głuchych językiem obcym. Zwłaszcza dla tych, którzy urodzili się głusi w głuchych rodzinach, bo nie mają możliwości, by naturalnie ten język przyswoić.

A z językiem migowym też wiąże się mit – że jest jeden, wszędzie ten sam. Pokutuje myślenie, że to język gestów, a gesty wszędzie na świecie są takie same.

Tak nie jest. Język migowy nie jest językiem międzynarodowym. Języki migowe powstawały w różnych czasach na różnych terenach. Od pierwszych zapisów w Hiszpanii z 1500 r. W zasadzie aż do dziś, bo języki migowe cały czas powstają. Tak samo jak języki foniczne, są językami narodowymi i różnią się między sobą. Istnieje więc polski język migowy, francuski, angielski itd.

Osoby niesłyszące w codziennym życiu napotykają mnóstwo trudności, choćby instytucjonalnych. Próbuję sobie wyobrazić np. rozprawę w sądzie z udziałem Głuchego. Jak to wygląda technicznie?

W tej chwili sąd zapewnia tłumacza, ale nie zawsze tak było. Moja koleżanka, która miała niesłyszących rodziców, była zmuszona do tłumaczenia na ich rozwodzie. Ludzie rozchodzą się na różne sposoby. Jej rodzice akurat robili to agresywnie, wśród zarzutów, wulgarnych określeń. No i ona, jako 14-letnia dziewczynka, była zmuszona to tłumaczyć. Sąd ją dopuścił z racji tego, że nie było innego tłumacza. Biedne dziecko. Przeżyła traumę, z której nie wychodzi się samemu, bez psychologa. Rodzice dla każdego z nas są przecież bogami i teraz wyobraź sobie dziecko, na które zrzucono ciężar tłumaczenia słów jego rodziców o tym, że ktoś miał kochankę, ktoś z kimś sypiał, ktoś się upił, jakaś przemoc fizyczna, seksualna…
W tej chwili problem jest już lepiej załatwiany, choć tłumacze nie chcą tłumaczyć spraw sądowych ze względów finansowych.

Przykład z życia: tłumaczka musi dojechać na swój koszt z Poznania do Gniezna, wrócić z Gniezna do Poznania; tłumaczy przez godzinę, sąd proponuje 30 zł za usługę.
Albo mój własny przykład: robiłem tłumaczenie dla straży granicznej, pieniądze za usługę otrzymałem po… siedmiu miesiącach.

Jeśli tłumacz utrzymuje się z tłumaczeń i dostaje informację, że wynagrodzenie – godne ubolewania zresztą – otrzyma po pół roku, to jest to nieporozumienie.

Od nas często się oczekuje, że będziemy działać pro publico bono. Tak jakby zawód tłumacza migowego nie był pracą, z której się przecież utrzymujemy.

Jak jest w Polsce z dostępnością głuchych do instytucji?

Nie jest idealnie, ale najgorzej też nie. Np. duże banki zapewniają już dostęp do języka migowego. Nie jest to oczywiście powszechne zjawisko w każdym oddziale, ale te duże banki mają się już czym pochwalić.

Urząd marszałkowski w Gdańsku zatrudnia tłumacza PJM na etacie. Masz też przykład Nowej Soli: kilka waszych instytucji wysłało pracowników na kurs PJM z możliwością rozwijania kompetencji na kursach doskonalących.

I w mojej ocenie sytuacja w całej Polsce powoli, ale odczuwalnie zmienia się na lepsze.

A rynek pracy?

Osoby głuche pracują głównie w zakładach pracy chronionej. Ale są też zatrudniane w innych miejscach. Sztandarowym przykładem jest tu Amazon. To jedyna znana mi firma, która zanim zatrudniła głuchych pracowników, przeszkoliła pracowników słyszących w zakresie komunikacji z nimi i kultury Głuchych. Firma bardzo porządnie się przygotowała, zanim przyjęła pierwszych głuchych pracowników. A kiedy zaczęto już w niej zatrudniać osoby niesłyszące, zapewniono im tłumacza na każdym etapie: od pierwszego spotkania w sprawie pracy, przez badania wstępne, szkolenie BHP, instruktaże, po stanowisko pracy. W każdej sytuacji głuchy pracownik Amazonu ma dostęp do tłumacza – albo online, albo na żywo. Wszystkie materiały i dokumenty pracownicze są również tłumaczone na język migowy. Słowem – pełne zapewnienie komunikacji. Amazon nie jest zakładem pracy chronionej i generalnie nie musi tego robić, jednak według mnie zapewnił najlepsze warunki pracy dla osób głuchych spośród wszystkich znanych mi firm. Nie wyłączając zakładów pracy chronionej. Pracowałem w wielu firmach, na różnych stanowiskach, ale podejście do pracownika w Amazonie, tak uważam, jest na bardzo wysokim poziomie. Firma bardzo szanuje prawo osób głuchych do pracy w wymiarze siedmiu godzin. Jeśli jednak Głuchy podczas badania lekarskiego wyrazi wolę pracy w systemie 10-godzinnym, ma prawo pracować cztery dni robocze po 10 godzin i mieć kolejne trzy dni wolne. Ale to na wyraźną prośbę pracownika.

Ile w Polsce jest głuchych osób?

Według najbardziej wiarygodnych źródeł między 50 a 100 tys. Choć gdybyśmy mieli określić liczbę osób niesłyszących posługujących się językiem migowym, trzymałbym się wersji, że 50 tys.

Jeśli chodzi o osoby z uszkodzonym słuchem w stopniu głębokim, mówi się nawet o liczbie 400 tys. Ale to nie są osoby kulturowo głuche, tylko niesłyszące, np. z dobrze działającym aparatem słuchowym lub implantem ślimakowym, które nie widzą potrzeby posługiwania się PJM.

Istnieje przekonanie, że implant jest wybawieniem od głuchoty. To dobre rozwiązanie?

No i weszliśmy na teren kolejnego mitu, który mówi, że jeśli ktoś jest głuchy i się zaimplantuje, to będzie słyszał. Ludzie oczekują, że implant ślimakowy czy aparat słuchowy dokona cudu. Ale trzeba pamiętać, że implant nie zastępuje ucha. To urządzenie, które przetwarza dźwięk i doprowadza go do mózgu. Poza tym oparte jest na bateriach – umiera bateria i kończy się „słyszenie”.

Bywa, że osoby z implantem rzeczywiście dobrze sobie radzą. Wtedy możemy mówić o sukcesie słuchowym. Ale trzeba pamiętać, że część osób po implantacji nie ma poczucia sukcesu, bo implant nie dał im nic poza szkodą. Pamiętam rozmowę z dziewczyną, która bardzo żałowała wszczepienia implantu. Nie słyszy, ma chroniczny ból głowy i nie może spać na boku po stronie, w którą wszczepiono implant. Sam zabieg jest też obarczony ryzykiem. Trzeba rozciąć skórę, wyjąć część kości czaszki, umieścić implant w mózgu. I znam kilka osób, którym podczas implantacji uszkodzono nerw twarzy. Połowa twarzy jest wtedy bezwładna, a uśmiech unosi tylko jeden kącik ust. Podejmując decyzję, trzeba się liczyć i z taką konsekwencją. W tej chwili takich operacji przeprowadza się w Polsce dużo, więc to nie jest przeprowadzanie jakiegoś eksperymentu na ludziach. Wiele z tych operacji to sukcesy medyczne. Ale o ryzyku warto wiedzieć, żeby podjąć świadomą decyzję. Trzeba też uszanować prawo wyboru osoby głuchej czy chce mieć implant, czy nie. Nie można zakładać, że skoro Wojtkowi implant pomógł, to pomoże też Zosi. Tak wcale nie musi być.

W przypadku tego zabiegu znaczenie ma też wiek. Jeśli implant zostaje wszczepiony w główkę małego dziecka i jest sukces dźwiękowy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko będzie słyszeć, reagować, rozumieć i rozwijać się poprawnie. Ale jeśli implant jest wszczepiany osobie dorosłej, która nigdy nie słyszała, to przy sukcesie dźwiękowym bardzo często ludzie przeżywają horror.

Dlaczego?

Dotychczas żyli w ciszy i to był ich świat. Nagle pojawiły się dźwięki – i to wszystkie jednocześnie. Słyszący przechodzą etapy zapoznawania się z dźwiękami. Najpierw stłumionymi, docierającymi przez brzuch mamy, później przez naukę typu: „To jest kotek. Kotek robi miau”. I gdy później słyszące dziecko spotyka kotka i słyszy jego „miau”, to wie, że to „miau” jest dźwiękiem kotka. Oczywiście trywializuję, ale myślę, że to jest obrazowe.

Tymczasem do osoby, która nigdy tych etapów nie przechodziła, nagle docierają wszystkie dźwięki z otoczenia. Doznanie jest obce, nowe. Dźwięki nie rodzą skojarzeń z ich konkretną przyczyną, więc są niezrozumiałe. Każdego dźwięku trzeba się nauczyć osobno, a one wcale nie występują osobno. Zobacz, rozmawiamy, w tle leci jakaś muzyka, pies szczeka, łyżeczka stuknęła o kubek z herbatą, za ścianą sąsiad wbija gwóźdź w ścianę, pod oknem przejeżdża samochód, ktoś idzie po klatce schodowej, przesunięte krzesło szura o podłogę. Słyszymy od urodzenia i mamy zdolność selekcjonowania dźwięków. Możemy prowadzić rozmowę, choć dźwięków wokół nas jest więcej. Implant nie selekcjonuje ich, tylko przetwarza każdy tak samo. A teraz wyobraź sobie, że wszystkie dźwięki docierają do nas w takim samym natężeniu jednocześnie. Kompletny chaos. Dla osoby, która jest dorosła, żyła w ciszy i nagle zaczyna słyszeć po raz pierwszy, to nierzadko traumatyczne przeżycie.

Dlaczego nauczyłeś się języka migowego? Znałeś środowisko? Był ci do czegoś potrzebny?

Mój początek nauki języka migowego jest mało spektakularny. Wiem, że ludzie oczekują czegoś więcej i myślą, że istnieje jakaś historia owiana tajemnicą, która sprawiła, że zacząłem się uczyć języka i poświęciłem temu blisko 30 lat życia, ale to był zupełny przypadek.

Odwiedziłem kolegę, u którego było małżeństwo Głuchych, Dorotka i Mariusz – pamiętam ich do dziś. Uznałem, że zachowują się w sposób tajemniczy. Wydawało mi się, że szepczą coś do siebie. Teraz wiem, że po prostu delikatnie migali i artykułowali. Wtedy przykuło to moją uwagę na tyle, by spytać kolegi, dlaczego oni są tacy „dziwni”. Powiedział, że są głuchoniemi. Był rok ‘92 i słowo „głuchoniemy” było wtedy słowem poprawnym. Spytałem, jak się z nimi dogaduje. Odpowiedział, że skończył kurs języka migowego. Gdy poprosiłem, by mnie nauczył, wytłumaczył się brakiem czasu, ale podpowiedział osobę, do której mogłem się zgłosić.

Uczyłem się migowego, nie mając żadnego wytyczonego celu czy planów zawodowych z nim związanych. Raczej na zasadzie, że jedni zbierają znaczki, inni kopią piłkę, a ja będę się uczył migać. I uczyłem się z maszynopisu. To była lista słów. Na jednej stronie było 120 znaków i przy każdym słówku była cyferka – odniesienie do zdjęcia w słowniku Hendzela, którego niestety nikt wtedy nie miał. Opisywałem sobie te znaki. Pamiętam, że znak „można” opisałem jako „piesek prosi”, bo znak kojarzył mi się z proszącym o coś pieskiem. Robiłem wiele takich notatek skojarzeniowych, np. znak „Włochy” to był „kierowca tira, który przekręca kierownicę”.

Wykorzystywałem własne skojarzenia, rysowałem układ rąk, mimikę, gesty, choć jestem rysunkowym antytalentem. Ale to było dla mnie i miało działać. I to było wszystko, czym dysponowałem przez wiele lat, ucząc się języka migowego.

Nas też uczyłeś, podpowiadając skojarzenia. Czyli przekułeś wypróbowane pomysły w skuteczną metodę nauczania innych?

Teraz już tak. Ale skojarzenia, których używam w nauczaniu, były poddawane próbie wartości na różnych kursach. I bywa tak, że część z nich jest pamiętana latami, inne nie przetrwały próby czasu.

Kiedy zacząłeś nauczać PJM?

Przydarzyło się to za sprawą mojego dawnego przyjaciela Staszka Szuberta z Karkonoskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych z Jeleniej Góry. Zaproponował, że skoro znam język migowy, to mógłbym go uczyć w różnych instytucjach. I pierwsze kursy poprowadziłem właśnie pod szyldem karkonoskiego sejmiku. Bez wiedzy pedagogicznej, bez przygotowania. Po prostu wychodziłem przed ludzi i ich uczyłem.

Ale przyszedł moment na nauczanie pod własnym szyldem. Założyłeś stowarzyszenie.

Za radą Staszka. „Załóż swoje stowarzyszenie, będzie ci łatwiej”. Kolega ogarniał wszystkie sprawy prawne i łącznie w 13 osób w 2013 powołaliśmy do życia Towarzystwo Wykładowców i Tłumaczy Polskiego Języka Migowego GEST. Początkowo mieliśmy działać tylko lokalnie w Jeleniej Górze. Ale w 2014 przeprowadziłem się do Poznania. Siłą rzeczy rozszerzyła się też działalność stowarzyszenia na inne regiony Polski.

Większość ludzi nie zna migowego, a konieczność porozumienia się z osobą niesłyszącą może wystąpić zawsze. Także nie wszyscy Głusi znają język polski w piśmie. Co radzisz w takiej sytuacji?

Najważniejsza jest cierpliwość, życzliwość i otwartość. Nie należy się denerwować, że Głusi potrzebują więcej czasu, żeby nam coś przekazać. Naprawdę, jeśli dwie osoby chcą się ze sobą dogadać, to się dogadają.
Mieszkałem kiedyś w Bogatyni. Któregoś dnia zaczepia mnie Niemiec i pyta o coś po niemiecku. Usłyszałem na końcu pytania słowo Liberec. Pomyślałem, że pewnie człowiek chce dojechać do Liberca. Więc swoim, prawie żadnym, niemieckim mówię mu: „Gerade, gerade, lampen – rechts, a potem gerade i będziesz już miał Liberec”.
I się dogadaliśmy. Czasami wystarczy się zdystansować.
Słyszący boją się kontaktu z głuchymi, bo boimy się tego, czego nie znamy. Niepotrzebnie. Głusi są otwarci, ale też bardzo skrzywdzeni jako społeczność przez słyszących, którzy na przestrzeni wieków próbowali ich zmieniać, leczyć, naprawiać. Nie pytając ich o zdanie ani o to, czego oni chcą.
Jeśli głusi widzą, że słyszący są na nich otwarci, a i sami są otwarci na osoby słyszące, to myślę, że mamy w tym miejscu wspólny mianownik, jakim jest taka zwykła międzyludzka więź. To umożliwia komunikację. Język migowy jest bardzo wizualny, więc – na zasadzie tej mojej rozmowy z Niemcem – obserwacją da się coś z tych gestów wywnioskować, nawet gdy nie zna się podstaw PJM.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content