Co może zrobić każdy z nas dla przyjaciół z Ukrainy? Rozmowa z Pawłem Zapeńskim

O ukraińskiej mentalności, definicji wojny, ludzkiej solidarności rozmawiamy z Pawłem Zapeńskim, przewodniczącym rady gminy w Kolsku i dyrektorem Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Nowej Soli

Mariusz Pojnar: Na swoim Facebooku umieściłeś taki oto wpis: „Na Ukrainie bywałem, raz nawet w podróży, którą zapamiętam do końca życia. W żadnym kraju nie spotkałem takich ludzi jak tam: otwartych, częstujących wszystkim, co mieli, z chłodzoną w studni wódką włącznie. Wszyscy oni żyją w mojej pamięci, bardzo się o nich martwię”. To było dwa dni przed wybuchem wojny. Opowiedz o swoich związkach z Ukrainą.

Paweł Zapeński: Ten związek ściśle wiąże się z Nową Solą. Jako młody chłopak, tuż po studiach, zatrudniłem się w nowosolskim „Spożywczaku”. Pamiętam, że ówczesna dyrektorka szkoły wysłała mnie na Ukrainę z młodzieżą. Od tego czasu mam stałe kontakty z tym krajem, z różnymi ludźmi, ale szczególnie z miastem Czernihów i Reginą, z innymi znajomymi stamtąd. Widujemy się sporadycznie, ale nie ma tygodnia, żebyśmy się do siebie nie odezwali.

Ukrainę przejechałem wzdłuż i wszerz. Ten kraj mi się bardzo spodobał, mentalność ludzi również. Na Ukrainie byłem ośmiokrotnie, za którymś razem nawet dwa miesiące. To była przygoda życia, ponieważ to była podróż na dziko. Pojechaliśmy z kolegą  z mojej ówczesnej pracy. Nie mieliśmy na to konkretnego planu. Jednego dnia byliśmy w Żytomierzu, kolejnego zachciało nam się jechać do Koziatynia. I tak poznawaliśmy ten kraj.

Co możesz powiedzieć o ludziach, którzy w nim żyją?

Oprócz tego, że bywaliśmy w miastach, odwiedzaliśmy także wsie ukraińskie, nawet te na zachodzie kraju. Tam m.in. poznałem panią Walerię. Któregoś razu powiedziała, że musimy zobaczyć figurkę Matki Boskiej, którą się opiekuje. Wybraliśmy się na spacer do tej kapliczki. Okazało się, że to było 15 kilometrów w jedną stronę. Pani Waleria nas tam zaprowadziła i powiedziała: „Matka Boska przygotowała dla was prezent”.

Przy kapliczce była studnia. Pani Waleria korbą wyciągnęła z niej wiadro ze schłodzoną wódką. Okazało się, że ona poszła wcześnie rano te 15 kilometrów, żeby nam tę wódkę schłodzić i zrobić nam prezent. To pokazuje mentalność tych ludzi. Oni dla drugiego człowieka są w stanie zrobić wiele.

Była też taka sytuacja, że w Kijowie straciłem wszystkie pieniądze, paszport, bo mnie okradziono. Musiałem zostać tam dwa tygodnie, żeby wyrobić sobie nowy paszport. Pomogli mi wtedy zwykli ludzie. Niespecjalnie wyglądałem, więc w tramwaju pytali, co się stało i dawali mi pieniądze, żebym mógł przetrwać te kilka dni, dopóki nie dostanę pożyczki z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

W każdym kraju są ludzie dobrzy i źli, ale generalnie ta mentalność prostego, zwykłego człowieka tam jest nieskażona. Ci ludzie są fantastyczni.   

Co poczułeś, jak obudziłeś się w czwartek 24 lutego i zobaczyłeś w mediach, co dzieje się u tych fantastycznych ludzi?

Straszne wkur… Powiem wprost. To niesamowite, czego może dokonać jeden chory człowiek.  Ale Ukraina, co jej mieszkańcy pokazują zresztą od samego początku, nie jest na straconej pozycji. Ja też mogę podać przykład, jak widzą to obywatele tego kraju. Moja koleżanka jest dyrektorką w Czernihowie odpowiednika nowosolskiego Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Ona napisała taki tekst: „Co może zrobić jedna malutka szkoła w wielkiej wojnie? Co może zrobić jedno małe miasto w wielkiej wojnie? Co może zrobić jedna maleńka Ukraina naprzeciw Rosji? Może tylko zwyciężyć. Sława Ukrainie”.

Ona zresztą słusznie uważa, że to nie jest tak, że nie można nic zrobić. No więc wymyśliła, że w tej małej szkole, która teraz nie pracuje, będzie gotowała. Zaprosiła do tego swoich przyjaciół.

Na pierwsze dwa dni mieli ziemniaki w magazynie, więc zrobili placki ziemniaczane i herbatę. Przyjaciele, których ma wielu, w kolejnych dniach przesyłali jej pieniądze na to, żeby kupowała kolejne produkty.

Wcześniej gotowała dla żołnierzy, a obecnie dla rannych i osób wysiedlonych z osiedli mieszkalnych. Tam są ogromne skupiska ludzi. Jedno z osiedli zostało całkowicie zbombardowane.

Jak się spojrzy na mapę Ukrainy, to ich sytuacja jest bardzo trudna. Czernihów, który jest miastem wielkości Szczecina, jest ze wszystkich stron  otoczony i już na samym początku zbombardowany. Zaczęło się od strategicznego miejsca dla tych mieszkańców, czyli hipermarketu, w którym się zaopatrywali w żywność. Później to samo spotkało liczne obiekty.

Warto tu przytoczyć to, co w tym mieście wydarzyło się w ostatnich 15 latach. Można znaleźć analogię z Nową Solą.
Do władzy doszedł człowiek, z którym współpracuje ta moja koleżanka, Regina. Nazywa się Władysław Atroszenko. Jak doszedł do władzy, powiedział, że z tego dotychczas brudnego, brzydkiego, smutnego miasta zrobi perełkę. I tak się stało.

Zrobiono tam piękne plaże, które nazwali Plażami Słońca. Odnowili wszystkie pomniki, skwery, parki, położyli piękną kostkę w centrum miasta, tańczące fontanny. Nazwano je miastem legend, żeby przyciągnąć ludzi z zewnątrz. Włożono w to mnóstwo ludzkiej pracy. I to jest najbardziej przykre, że w ciągu kilku dni po napaści rosyjskiej tego nie ma. Zostało to zniszczone. To straszne.

Jak ty definiujesz tę wojnę?

Jestem pewny, że człowiek, który ją wywołał, nie ma żadnej wrażliwości i wydaje mi się, że może być chory psychicznie. Nawet sowiecka Rosja, komunistyczna, po wojnie organizowała kongresy pokojowe. Jeżeli Putin myślałby tak, jak nawet myślano w najciemniejszych  czasach komunizmu, to wojny by się nie dopuścił. On jest gorszy od Stalina. Jest gorszy do wszystkich tyranów. Ostrzeliwanie wojskowych celów, takich jak reaktory jądrowe, to igranie ze śmiercią wielu ludzi.

Czy w twojej ocenie  jest możliwy taki scenariusz: dziś Ukraina, jutro Polska?

Ja się tego bardzo boję. Nie ma co ukrywać, to już jest konflikt międzynarodowy, bo włączyła się do tego Białoruś. My mocno wspieramy Ukrainę, inni też. To się zaczyna rozlewać. Nie chcę być złym wróżbitą i nie wypowiem tego, co realnie może się wydarzyć.  

Czy twoim zdaniem – patrząc na to, jak mieszkańcy całego powiatu pomagają, organizują pomoc humanitarną, przyjmują uchodźców w swoich domach – można powiedzieć, że zdajemy egzamin z empatii i ludzkiej solidarności?

Bez wątpienia.  Dzieję się u nas pospolite ruszenie dobra, tak bym to nazwał. Ale też chciałbym przestrzec: pomoc jest potrzebna, ale wtedy, kiedy jest mądra. Przestrzegam przed deklaracjami, pochopnymi deklaracjami. Że np. dziś przyjmuję rodzinę ukraińską bez namysłu, a za chwilę nie będę miał czym ich nakarmić. Nie na sensu dawać tysiąca złotych do puszki, jeżeli nie mam na utrzymanie własnej rodziny.  Ta pomoc musi być mądra i oparta o realne możliwości.

Zapowiedziałeś, że do czasu zakończenia bezsensownej wojny będziesz przekazywał dietę przewodniczącego na pomoc przyjaciołom z Ukrainy.

Długo się zastanawiałem, czy wrzucić ten wpis na Facebooka. Ostatecznie uznałem, że o tym napiszę, bo tym samym może zachęcę innych samorządowców do tej czy podobnej inicjatywy. Ja swoją dietę tratuję jako narzędzie do czegoś: z niej wspierałem np. zajęcia sportowe dla dzieci, kupowałem kwiaty na wydarzenia okolicznościowe itd. Teraz, kiedy cierpią ludzie, nie mogłem zrobić inaczej, niż przekazać te pieniądze na pomoc Ukrainie. To jest mój sposób, ale każdy może znaleźć swój własny, jak wesprzeć naszych sąsiadów.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content