Kierczyńska: Buduję pewność siebie, ale zdrową, żeby nie była podszyta pychą [ROZMOWA]

19-latka została mistrzynią świata w kickboxingu. Martyna Kierczyńska z Legionu Głogów: – W środku wierzyłam, że jestem w stanie zdobyć ten złoty medal. Wiedziałam, że po to tu jestem

Mateusz Pojnar: Jakie to uczucie być mistrzynią świata w wieku 19 lat?

Martyna Kierczyńska: To superuczucie, jestem naprawdę bardzo szczęśliwa. Mimo że minęło już kilka dni od momentu, w którym zdobyłam tytuł, to emocje dopiero powoli opadają. Dochodzi do mnie, że tak, stało się: zostałam mistrzynią świata.

Twoi bliscy też się bardzo cieszą. Gdy wróciłaś z Włoch, zrobili ci specjalne powitanie.

Tak, przyjechaliśmy z trenerem do moich rodziców, gdzie czekali z moją siostrą, ciocią, kuzynką i kilkoma sąsiadkami. Zrobili dla mnie billboard [uśmiech].

Bardzo mi kibicowali i cieszyli się z mojego sukcesu.

Pewnie media teraz walą do ciebie drzwiami i oknami?

Właściwie niedzielę po powrocie poświęciliśmy dla rodziców i od tej pory nie ma w zasadzie chwili odpoczynku, bo rzeczywiście dziennikarze zapraszają mnie na rozmowy. Do tego trzeba załatwiać sprawy związane z kolejnymi zawodami.

W środę 27 października cały dzień była u nas ekipa Dzień Dobry TVN, nagrywała o mnie materiał [reportaż o Martynie został wyemitowany w poniedziałek – red.]. W ostatnich dniach musiałam się zająć obowiązkami medialnymi.

Przenieśmy się ponad tydzień wstecz do włoskiego miasteczka Lido di Jesolo. Tam walczysz na mistrzostwach świata. Jak wspominasz sam turniej? Szło jak z płatka czy były kryzysowe momenty?

To był trudny turniej, bo najważniejszy w mojej karierze, pierwszy taki w kategorii seniorek. Zazwyczaj ten przeskok z juniorki do seniorki bywa ciężki. W seniorach walczy się od 18. do 40. roku życia. Jest różnica w doświadczeniu zawodniczek.

Ale udało mi się dopasować, wręcz być najlepszą.

Turniej był też trudny pod tym względem, że musiałam sobie poradzić ze stresem, presją. Byłam w pełni skupiona na swoim celu. Żeby zrealizować to, co sobie założyłam.

Gdy wygrałam pierwszą walkę, poczułam, jak to jest na tym turnieju i rozpędziłam się. A zatrzymałam dopiero po finale. Działałam krok po kroku. W tzw. międzyczasie odliczałam, ile jeszcze kroków pozostało.

Myślę, że pokazałam się z bardzo dobrej strony i nie było kryzysowych momentów – każdą z czterech walk wygrałam jednogłośnie z dużą przewagą punktową. Taktyka, jaką obraliśmy, sprawdziła się.

Jechałaś tam z jasnym celem: chcę zdobyć złoto? Czy po prostu chciałaś wejść do strefy medalowej?

Jestem ambitnym sportowcem i na każde zawody jadę z myślą, że interesuje mnie tylko najwyższy stopień podium. Tutaj było podobnie. Chociaż wiedziałam, że dużym wyróżnieniem jest sam mój wyjazd na MŚ w pierwszym roku w seniorkach.

W środku wierzyłam, że jestem w stanie zdobyć ten złoty medal. Wiedziałam, że po to tu jestem.

W finale pokonujesz Finkę i za jakiś czas wchodzisz na pierwszy stopień podium. Słyszysz polskim hymn. I…

… to wymarzone, niesamowite uczucie: usłyszeć hymn swojego kraju na tak prestiżowych zawodach, dumnie stać na pierwszym miejscu z orzełkiem na piersi. Emocje nie do opisania.

Były łzy?

Tak, poleciały już po walce finałowej. Wtedy zeszła ze mnie presja. Przyszło rozluźnienie.

Na Facebooku napisałaś, że droga do wyjazdu na mistrzostwa była wyboista. Co miałaś na myśli?

Przede wszystkim to, że największą wojnę w kontekście MŚ stoczyłam tak naprawdę jeszcze w Polsce. Mistrzynią świata w mojej kategorii była Polka, Ewa Pietrzykowska. Czyli bijąc się o wyjazd na mistrzostwa świata, już walczyłam z mistrzynią świata, którą musiałam pokonać.

Werdykt w naszej pierwszej walce był kontrowersyjny, sędziowie wskazali na jej zwycięstwo, mimo że wiele osób widziało to inaczej. Nie kłóciliśmy się, przyjęłam to z pokorą, robiłam swoje na treningach.

I później z nią wygrałam, zdobyłam mistrzostwo Polski, które zawsze gwarantowało miejsce na MŚ. W Polskim Związku Kickboxingu zaczęli mówić o dodatkowych sparingach – miały wyłonić, która z nas ostatecznie pojedzie na ten turniej.

W końcu wyszło tak, że obie musiałyśmy pojechać na puchar świata. To była nerwówka, bo miesiąc przed MŚ nie wiedziałam, czy ostatecznie na nie pojadę. Na szczęście tak to się ułożyło, że spotkałyśmy się z Ewą w finale i wygrałam, postawiłam kropkę nad „i”.

Zawsze mówisz, że Joanna Jędrzejczyk jest twoją idolką. Kiedyś miałyście już kontakt. Teraz odezwała się z gratulacjami?

Nie, jeszcze nie [uśmiech].

To dajmy jeszcze mistrzyni drugą szansę. Obserwując świat widać, że nareszcie nastaje czas kobiet. Skąd ty bierzesz w sobie tyle sił, by tak świetnie walczyć nie tylko z przeciwniczkami, ale choćby z presją, o której mówiłaś wcześniej?

U mnie to jest jakieś naturalne. Raczej jestem silną kobietą, sportowcem. Mimo że mam dopiero 19 lat, w życiu przeżyłam już sporo. I przykrych, i tych bardziej radosnych sytuacji. Ze wszystkim jakoś sobie radzę.

Ale oprócz tego mam wokół siebie prawdziwe osoby. Wiem, że mnie wspierają.

I ja to wszystko robię z pasji – w tym tkwi siła. Kocham to, mam w tym swój cel. Jest czasem ciężko, zdarzają się słabsze momenty, ale gdy przypomnę sobie o celu, wiem, po co to wszystko.

Robiąc wywiady z utytułowanymi sportowcami staram się zawsze ich zapytać o receptę na sukces. Jaka jest twoja?

Po pierwsze, trzeba robić to, co się kocha. Z pasji.

A jeżeli chce się być w danej dziedzinie najlepszym, kosztuje to dużo wyrzeczeń i poświęcenia. Przede wszystkiej potrzeba rzetelnej, ciężkiej pracy. Nie tylko wtedy, gdy ktoś na nią patrzy. Jeśli ktoś chce być mistrzem, musi robić więcej niż inni zawodnicy. Pracować jeszcze mocniej.

W tej rozmowie jesteś pewna siebie, ale też wydaje się, że twardo stąpasz po ziemi. Nie grozi ci woda sodowa?

Zdecydowanie nie. Myślę, że to jest ostatnia rzecz, jaka mogłaby mi zagrozić [uśmiech]. Jestem skromną dziewczyną, tak mnie wychowali rodzice. Mama i tata zawsze mi powtarzali, że to jest ważne.

Wiem, jak ważna w sporcie jest głowa. Dlatego staram się budować pewność siebie, ale zdrową pewność, żeby nie była podszyta pychą. Warto znać swoją wartość jako sportowca i człowieka, ale mimo wszystko skromnie do tego podchodzić.

Co dalej z twoją karierą?

W najbliższym czasie, w grudniu, mam jeszcze mistrzostwa świata muay thai. Odbędą się w Bangkoku. To będzie mój ostatni turniej w tym roku. W tym tygodniu zacznę wdrażać się w kolejny okres przygotowawczy.

A co dalej? Chcę cały czas się rozwijać, podnosić sportowy poziom, stawać jeszcze lepszą zawodniczką. Obronić tytuły z 2021 r., może dorzucić nowe. Mam też podpisaną współpracę z federacją A1, gdzie będę toczyć walki zawodowe w muay thai. Myślę, że zadebiutuję tam już w przyszłym roku.

Rozważasz cały czas przejście do MMA?

Tak. Ten rok zdominowały starty kickboxerskie, bo były na ten moment dużo ważniejsze. Mam dopiero 19 lat i sporo do zrobienia w kickboxingu, tajskim boksie, ale będę chciała już przeplatać te starty z MMA.

I w przyszłości, tak myślę, startować w zawodowych galach mieszanych sztuk walki.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content