Nauczycielka Katarzyna Mokwińska-Grzempa: Stawiam na relacje [NAD KUBKIEM HERBATY]

Jeśli dziecko cię nie lubi, niczego go nie nauczysz. Jeśli jesteś głównym zapalnikiem, który powoduje u dziecka niepokój, niechęć, to nigdy nie polubi twojego przedmiotu – o byciu nauczycielem opowiada anglistka Katarzyna Mokwińska-Grzempa

Jeszcze przed studiami uczyłam w szkole językowej w Nowej Soli. Pracowałam z dorosłymi, maturzystami, młodymi, maluchami i uczyłam się, jak uczyć innych. Po studiach pracowałam w szkole w Bielawach i Siedlisku. Od 2007 r. Pracuję w SP 1 w Nowej Soli i moje nauczycielstwo jest już pełnoletnie.

Zawód jest niełatwy, bo trzeba zadowolić wielu klientów, ale i piękny, bo pracuje się z dziećmi.

Jako anglistka mam przywilej pracować ze wszystkimi grupami wiekowymi w szkole. Każda wymaga innego  podejścia.

How are you?

Na początku każdej lekcji w młodszych klasach ustawia się kolejka: „Proszę pani, wypadł mi ząbek. O tu!”, „Proszę pani, a ja mam nowego kota”, tudzież jakieś osobiste tragedie typu: „Nie mam sznurówki”. I ten cały rządek pełen zachwytów, informacji istotnych i rozpaczy z powodu, że się but rozwiązał, musi minąć, żeby móc zacząć lekcję. A bywają dni, gdy rządek ma potrzebę trwać dłużej niż zazwyczaj, wówczas pierwsze pięć, siedem minut lekcji trzeba przeznaczyć na obsługę rządka. Po prostu. Dzieci muszą się „wyprztykać”, emocjonalnie rozładować.

W starszych klasach lubię rozpoczynać pytaniem: how are you? To dobry początek zajęć.

Podstawą jest kontakt z dzieckiem

Jest taka edukatorka amerykańska, którą uwielbiam – Rita Pierson. W jej opinii, żadne nauczanie nie zachodzi bez relacji. I to ona powiedziała kiedyś: „Kids don’t learn from People they don’t like”.

Jeśli dziecko cię nie lubi, niczego go nie nauczysz. Jeśli jesteś głównym zapalnikiem, który powoduje u dziecka niepokój, niechęć, to nigdy nie polubi twojego przedmiotu. Tego się nie da przeskoczyć i od tego się zaczyna.

Dzieciaki z klas I – III uwielbiają swoje panie, bo one na ogół są dla nich takimi nauczycielkami – mamami, które uczą i tłumaczą, ale też przytulą i nos wytrą. Dziecko najpierw polega na swoich zmysłach i na tym, co czuje. Dopiero później rozumie i zaczyna myśleć abstrakcyjnie, kojarzyć fakty. Będzie słuchać i uczyć się od tego nauczyciela, któremu intuicyjnie ufa i wie, że jest przez niego lubiany i  dla niego ważny.

I łatwo zrewidować to założenie.

Jeśli dziecko sobie nie radzi z przedmiotem, czasami wystarczy je przenieść do innego nauczyciela. Często dzieją się cuda, a dzieci zaczynają rozumieć, a nawet lubić przedmiot, z którym dotychczas miały trudności. Następuje nagłe odblokowanie potencjału.

Wydaje mi się, że jeśli powiesz dziecku „ty się nie nauczysz, ty się nie nadajesz”, to ono naprawdę się nie nauczy i nie będzie się nadawać. Nawet nie będzie próbować.

Wolę więc powtarzać uczniom „jesteście najlepsi”. Jeśli powiesz dziecku, że jest wyjątkowo zdolne, że jest wybrane, to ono prędzej, czy później dokładnie takie się stanie.

Zdalne lekcje

W ostatnich dwóch latach widzę, jak młodsze dzieciaki gasną. Bezpieczeństwo to jedno, ale jeżeli nie pozwoli się dzieciakom być po prostu dzieciakami i być ze sobą, to staną się nieodwracalne krzywdy. One potrzebują kontaktu. Zwłaszcza maluchy.

Z kolei starsze dzieciaki lubią zdalne nauczanie. Można wstać za dwie ósma, siedzieć na lekcji w piżamie. I to akurat chyba nie najlepiej świadczy o kondycji tradycyjnej szkoły.

Gdyby szkoła była bardziej przyjazna, woleliby do niej przychodzić, niż tkwić przed monitorem. Sporo rzeczy można by było zmienić. Jak choćby nieudane rozwiązania, gdy geografia, czy fizyka są na ósmej godzinie lekcyjnej, czy przeciążanie testowaniem w przypadku starszych klas.

Skoro już wymagamy jakichś egzaminów wstępnych od uczniów, to dajmy im możliwość się przygotować. Do białości powinniśmy szlifować te przedmioty, które są do nich przydatne. Tak, żeby dzieciaki mogły dostać się do chcianej szkoły. W tym czasie reszta przedmiotów mogłaby być traktowana trochę lżej, bez nadmiernego zadawania i testowania w tym czasie. Taką mam teorię.

Nie lubię zdalnego nauczania. Może jest konieczne, bo jest wirus, ale jednocześnie uważam, że skutków nie da się odwrócić, nadrobić, skorygować. To. co dzieciaki mogłyby umieć, wiedzieć i pójść do przodu, już przepadło. Są dwa lata w plecy: dwa lata wiedzy, dwa lata w relacjach, w rozwoju społecznym.

To prawda, że szkoły są głównym ogniskiem zapalnym. Dzieci jest mnóstwo, wszystkie się między sobą mieszają. Nawet jeśli mamy dzieciaki w osobnych klasach, to nie ma czegoś takiego, jak reżim sanitarny. Zawsze ktoś nie umyje rąk, kto inny podzieli się piciem z jednej butelki, pozwoli ugryźć swoją kanapkę. To są dzieci.

Natomiast czy izolacja ma sens? Trudno ocenić. Z pozycji psychologicznej, czy społecznej przynosi więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim zaburza relacje i normalne funkcjonowanie. Dzieciaki przeniosły się do sieci. Tam żyją.
To ten moment, gdy szczególnie trzeba zadbać o kontakt z własnym dzieckiem, poświęcić mu czas, zagrać w scrabble, czy wyjść na spacer. Mieć i dawać czas, być blisko. To są te najważniejsze sprawy na teraz.

Ja stawiam na relacje.

Wymarzona szkoła

Mam takie marzenie, żeby nasze szkolnictwo było zbliżone do systemu fińskiego.

Podstawą jest skupienie się na dzieciaku. Ucznia nie przypasowuje się do klasy na podstawie jego wieku, tylko tego, co umie. Sześciolatek może być w klasie z ośmiolatkiem, bo np. czytają na równym poziomie. W polskich klasach dobranych rocznikami są perły, które powinny być już dawno z dwie klasy wyżej, ale są też dzieci, które nie opanowały czegoś z dwóch lat wstecz. Łączenie ich w jednej grupie tylko dlatego, że mają tyle samo lat, jest błędem, niekorzystnym dla jednych i drugich.

Dzieci nie powinny być zawstydzane, że jeszcze nie umieją tego, co już potrafią inni. Jeszcze nie umiesz – powinno oznaczać, że potrzebujesz czasu, żeby się nauczyć. Tyle.

W modelu fińskim w klasach uczniowie nie siedzą w ławkach jeden za drugim z postawionym w centrum guru-nauczycielem. Są stoliki, dywan, pufy, kanapy. Jeśli chcesz słuchać nauczyciela na leżąco, to leżysz i słuchasz.
W systemie polskim pokutuje „siedź prosto!”. Po sześciu godzinach dzieciak jest już daleko od szkoły myślami, zmęczony, znużony, nieskupiony. I nie jest to wina, ani zła wola dziecka.

Kolejna rzecz w modelu fińskim to dowolność. Nauczyciel ma prawo decydowania o tym, jakie treści wprowadza. Oczywiście po konsultacjach, podaniu swojego planu pracy etc., ale jednak to nauczyciel decyduje, czego i kiedy naucza.

Kolejna kwestia, którą znamy – wynagrodzenie za pracę. W Finlandii na etat nauczycielski przypada dwóch, trzech aplikujących. Muszą mieć kwalifikacje, odpowiednie szkoły i kursy, ale i predyspozycje. To zawód poważany społecznie, jak adwokat, czy lekarz i adekwatnie wynagradzany.

W Polsce nauczyciel traktowany jest jak marny usługodawca, którego istotność w rozwoju dziecka jest znikoma. Pensja nauczyciela mianowanego z osiemnastoletnim stażem, jeśli akurat nie ma wychowawstwa, wynosi około 2900 zł.

Dzieci to nie maszyny

Dzieci to nie maszyny, tylko ludzie, którzy się właśnie kształtują. Co zrobi lub czego zaniecha nauczyciel, może zaważyć na przyszłości dziecka.

Inaczej trzeba pracować z dziećmi w różnym wieku. Dla najmłodszych nauczyciel jest czymś w rodzaju wyroczni delfickiej. Dziecko wierzy w każde słowo. Łatwo można je skrzywdzić. W kontakcie z nastolatkiem, który akurat przechodzi burzę hormonów też praca wygląda inaczej.  

I nauczanie to jeden z aspektów pracy w szkole. Są też inne – bardzo ważne.

Jest czasami tak, że kończę lekcje, podchodzi do mnie uczeń starszej klasy i pyta, czy możemy porozmawiać. I sypią się wtedy takie rzeczy, które powinny być prowadzone przez konkretne służby, albo co najmniej kwalifikują się do ciężkiej pracy z psychologiem. A ja jestem przecież tylko nauczycielem angielskiego. Wiem jednak, że jeśli przychodzi dzieciak i prosi mnie o jakąś interwencję, czy poradę, to często jest to już takie jego ostatnie wołanie, więc staję na uszach, żeby pomóc.

Bywa, że dziecko jest obiektem przemocy, gdy oprawcy to najbliżsi, ale też mogą to być rzeczy, które dzieją się w szkole. Np. dręczenie.

Na szczęście mamy w jedynce świetną pedagog Annę Frąckowiak. Jest zadaniowcem. „Aha, stało się tak, robimy to”. I ma ogromną wiedzę i kontakt z instytucjami, które pomagają dzieciom. To za jej sprawą udało się wielu dzieciom skutecznie pomóc.

Praca nauczyciela składa się też z drobiazgów. Np. zawsze mam w szufladzie podpaski dla dziewczyn i jakieś jedzenie ze sobą, gdyby ktoś był głodny, zaparzam herbatkę, gdy ktoś się źle poczuje.

I to nawet nie jest kwestia bycia nauczycielem, tylko człowiekiem dla dzieciaków.

W bezpośrednim kontakcie bywa, że któreś z dzieci nie szuka akurat rozmowy, ale podbiega tylko po to, żeby się przytulić i leci dalej.

Zdalne nauczanie odbiera ten kontakt.

I faktycznie prościej jest chyba fizycznie przyjść do kogoś i powiedzieć, co się dzieje. Choć to też wymaga przecież od dziecka odwagi.

Dla ich bezpieczeństwa, trzymam z uczniami kontakt na messengerze. Można do mnie pisać na priv, gdy coś się dzieje. I tak robią. Oni wiedzą. Jak trzeba, znajdują dojście. Niektórzy zresztą wolą pisać niż mówić. Inni proszą, żebym została po zajęciach.

„To pani wychodzi ze szkoły?”

Rodzic i nauczyciel bywają podobni. Rodzic też uczy, a nauczyciel też jest człowiekiem, o czym warto pamiętać.
A propos postrzegania nauczyciela, najlepiej ilustrują rzecz sytuacje z najmłodszymi dzieciakami w szkole.
Bywają zszokowane, gdy widzą nas na mieście. No bo jak to? Nauczyciel przecież mieszka w szkole, w pokoju nauczycielskim. Wychodzi z niego o ósmej i wraca po czternastej. Dlaczego wyszedł stamtąd? Dlaczego stoi w Rossmannie?

Bywają takie zdziwienia: „To pani wychodzi ze szkoły?” albo „to pani katechetka ma dzieci? Jak to? Z księdzem?”.
Zarówno w kontakcie z rodzicem, jak i z nauczycielem, dzieci zawsze komunikują się z serca. Jeśli ktoś tego nie widzi, nie powinien być w pokoju nauczycielskim.

***

Z doświadczenia wiem, że uczenie kogoś na siłę, nie wychodzi. Zdecydowanie lepiej pracować z dziećmi na zasadzie „spróbuj, co ci szkodzi”. Zwłaszcza z nastolatkami, którzy mają ogromną potrzebę bycia niezawisłymi, samorządnymi świata obywatelami.

Mam zresztą takiego jednego w domu. Wchodzę czasami do niego do pokoju i mówię: „No weź ten chlew ogarnij”. W odpowiedzi słyszę: „Jam jest panem tego chlewu”. Dzieciak utyskuje, że się czepiam, ale matki po to są, żeby „się czepiać” i po to też, żeby dziecko mogło przyjść i uzyskać wsparcie. To samo przekładam na moje szkolne dzieciaki.

Może dlatego przychodzą ze swoimi problemami i nie muszą się z nimi bić same.

Czy nauczyciele są ważni w życiu dziecka? Wystarczy jeden dobry nauczyciel, by dziecko ruszyło w dobrym kierunku i jeden zły, żeby je złamać na całe życie. Jakieś nieostrożne zdanie typu: „Nie jesteś uzdolniony”, „daj sobie spokój, dziecko”. I potem dziecko akceptuje, że „nie jest uzdolnione” i daje sobie spokój. I choć mogłoby być fantastycznym architektem wnętrz, zajmie się np. grabieniem.

wysłuchała Marta Joanna Brych

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

One thought on “Nauczycielka Katarzyna Mokwińska-Grzempa: Stawiam na relacje [NAD KUBKIEM HERBATY]

  • 2 lutego 2022 at 08:20
    Permalink

    Bardzo mądry i piękny artykuł!! Podpisuję się pod wszystkimi postulatami! (dawna uczennica wspaniałej nauczycielki 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content