Przeżyła piekło Sybiru, przez lata pracowała w nowosolskich przedszkolach. Opowieść Krystyny Białowąs [30-lecie Kręgu]

7 lutego obchodziliśmy 30. rocznicę pierwszego numeru „Tygodnika Krąg”. A 10 lutego minęły 82 lata od wywózki Krystyny Białowąs na Sybir. Nasza Czytelniczka, dziś 96-latka, przyszła do redakcji, złożyła nam życzenia, opowiedziała o trudnym czasie na Syberii i o tym, że nie lubi Putina. Usłyszeliśmy również, jak trafiła do Nowej Soli i że kocha dzieci, bo przez lata była tutaj przedszkolanką

Nie lubię już nigdzie wychodzić. Ale – myślę sobie – dziś wyjdę z domu i przyjdę do waszej redakcji, żeby wam złożyć życzenia w 30. urodziny. Powinnam dostać jakiegoś lizaka, bo co tydzień kupuję „Krąg”.

Przyszłam też z wami porozmawiać, bo lubię rozmawiać.

Chcę wam coś opowiedzieć. Mówi Sybiraczka.

10 lutego 1940 r. był trzaskający mróz. Miałam 13 lat. Mieszkałam na wschodzie Polski, w Jazłowcu, historycznym miasteczku, które dziś leży na Ukrainie. Ułani jazłowieccy – nic to panu nie mówi? No pewnie, że mówi.

Jasne, może pan ubrać maseczkę, ale na Sybirze byłam chora na tyfus i dałam radę z niego wyjść. Miałam 16 lat. Tak że koronawirus też mnie nie złamie [uśmiech]. Pamiętam, że na tyfus umierały dzieci, ich matki, ojcowie. Pan sobie wyobraża?

Ale co tu mówić o myciu, kąpieli, higienie. Wszy nas gryzły na tym Sybirze.

Muszę mówić pomału, bo się męczę.

W Jazłowcu mieliśmy piękny dom. Mój tata był technikiem budowlanym. Dbał o swoich pracowników.

Koniec świata

Więc 10 lutego był trzaskający mróz. Pamiętam, jak trzaskał pod małymi bucikami. Policjantów czy leśników Rosjanie wywieźli na syberyjską tajgę. Nas – do Nowosybirska. Dziewczęta i chłopcy mieli po 13, 14 lat.

Zaprowadzili nas do zbiorowej łaźni, kobiety musiały się rozbierać przy mężczyznach. Dzisiaj nagość niewiele znaczy, ale kiedyś coś znaczyła i to było upokarzające.

Później zawieźli nas na stepy w Kazachstanie. Tam były wielkie pola, my na tym stepie pracowaliśmy. Przyjechaliśmy samochodem ciężarowym. Sądny dzień. Jak te małe dzieci zaczęły wrzeszczeć… Nie chciały schodzić z tego samochodu. Koniec świata.

Mieszkaliśmy w ziemiankach, potem w barakach i w takim klubie.

Pierwszego dnia, jak się obudziliśmy w ziemiance, to kaczki do nas pukały. Na drugi dzień wygnali nas do roboty. Paśliśmy zwierzęta, 60 cieląt. Kiedyś zostawiliśmy je i poszliśmy na obiad. Po obiedzie przychodzimy z powrotem, a ich nie ma. Akurat kozak pasł krowę. Nie umiałyśmy mówić po rosyjsku, ale po polsku zapytałyśmy, czy ich nie widział. Okazało się, że poszły w step. Na szczęście w końcu się znalazły.

Różne rzeczy się robiło na tym Sybirze. Na przykład kazali nam kopać z koleżanką groby. Kiedyś widziałam film o Annie German i tam też było o podobnej historii. Jak zobaczyłam tę scenę, to się wzruszyłam.

Potem wysłali siedem Polek, w tym mnie, na kurs traktorzysty. Pięć lat byłam traktorzystką. Jak traktor był sprawny, to jeździło się dzień i noc. A tak strasznie chciało mi się spać. Nikt się nad nami nie litował. Nie mówię tego z żalu, ale tak było. Podczas pracy złamałam sobie rękę.

Pracowałam też na kombajnie. Raz łańcuch prawie rozwalił mi łeb. Gdy trzeba było nasmarować kombajn, musiałam wstawać o 4.00.

Taka była moja wczesna młodość. Na Sybirze przeżyliśmy sześć lat.

Stryjek Wajdy

Co jeszcze pamiętam z Sybiru? Pracowałyśmy całymi dniami. Zimą o 15.00 było już ciemno, schodzili się wtedy ludzie i rozmawiali. Naszego tatę odwiedzał choćby stryjek reżysera Andrzeja Wajdy. Czytali gazety, żeby wiedzieć, co się dzieje w świecie.

Od czasów wojny nie lubię Rosjan. A tego Putina to już w ogóle nie mogę znieść.

Na Sybirze było sporo wilków. Kolega, który później został kardiochirurgiem i ponoć pracował u Religi, pasł kiedyś barany i podszedł wilk. Nie był duży. Wziął kij i za nim pobiegł, bo myślał, że to pies. „Andriej, co ty robisz, to przecież wilk!” – krzyczała jedna Rosjanka. Takie były przygody.

Nasza najwspanialsza młodość…

Wracając do tych mrozów, tam było czasem -45 stopni. Jak czyściliśmy traktory, to poszczególne części musieliśmy myć w zimnej nafcie. O, widzi pan, sama się dziwię, że dziś mam normalne ręce.

Czy był głód? Był, ale my mogliśmy jeszcze ukraść coś do jedzenia. Kiedyś przyszedł do mnie ksiądz i mówię mu, że mam grzech, bo kiedyś na Sybirze kradłam. Tylko się uśmiechnął.

Czasami wieczorami rozmawialiśmy i marzyliśmy o powrocie do Polski. O czym ja marzyłam? Żeby wrócić do domu.

Ale potem nie zawieźli nas do domu, tylko na zachód.

Z Sybiru od razu przyjechałam do Nowej Soli, zamieszkałam wówczas na Pleszówku. Brat uczył w szkole, przyjechał tu wcześniej.

Fabryka nici

Co ja mogłam robić, jak miałam tylko sześć klas. Poszłam do pracy w „Odrze”. Tam pracowałam sześć lat. Później się dokształciłam i zaczęłam pracować w przedszkolu – najpierw w „jedynce”, potem w „szóstce”.

Bardzo kocham dzieci. Dzisiaj moi wychowankowie to dorośli ludzie i jak spotkam któregoś z nich na mieście, to czasem tak uściskają, że mówię: uważaj, bo mnie udusisz! To miłe. Niektóre dzieci mówiły do rodziców, że nie chcą iść do przedszkola, „bo dzisiaj nie będzie pani Krysi”.

Nieżyjąca już starosta Gosia Lachowicz-Murawska była kiedyś moją wychowanką. Mówiła, że u nas w przedszkolu było jak w domu rodzinnym. To coś znaczy.

Moim wychowankiem był też Krzysio Marciniec, który był w urzędzie miasta sekretarzem. Kiedyś mnie zaczepił na mieście, gdy padał deszcz, i pyta: pani Krysiu, co pani tak chodzi po deszczu? A ja mu mówię: żeby mieć cerę jak Angielka [śmiech].

Do mnie do przedszkola chodziła też Beata Pietrzykowska, która od lat pracuje w urzędzie miasta. Kiedyś mówi: o, przyszła wychowawczyni anioł. A ja: uważaj, Beata, bo mnie jeszcze świętą zrobisz.

Dzisiaj mam 96 lat. W dobrej jestem formie, prawda?

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content