Alina Czaplińska zaśpiewała dla mamy, która została na Ukrainie [ROZMOWA]

– Sąsiad jechał ze sklepu do domu. Rosjanie chcieli go zatrzymać, zaczął uciekać. Po prostu się przestraszył, ludzie różnie reagują. I zabili go – Ukrainka Alina Czaplińska mówi o wojnie w swoim kraju. Poruszyła nowosolan występem na koncercie „Solidarni z Ukrainą”. Zaśpiewała dla mamy, która została w ukraińskich Sumach

Mateusz Pojnar: „Czornobrywci” – dlaczego pani wybrała akurat tę pieśń?

Alina Czaplińska: Bo opowiada o matce. To jest piosenka dla mamy, bo ona została tam, w Sumach, sama*. Tata przyjechał do nas w gości przed wojną. A teraz nie może wrócić.

Mama pozaklejała w domu okna, chowa się. Gdy słyszy alarmy przeciwlotnicze, idzie do piwnicy.

Zaśpiewałam tę piosenkę przede wszystkim dla niej, ale też dla mojego kraju.

Bo przecież Ukraina to też pani matka. Na końcu występu dostała pani owację na stojąco.

Zobaczyłam to dopiero później na nagraniu, bo w trakcie występu byłam w swoim świecie. Potem usiadłam na krześle i zaczęłam płakać. Tak naprawdę nic nie pamiętałam z tego, co wydarzyło się na scenie. Wiem, że śpiewałam. Reszta – mgła.

Nie oczekiwałam aż tak miłej reakcji.

Jak się pani trzyma?

Wczoraj wpadłam w histerię, bo pojechałam do punktu pomocowego w Zielonej Górze, rozmawiałam z zapłakanymi kobietami. Też zresztą płakałam.

Szukam sposobu, by wysłać jakąś pomoc do Sumów. Dziewczyny i chłopaki dzwonią i mówią, że kończą się u wojskowych apteczki. Kobiety podkreślają, że nie ma kaszek dla dzieci. Wszystko się kończy. Nie ma problemu z uzbieraniem takich rzeczy, ale równocześnie nie ma sposobu, żeby je dostarczyć, bo miasto jest zamknięte.

Gdy dowiedziała się pani o wojnie, jaka była pani pierwsza myśl, reakcja?

Najpierw zadzwoniłam do mamy. Powiedziałam jej: zabieraj dokumenty, weź paszport i jedź na granicę i stamtąd cię odbierzemy. Wtedy w samych Sumach jeszcze nic szczególnego się nie działo, dlatego mama nie chciała wyjeżdżać. „Gdzie ja tam będę jechała, u nas nie ma żadnych obiektów wojskowych, więc nie będą nas bombardować”. My mamy tam tylko liceum wojskowe i jednostkę artyleryjską, która praktycznie w całości została wysłana do Charkowa.

Dzień później całkowicie zamknęli miasto i okupant zaczął zrzucać na Sumy bomby. Wtedy mama zadzwoniła i spytała, jak może do nas dojechać.

Zrozumiała, co się dzieje. Wcześniej nie wierzyła, że akurat w jej mieście może być niebezpiecznie.

W piątek doradca ministra spraw wewnętrznych Ukrainy Wadym Denysenko powiedział, że w Sumach jest „bardzo trudna sytuacja z prądem, ciepłem i dostawami wody”. Naprawdę nie ma żadnej opcji, żeby ściągnąć mamę do nas?

Nie. Próbowałam, sprawdziłam wszystko. Sumskie dworce są pozamykane. Cały obwód sumski jest zaznaczony na mapie czerwonymi krzyżykami, które oznaczają, że nie ma jak się stamtąd wydostać. Zero połączeń.

Pomoc humanitarna jest organizowana dla wszystkich: Iwano-Frankiwska, Charkowa, Kijowa i tak dalej, ale gorzej jest z tak malutkim obwodem jak sumski. Dlatego chciałabym trochę ukierunkować pomoc w tamtą stronę, na północno-wschodnią Ukrainę. Szukamy sposobu, jak to zrobić.

Putinowska Rosja popełnia w waszym kraju zbrodnie wojenne. W Sumach też?

Bombardują cywilów. Mama mówiła, że w zeszłym tygodniu zniszczyli dwa domy czy studencką stancję.

Co jeszcze mówi?

Że jest strasznie, wszyscy się boją. Nikt nie wychodzi z mieszkań. Mój sąsiad jechał ze sklepu do domu. Rosjanie chcieli go zatrzymać, zaczął uciekać. Po prostu się przestraszył, ludzie różnie reagują. I zabili go.

Do wsi koło Sumów przyjechali Ruscy i zaczęli wyprowadzać z domów kobiety i dzieci. Ustawili ich w szeregu jak podczas II wojny światowej. I powiedzieli: albo się poddacie, albo was rozstrzelamy. A przecież nic złego nie zrobili. Oni chcą zastraszyć ludzi, którzy i tak są już zastraszeni.

Kobiety są same z dziećmi. Ich mężczyźni poszli walczyć. W obwodzie sumskim jest więcej partyzantów i rezerwistów niż czynnego wojska. Żołnierze zostali w większości wysłani do Dniepra, Charkowa.

Regularnie kontaktuje się pani z mamą?

Tak. Dobrze, że działa internet.

Mama przygarnęła do domu kobietę, która jest po operacji. Pochodzi z Konotopu, godzinę od Sumów, ale nie ma jak wrócić do domu. Okazało się, że sąsiadka jest pielęgniarką i wczoraj zdejmowały jej szwy.

Ludzie próbują sobie jakoś radzić. Jedni mają chleb, inni jajka. Starają się dzielić, pomagać sobie.

Pani tata, który jest w Nowej Soli, boi się o żonę.

Tak, ciężko mu jest. Zamknął się, mało mówi. On wyrzuca sobie: dlaczego tutaj przyjechałem? Powinienem być na miejscu, też bym poszedł walczyć.

Chciał wrócić, ale zatrzymałam go. Powiedziałam, że jak będzie chciał wyjechać, to schowam mu paszport. Od granicy jest jakieś tysiąc kilometrów drogi do Sumów. To tysiąc możliwości dla Rosjan, żeby go zastrzelić.

A pani bardzo się boi? O mamę, o Ukrainę?

Oczywiście.

To jest strach paraliżujący czy skłaniający do działania?

Mobilizujący, choć wcześniej było inaczej: nie mogłam się na niczym skupić. W końcu powiedziałam sobie: kończymy z płakaniem, muszę zacząć pomagać Ukrainie stąd, z Nowej Soli. Inaczej bym zwariowała.

Co jeszcze mama pani opowiadała?

Wczoraj zbombardowali wojskowe liceum. Obudziła się od wybuchu. Ta szkoła jest daleko od jej domu, ale i tak było słychać duży huk.

Koleżanka ma 5-letnie dziecko i musi chować się z nim po piwnicach, schronach. A alarm jest rano i wieczorem. Po tym, jak okupanci zrzucili pierwszą bombę, chłopczyk jest w szoku. Nie można od niego odejść nawet na minutę. Zaczyna płakać, pyta, gdzie jest mama.

Koleżanka martwi się o męża, który jest żołnierzem i walczy w Charkowie. Kiedy dwa dni nie dzwoni, ona odchodzi od zmysłów.

Polska i Zachód są pod wrażeniem bohaterstwa Ukrainy. Wojna zjednoczyła wasz naród?

Zdecydowanie. Ten proces zaczął się po 2014 roku. Wcześniej było tak, że dzielił nas Dniepr – zachód chce do Unii, wschód jest bardziej prorosyjski.

Zawsze czułam się Ukrainką, jestem Ukrainką, mimo że po rosyjsku mówię równie dobrze jak po ukraińsku.

Dzisiaj widać to zjednoczenie choćby po tym, że na wschodzie Ukrainy cywile też idą na rosyjskie czołgi i krzyczą: wynocha stąd, to jest nasza, ukraińska ziemia. Niesamowita odwaga.

W Konotopie kobiety zatrzymały czołg. Hryhorij Kwitka-Osnowjanenko napisał „Konotopską wiedźmę”, a teraz nasze mieszkanki pytały rosyjskich żołnierzy: co wy robicie, nie czytaliście tego? U nas, w Konotopie, co druga kobieta to wiedźma [uśmiech].

Ludzie walczą. Mój wujek też poszedł do partyzantki. Zwala na drogi drzewa, żeby okupanci nie mieli przejazdu.

Takim symbolem oporu i niezłomności stał się prezydent Wołodymyr Zełenski. Okazuje się, że jest świetnym przywódcą.

No właśnie – okazuje się, bo ja na niego nie głosowałam. Zawsze myślałam, że to po prostu komik, ale jest prawdziwym bohaterem. Nie wyjechał z kraju. Amerykanie proponowali, że go ewakuują, a on im odpowiedział: potrzebuję amunicji, nie podwózki.

To, że prezydent został w Kijowie, zjednoczyło wokół niego Ukraińców. Zresztą równie pięknie zachowuje się mer Kijowa Witalij Kliczko. Gwiazdy rozrywki też zostały w kraju. Choć w internecie krąży również lista tych, którzy uciekli.

Dlaczego Putin rozpętał tę wojnę?

Nie chce, żeby Ukraina weszła do Unii Europejskiej i NATO. Ruscy nazywają nas Małorosją, uważają za kawałek swojego państwa. Przecież to bzdura. Skoro tego nie wiedzą, to chyba nie siedzieli w książkach.

Jeżeli nie zamkną albo nie zastrzelą Putina, to nawet jak to się jakoś rozwiąże, z Ukrainą pozostanie już strach, że on wróci i znowu będzie chciał krzywdzić ludzi.

Niektórzy Ukraińcy mówią: Putin, jak ty już chcesz powtarzać drogę Hitlera, to do końca – zamknij się w bunkrze i się zastrzel.

Putin z kolei bredzi, że „uwalnia Ukrainę od nazistów”.

Mam nadzieję, że niedługo wyzwoli nas od siebie i od Rosji. Będzie lepiej, wierzę w to. Chcemy iść swoją europejską drogą, a oni nie dają nam się od nich uwolnić, rozwinąć skrzydeł.

Skąd w was tyle siły?

Chyba nam to jeszcze zostało z kozactwa [uśmiech].

A ma pani kontakt z obywatelami Ukrainy w naszym regionie? Wspieracie się?

Tak. Koleżanka chciała sprowadzić tutaj rodzinę z Krzywego Rogu. Mieli już mieli bilety, znalazła im mieszkanie. Ale wtedy zaczęli bombardować miasto i zostało zamknięte.

Każda pojedyncza historia jest dramatyczna.

W Zielonej Górze, gdzie pracowałam, znam więcej Ukraińców niż w Nowej Soli. Organizujemy wydarzenia dla ukraińskich dzieci. Trzymamy się razem.

Teraz Ukraińców w powiecie nowosolskim będzie coraz więcej, napływają do nas uchodźcy. Myśli pani, że Polacy zdają egzamin z pomagania?

Jesteśmy zachwyceni tym, co robicie. To jest coś niesamowitego. Nasz naród jest bardzo wdzięczny Polakom. Rozmawiam z Ukraińcami i oni nie spodziewali się aż tak pozytywnej reakcji zwykłych ludzi. Bo tu nie chodzi o rząd czy prezydenta, ale właśnie o zwykłych Polaków. Robicie zbiórki, organizujecie transport, mieszkania.

Ukraińcy dziwią się, bo gdy dostają pomoc – jedzenie, transport z granicy, nocleg – to chcą za nią zapłacić, ale Polacy mówią: to wszystko jest za darmo. Chcą pomagać po ludzku, nie dla zarobku.

Kiedy przyjechałam do Polski, znałam dwa słowa: dziękuję i do widzenia. Nigdy nie odczułam niczego złego z waszej strony. Pewnie też są źli ludzie, jak wszędzie, ale ja ich nie spotkałam.

Jak pani trafiła do Polski?

Rozwiodłam się z mężem i zostałam z dwójką dzieci. Z zawodu jestem nauczycielką muzyki, ale za taką wypłatę nie dałabym rady ich utrzymać. Rodzice zgodzili się nimi zaopiekować, żebym pojechała do Polski zarobić. Żeby dzieci miały lepszy start.

Najpierw znalazłam firmę w Katowicach. Podpisałam umowę i miałam do wyboru miasto koło Warszawy i Zieloną Górę. Wybrałam drugą opcję.

Dlaczego?

Usłyszałam, że moi znajomi tu są, ale okazało się, że wcale nie.

Zaczęłam pracę w zielonogórskim Tesco, pracowałam tam rok. Później poszłam do Focusa, gdzie sprzątałam. I poznałam swojego przyszłego męża Łukasza – pracuje tam w administracji.

Pobraliście się na Ukrainie?

19 lutego ubiegłego roku w Dniepropietrowsku. Dziś mąż mówi: przecież byłem w Kijowie, Charkowie, Sumach i jak patrzę na te zniszczenia… Dla niego też to jest straszne. Przeżywa, że teściowa siedzi sama i nie możemy pomóc.

Dzieci są już z nami, w Nowej Soli, przyjechały w sierpniu. Mikołajek w kwietniu skończy 5 lat, Kostia, Konstantyn – ma 10.

Dziś ma pani pewnie jedno marzenie: żeby mama była bezpieczna.

Póki co nie myślę o niczym więcej. Marzę o korytarzu humanitarnym, żeby z Sumów można było ewakuować ludzi. I żeby to wszystko się już skończyło.

Dobrze, że pani dzieci nie widzą piekła wojny.

Ale i tak to przeżywają. Pewnie pan pomyśli, co może wiedzieć ten 5-latek. A on mówi: widziałem na TikToku, że zrzucają bomby. Mały bloger.

Mikołaj był na koncercie w hali „Elektryka”, wrzucił pieniądze do puszki i powiedział z dumą: ja wojskowym też pomogłem. „Żeby był spokój na Ukrainie, bo wtedy pojedziemy do babci i pójdziemy się kąpać nad rzekę”.

Pani tęskni za Ukrainą. To słychać.

W Polsce jest wszystko dobrze, ale tam jest moja mama, bliscy, moi przyjaciele. Tak, tęsknię.

Tam mamy taki domek i taras. Jak przyjeżdżaliśmy z Łukaszem, siadaliśmy latem w ogrodzie, przyjeżdżała cała rodzina, robiliśmy grilla. Za tym tęsknię.

Bo Ukraina jest moim krajem, który bardzo kocham. I do którego chcę wracać.

TUTAJ OBEJRZYCIE PIĘKNY WYSTĘP ALINY CZAPLIŃSKIEJ NA KONCERCIE W NOWEJ SOLI – OD 6:30

*od naszej rozmowy sytuacja zmieniła się na lepsze – mama pani Aliny jest coraz bliżej Polski

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content