Wadim Tyszkiewicz: Zawsze we mnie zostanie zawadiaka ze Zjednoczenia [WYBÓR TEKSTÓW 2021]

PRZYPOMINAMY NAJWAŻNIEJSZE TEKSTY 2021. CZERWIEC „Czy byłem krnąbrny? Wychowywałem się praktycznie sam. Mama pracowała ciężko od rana do nocy w szkole i internacie, tata zmarł, gdy miałem pięć lat. W pewnym sensie wychowywała mnie ulica. I jak ktoś mnie szturchnie, to mu »odszturchnę«. W polityce też”. Rozmowa z senatorem Wadimem Tyszkiewiczem, byłym prezydentem Nowej Soli

Mateusz Pojnar: Przejście z samorządu do Senatu było trudne? Co było w nim najtrudniejsze?

Wadim Tyszkiewicz: Dla mnie to był pewnego rodzaju szok, zresztą zafundowany sobie na własne życzenie. Pierwszy rok był potwornie trudny, nie mogłem się odnaleźć. Miałem duże kłopoty, żeby się z tym pozbierać.

Co było najtrudniejsze? W samorządzie jest sprawczość: pracujemy, walczymy o coś i przychodzą efekty, tak jak choćby rewitalizacja fabryki Odra, nowosolski basen czy hala widowiskowo-sportowa, która już się buduje. Takie przykłady mogę mnożyć. Oczywiście te inwestycje to są lata wysiłków: najpierw pomysł, potem zaczynamy pracować nad konkretem, trwa to długo i na końcu po latach jest efekt. Step by step, krok po kroku do celu.

W Senacie jest niestety tak, że można próbować przeforsować naprawdę najmądrzejsze pomysły, ciężko pracować, a i tak o efekcie końcowym decyduje partyjna większość: czy cała twoja praca miała sens, czy trafi do kosza. Przykład: przeforsowałem i przeprowadziłem przez Senat cztery ustawy, niepolityczne, techniczne, służące ludziom – wszystkie leżą w sejmowej zamrażarce. Polityka niszczy nawet najlepsze inicjatywy.

To pana nie deprymuje?

Deprymuje, bo wyszedłem z biznesu i samorządu, gdzie praca daje efekt. Rzecz jasna nie zawsze, bo zdarza się, że coś nie wyjdzie, ale zdecydowanie częściej wysiłek daje konkretny rezultat.

Parlament zawsze był upolityczniony, tzn. była jedna i druga strona politycznego sporu, ale tak źle, jak jest teraz, chyba nie było nigdy. Często zdarzają się głosowania wbrew logice, rozumowi, ale zgodnie z partyjnym interesem. Z tym nie mogę się pogodzić. Ja tak nie robię, bo jestem senatorem bezpartyjnym i niezależnym, nie mam politycznej czapy.

A ma pan w Senacie przyjaciół?

Oczywiście.

Z kim pan trzyma?

senatorem Krzysztofem Kwiatkowskim, to mój najbliższy współpracownik. Wszystko ze sobą konsultujemy i wzajemnie się uzupełniamy. Dziś rano rozmawialiśmy już dwukrotnie.

Z Krzyśkiem Kwiatkowskim tworzymy fajny duet. On ma bardzo duże doświadczenie, to były minister sprawiedliwości, prokurator generalny i prezes NIK-u. Prywatnie bardzo fajny człowiek. Dodatkowo jest w Senacie szefem komisji ustawodawczej, najważniejszej. Wspólnie piszemy oświadczenia i opracowujemy stanowiska.

Cieszę się z tej współpracy. Podobnie jak Krzysiek, który mówił mi, że dla niego największym pozytywem tej kadencji jest to, że spotkał mnie na swojej drodze i wspólnie robimy dużo fajnych rzeczy. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się go zaprosić do Nowej Soli.

A inni koledzy, przyjaciele?

Z prawej strony sceny politycznej moim dobrym kolegą jest choćby Jan Maria Jackowski.

To senator PiS.

Tak, w tej partii też mam naprawdę kilku dobrych kolegów, byłych samorządowców. Szkoda tylko, że dyscyplina partyjna powoduje ich takie a nie inne głosowanie.

Po stronie opozycji jest wiele świetnych koleżanek i kolegów, choćby Ryszard Bober z PSL, z Lewicy marszałek Gabriela Morawska-Stanecka czy dr Wojciech Konieczny. Tak samo w Koalicji Obywatelskiej, np. wszyscy senatorowie z Lubuskiego, Marcin Bosacki, Bogdan Borusewicz i wielu innych.

Rozmawiacie często o Nowej Soli?

Kiedy trafiłem do Senatu, okazało się, że wszyscy mnie znają i darzą szacunkiem, a Nowa Sól jest niebywałą marką. Tak, oprócz realnych zmian największym sukcesem naszego miasta jest marka, którą budowaliśmy latami. Z brzydkiego kaczątka przeistoczyliśmy się w pięknego łabędzia. Nowa Sól nie miała lepszej marki chyba w całej swojej historii, od blisko 500 lat. Ta marka jest wartością, z czym spotykam się na każdym kroku. Wielu ludzi, nawet tych, którzy nigdy nas nie odwiedzili, mówi o nas w samych superlatywach, bo o mieście dużo słyszeli. I nie można ich zawieść.

Gdybym dziś miał wymienić największego ambasadora Nowej Soli w Polsce, to wymieniłbym Jacka Karnowskiego, prezydenta Sopotu. Był w mieście, jak ja potrafię, pokazałem mu Nową Sól i on do dziś jest w szoku. Wszędzie o nas mówi, ostatnio chyba u Piaseckiego w TVN 24. „Pojedźcie do Nowej Soli i zobaczcie, co można zrobić w mieście”.

Większość senatorów kojarzy mnie właśnie z Nową Solą jako pozytywny symbol podnoszenia Polski z ruiny.

Brudna polityka

Parlament parlamentem, ale wraca pan do domu – i? Widziałem na Facebooku, że żeby się zresetować od tej polityki, ucieka pan do ogródka albo na spacery z psem.

Tak naprawdę większość czasu spędzam w Nowej Soli, szczególnie w tych covidowych czasach. Po pandemii ruszę w Lubuskie i w Polskę. Moje biuro pracuje każdego dnia od godz. 9.00 do 16.00. W Warszawie bywam, w Nowej Soli jestem i codziennie pracuję, mimo że przecież nie mam obowiązku siedzenia w biurze i jakiegoś ustalonego czasu pracy. To już mam we krwi.

Ogródek koło domu i na działce nad jeziorem, niedaleko stąd, jest pasją mojej żony, dla mnie oazą spokoju. Oczywiście też z tego korzystam, ale tam również jest sporo pracy. I dobrze – bo aktywny wypoczynek jest ważny. Pozwala odreagować stresy, a w ogródku zawsze jest coś do zrobienia.

Prócz tego regularnie chodziłem na siłownię, teraz do niej wracam. Troska o kondycję fizyczną i psychiczną jest istotna.

Żeby zresetować swoje myśli, najlepiej przekopać ogródek albo przebiec 10 kilometrów.

Posmakował pan kulis polskiej polityki. Co pan teraz o niej myśli? Gorzej niż w czasach, kiedy był pan w samorządzie?

Rzeczywistość jest dużo, dużo gorsza, niż sobie wyobrażałem, co mnie boli. Rozwój kraju powinien być budowany na fundamentach rozsądku, na podejmowaniu najbardziej racjonalnych decyzji, a polityka to wszystko miażdży. Powoduje, że Polska rozwija się dużo wolniej, niż mogłaby.

W ogóle ostatnie lata to strasznie brudna polityka. Interes partyjny wygrywa z rozsądkiem i interesem Polski. Kompletnie niepotrzebnie, bo to robi dużo złego. Wiele by opowiadać. Choćby kwestia Funduszu Inwestycji Lokalnych. O przyznaniu dotacji nie decyduje dobro kraju, tylko interes partii rządzącej.

Ale przy pierwszym rozdaniu kryteria były jasne.

Pierwsze rozdanie było okej, mówię o drugim i trzecim. Pieniądze Polaków, bo rząd nie ma swoich pieniędzy, podzielono w sposób partyjny, dając swoim. Jak za komuny. Ten sposób myślenia jest chory. Tak karze się nie tylko przeciwników politycznych, ale i swoich wyborców na danym terenie, również pisowskich. Samorząd jest przecież po to, żeby ludzie sami decydowali o swoim losie, a nie robili to za nich sekretarze partyjni po uważaniu.

Jesienią miną panu dwa lata w Senacie. Prowadził pan choćby projekty ustaw o USC czy rodzicielskim świadczeniu uzupełniającym. Co uważa pan za swój największy sukces?

Teraz przeprowadziłem przez Senat ustawę dotyczącą wiatraków – do samorządów trafi 600 mln zł odszkodowania w związku z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. To efekt błędnych decyzji podejmowanych przez polityków w 2016 r. Samorządowcy stracili dochody, bo prawo dotyczące wiatraków zmieniło się w ciągu roku i na dodatek działało wstecz. TK uznał to za niekonstytucyjne. Ustawa załatwia temat, a samorządy otrzymają pieniądze. Mała rzecz, a cieszy.

Ale to jest tylko jeden z tematów, nad którymi pracowałem. Ok. 140 razy zabrałem głos w Senacie. To może nie jest rekord, pewnie są lepsi pod tym względem, ale jeżeli już zabieram głos, staram się, żeby wystąpienie było merytoryczne, nie chodzi o robienie statystyk.

Czasem wygląda, jakby niektórzy politycy robili na mównicy stand-up.

To też. Jak na nowicjusza mój wynik jest całkiem niezły. Do tego skierowałem ok. 40 oświadczeń w ważnych sprawach do premiera, ministrów i różnych instytucji.

Jestem wiceprzewodniczącym komisji samorządu terytorialnego i administracji państwowej. Teraz na warsztat biorę płace wójtów, burmistrzów i prezydentów. Kraj, w którym prezydent Warszawy zarabia cztery razy mniej od swoich podwładnych, jest chory. W Polsce – często kierując się populizmem – zapominamy o tym, że fachowcom trzeba dobrze zapłacić, należycie wycenić ich pracę, a przede wszystkim odpowiedzialność. Inaczej nie pozyskamy najlepszych do zarządzania w naszym imieniu naszymi małymi ojczyznami.

Ale Senat to też możliwość spotykania cenionych, szanowanych ludzi. Ostatnio rozmawiał pan z Januszem Gajosem. Które z takich spotkań panu najmocniej utkwiło w pamięci?

Akurat spotkanie z Januszem Gajosem nie miało związku z Senatem, po prostu byliśmy na kolacji z naszymi wspólnymi przyjaciółmi. Cieszę się, że udało mi się porozmawiać z legendą, która dla mnie nie wiąże się tylko z „Czterema pancernymi i psem”, ale chociażby z „Żółtym szalikiem” czy innymi genialnymi rolami. Gajos jest jednym z najlepszych aktorów w historii polskiego kina.

A spotkania w związku z Senatem? Z Kaczyńskim się nie spotkałem [uśmiech]. Na pewno ważne były dla mnie rozmowy z rzecznikiem praw obywatelskich Adamem Bodnarem, świetnym człowiekiem. Mam też duży szacunek do prof. Marcina Matczaka, naszego krajana ze Sławy. Rzeczywiście fajna jest możliwość spotykania się z ludźmi, którzy są niebywałymi autorytetami, legendami, takimi jak Bogdan Borusewicz.

Ulica Zjednoczenia

Zeszliśmy wcześniej na temat kina, a pan też przecież wystąpił w filmie. Był pan statystą w „Człowieku z żelaza”. Jak do tego doszło i jak pan to wspomina?

Zagrałem tło [śmiech]. Wchodziłem z jakąś torbą, którą ktoś mi sprawdzał na bramie Stoczni Gdańskiej. Oczywiście cała scenografia była zrobiona w studiu.

W tamtych czasach byłem studentem, pracowałem w studenckiej spółdzielni. Myłem okna, szorowałem podłogi, sprzątałem mieszkania i przysłowiowe kible. Znalazłem ogłoszenie, że można zarobić statystując w filmie. Pieniędzy potrzebowałem szczególnie – byłem sierotą.

Co prawda głównej roli nie dostałem, ale dla mnie tydzień zdjęciowy i kontakt z mistrzem Andrzejem Wajdą to był zaszczyt i wielkie przeżycie! Coś, co zostanie do końca życia.

Wcześniej w telewizji, przy Woronicza 17, pracowałem i znałem aktorów, ale tylko dlatego, że po prostu myłem tam okna [śmiech].

TVP chce teraz kręcić film o Jarosławie Kaczyńskim i jego opozycyjnej przeszłości. Tytuł: „Człowiek zbuntowany”. Gdyby został pan zaproszony do udziału w nim, co by pan o prezesie powiedział?

Że to jest chyba jakiś żart. Nie można tak profanować kultowej serii filmów Wajdy, czyli „Człowieka z marmuru”, „Człowieka z żelaza” i „Człowieka z nadziei”. Samo nawiązywanie tytułem do tej trylogii jest niepoważne.

Tak sądzi choćby senator Borusewicz, który jest moim serdecznym kolegą, prawdziwym bohaterem „Solidarności” i lat buntu. Otóż on nie przypomina sobie opozycyjnych osiągnięć Jarosława Kaczyńskiego w walce z komunizmem. Lecha Kaczyńskiego – owszem, pamięta. Jarosława – nie.

Nie wiem, kto wpadł na tak głupi pomysł. Myślę, że Kurski. Ale zrobi tym filmem prezesowi więcej złego niż dobrego. Ludzie będą się z tego śmiać. Już są prześmiewcze memy.

Pan ostro walczy z PiS. A czy w tej walce pomaga panu krnąbrny chłopiec wychowujący się w kamienicy przy ul. Zjednoczenia w Nowej Soli? On dalej w panu jest?

Nie chcę mówić, że walczę z PiS. Walczę ze złem, kłamstwem i niegodziwościami, walczę o lepszą, uczciwszą, bardziej samorządową Polskę, w której rozum bierze górę nad partyjniactwem.

Mógłby pan zapytać moją żonę… Ona panu powie, że ten chłopiec ze Zjednoczenia raczej nie wyjdzie ze mnie już nigdy. Różne rzeczy tam robiliśmy. Biliśmy się, piliśmy wino w bramie, graliśmy w piłkę.

Czy byłem krnąbrny? Wychowywałem się praktycznie sam. Mama pracowała ciężko od rana do nocy w szkole i internacie, tata zmarł, gdy miałem pięć lat. W pewnym sensie wychowywała mnie ulica. I jak ktoś mnie szturchnie, to mu „odszturchnę”. W polityce też.

A jest pan totalną opozycją?

To zależy. Tak – i już tłumaczę panu, dlaczego. Jestem totalną opozycją przeciwko totalnemu zawłaszczaniu państwa, przeciwko totalnej propagandzie, niszczeniu demokracji, państwa prawa itd. PiS jest mistrzem w wykorzystywaniu słów kluczy do dyskredytowania opozycji. Słowa takie jak „totalna opozycja”, „kasta” itd., powtarzane tysiąc razy, zostają w głowach wyborców. Politycy nieprzychylni wobec władzy mają się kojarzyć suwerenowi z totalną opozycją, a sędziowie – z kastą. Te słowa klucze są potrzebne, żeby negatywnie zdefiniować opozycję. Więc jestem totalną opozycją przeciw tej totalnej propagandzie i totalnemu niszczeniu państwa. Do walki z totalnym złem trzeba używać czasem totalnych metod.

Jeżeli tak to interpretować – to tak, jestem totalną opozycją.

Ale teraz już całkiem poważnie: tak naprawdę nie jestem „totalsem”, bo zagłosowałem za wieloma projektami ustaw, które wyszły z PiS. Wielokrotnie dałem się przekonać do pewnych rozwiązań, jeżeli uznałem, że będą służyć Polakom.

Gdy pan rozmawia ze wspomnianym wcześniej senatorem Jackowskim, to nie mówi panu czasem: Wadim, przestań już tak w nas walić?

Nie, bo rozmawiamy nie tylko o Sejmie i Senacie. Często nadajemy na tych samych falach. Zresztą on też wielokrotnie przesadza – taka jest polityka. W kuluarach często staramy się wzajemnie do czegoś przekonać. Nie ma między nami wrogości. Podobnie rozmawiam z kilkoma byłymi samorządowcami z PiS. Może nazwisk nie będę wymieniał, żeby im nie zrobić problemów.

Hancewicze, Białoruś

Pan urodził się w Hancewiczach na Białorusi i na pewno pan mocno interesuje się tym, co się tam dzieje. Dziś Białorusini walczą o swoją wolność. Polska robi wystarczająco wiele, by im pomóc?

To bardzo trudny temat. Białoruś jest krajem autorytarnym, rządzonym przez oszalałego despotę i z naszej perspektywy, chcąc komuś pomóc, można mu czasem zrobić krzywdę. Trzeba być ostrożnym, żeby ktoś nie był posądzony o współpracę z antyrządową reakcją.

Białorusini są zastraszeni, wsadzani do więzień, torturowani. Dziś już nie wychodzą na ulicę, choć mam nadzieję, że jeszcze to zrobią i pokonają dyktatora. Wielu ludzi już zginęło, wylądowało w więzieniach. A Karczewski kiedyś mówił o Łukaszence, że to ciepły człowiek. Tak, rzeczywiście bardzo ciepły, tylko terroryzujący naród i zabijający swoich obywateli. Mam nadzieję, że dyktator kiedyś poniesie za to odpowiedzialność. Jestem przeciwnikiem kary śmierci, ale dożywocie mu się należy.

Wicemarszałek Terlecki ostatnio też wypowiedział haniebne słowa wobec liderki opozycji Cichanouskiej. Powinniśmy Białorusinom pomagać, a nie drzeć polityczne koty.

Urodziłem się w polskiej rodzinie na Białorusi i wyjechałem stamtąd jako dziecko. Znam tych ludzi. Tam Stalin zrobił swoje, teraz robi to Łukaszenka, dla którego najbliższym partnerem jest Putin. Możemy dziękować Bogu i bohaterom tamtych czasów, że wyrwaliśmy się z tego systemu i jesteśmy członkiem UE. Doceńmy to i starajmy się pomagać naszym braciom zza Buga.

Moglibyśmy robić zbiórki pieniędzy dla Białorusinów, ale w jaki sposób im je przekazać? Bo jak władza dowie się, że opozycjonista dostał pieniądze z Polski, to zaraz go wtrąci do lochu. Przecież propaganda mówi Białorusinom nonsensy, że polska armia chce wkroczyć na Białoruś. Kreuje strach przed Zachodem.

Unia Europejska mogłaby zrobić więcej, ale Polska też.

Choćby uprościć procedurę uzyskiwania azylu?

Dokładnie. Trzeba robić wszystko, by nie dochodziło do takich sytuacji jak ta z więzionym dziennikarzem Ramanem Pratasiewiczem. Z różnych względów – nie tylko politycznych, ale i ekonomicznych – powinniśmy Białorusinów witać w Polsce z otwartymi ramionami.

Pan spotyka się regularnie z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. O czym rozmawiacie?

Nie mogę o wszystkim mówić, ale rozmawiamy choćby o campusie, który Rafał organizuje pod koniec sierpnia.

Powiem szczerze, że on mnie wyprzedził z tym pomysłem. Wielu ludzi namawiało mnie do utworzenia nowej partii liberalnej, ale ja nie chcę tego robić. Nie czuję się na siłach. Za to urodził się u mnie taki pomysł, żeby stworzyć coś bezpartyjnego, ukierunkowanego na młodzież. Dać jej ponadpartyjną platformę, na której młodzi ludzie mogliby się wykazać. Myślałem o ogólnopolskim stowarzyszeniu.

Wszystkie metody, które mają obronić Polskę przed utratą demokracji i wyprowadzeniem jej z Unii Europejskiej, są dobre. A pobudzenie do działania i aktywności młodzież – bezcenne.

Trzaskowski jest jakąś nadzieją dla słabej, podzielonej dziś opozycji?

Byłby świetnym prezydentem – to na pewno. Niewiele mu zabrakło – 1 proc. Rafał Trzaskowski ma charyzmę, swoje zdanie i jestem przekonany, że jako głowa państwa nie pozwoliłby sobie narzucić narracji partyjnej.

Nawet narracji swojego obozu?

Też nie. Jest racjonalny i charyzmatyczny, ma swoje zdanie. Według mnie teraz popełnia błąd nie tworząc nowej partii, bo jest zbyt lojalny wobec PO, z której się wywodzi. Nie potrafi się od niej odciąć, a uważam, że powinien pójść swoją drogą, dla Polski. Dzisiaj nadzieja jest w Trzaskowskim i Hołowni. Powinni się dogadać i znaleźć pomysł na uratowanie Polski przed współczesnymi neobolszewikami.

Kto byłby lepszym rzecznikiem praw obywatelskich: Lidia Staroń, która jest w pana kole senatorskim, czy prof. Marcin Wiącek?

Nie chcę wypowiadać się na temat Lidii Staroń do momentu, w którym zostanie oficjalną kandydatką.

Ja będę zawsze głosował za osobą bezpartyjną, niezależną, wykształconą, z ogromnym doświadczeniem. Nie tylko w bieganiu po telewizjach. Potrzeba kogoś, kogo nie będziemy musieli się wstydzić, kto będzie reprezentował interesy obywateli, a nie tej czy innej partii. Bo RPO często wchodzi w spór z rządem, jego instytucjami, broniąc obywateli. Zagłosuję na tego, kto da mi gwarancję apolityczności i profesjonalizmu.

A gdy minie kadencja?

Planuje pan start w kolejnych wyborach do Senatu? A może – jak podawały media – rozważa pan walkę o fotel prezydenta Zielonej Góry?

Wyznaję zasadę: nigdy nie mów nigdy. Każdy scenariusz jest możliwy. Nie wymienił pan wszystkich.

Do wyborów parlamentarnych i samorządowych pozostało jeszcze 2,5 roku. Nie mam ambicji politycznych. Nie muszę też gwiazdorzyć. Ludzie mówią: kiedyś Wadim był częściej w telewizjach, a dzisiaj jest go mniej albo wcale. Gdyby mi zależało na tym, żeby było inaczej, wszedłbym do drużyny Hołowni, z którym mam ciągły kontakt – przecież poparłem go w wyborach prezydenckich – i stałbym się fighterem na pierwszej linii politycznego frontu. Ale nie chcę. Cenię niezależność.

Tęsknię za samorządem, ale z drugiej strony jest przysłowie, które mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Walczę o interes samorządu w Warszawie. Nowa Sól też nie znajduje się w próżni – to do tych, którzy mówią, że Tyszkiewicz zostawił miasto. Nadal pomagam wielu lubuskim gminom w pozyskiwaniu inwestorów, doradzam im i je wspieram.

Dziś tak naprawdę opozycja demokratyczna ma w Senacie przewagę tylko jednego głosu. Co byłoby, gdybyśmy ja albo któryś z moich kolegów samorządowców nie wystartowali w tych wyborach? Nowa Sól działa w otoczeniu. Jeżeli Polska będzie demokratyczna, europejska, rozwijająca się – to takie też będzie nasze miasto. Jeśli będzie odwrotnie – ucierpi na tym także Nowa Sól.

Przez te wszystkie lata, gdy zarządzałem miastem ze współpracownikami i radnymi, zawsze kierowaliśmy się przede wszystkim racjonalnością, podejmowaliśmy decyzje najlepsze dla Nowej Soli, choć czasami trudne. A polska polityka kieruje się często interesem partii, nie państwa. Dlatego z tym walczę.

I jak mnie pan pyta o scenariusze, to każdy wchodzi w rachubę – kontynuowanie mojej misji w Senacie też jest możliwe. Jeśli oczywiście znów wybiorą mnie wyborcy.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

One thought on “Wadim Tyszkiewicz: Zawsze we mnie zostanie zawadiaka ze Zjednoczenia [WYBÓR TEKSTÓW 2021]

  • 16 czerwca 2021 at 10:21
    Permalink

    Nowa Sól również przyjmie Pana z otwartymi ramionami. Szczerze mówiąc nie rozumiem pomysłu z kandydowaniem na prezydenta Zielonej Góry.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content