Logopedzi sobie. Kobiety mówią do niej: tak bardzo chciałabym usłyszeć od dziecka „mamo”

– Przychodzą czasem rodzice z dziećmi, które nie są w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. I mama mówi: tak bardzo chciałabym kiedyś usłyszeć „mamo”. Zawsze wtedy obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, choć nie jestem cudotwórcą – o zawodzie logopedy opowiada Agnieszka Andrzejewska

Jestem z pokolenia, które obowiązkowo uczyło się języka rosyjskiego w szkole i traktowało to trochę na zasadzie, że język wroga trzeba znać. Uwielbiałam literaturę rosyjską, dlatego wybrałam języki wschodniosłowiańskie jako kierunek studiów. Okazało się, że wykłady nie tylko dotyczyły literatury, ale też struktury, budowy języka. W efekcie zostałam językoznawcą zajmującym się nazewnictwem własnym, czyli onomastyką.

Na studiach często obijało mi się o ucho sformułowanie „rosyjscy logopedzi”. Może dlatego, że Rosja traktowana jest przez wielu jako kolebka logopedii.

Potem pracowałam jako nauczyciel w naszym „Ogólniaku”. Jednocześnie postanowiłam kontynuować studia na kierunku pedagogika specjalna, z logopedią jako specjalizacją. Ukończyłam ten kierunek w Poznaniu, a logopedia traktowana tu była jako zawód paramedyczny. Większość praktyk mieliśmy w klinice.

Wtedy myślałam, że się pomyliłam z wyborem kierunku. Dzisiaj wiem, że połączenie językoznawstwa i medycyny to clou logopedii.

Pomóż najlepiej, jak potrafisz

Wiele rzeczy mnie zachwycało. Inne wydawały się nie do przejścia, np. praktyki z osobami po laryngektomii, czyli usunięciu krtani. Miałam wrażenie, że nie nadaję się do tej roboty, bo przygniata mnie ciężar problemu człowieka, z którym pracuję. Równie trudno mi było pracować z dziećmi z niepełnosprawnościami. I będąc już młodą logopedą założyłam, że będę typowym szkolnym logopedą, nie podejmę się pracy z dziećmi upośledzonymi, głuchymi, niewidomymi. Bo jak szłam na te swoje studenckie praktyki, to po prostu wyłam za każdym razem.

Brałabym je wszystkie, tuliła i razem z nimi płakała. A tak się na dłuższą metę nie da ani żyć, ani pracować.

Gdy skończyłam studia i miałam już kwalifikacje, ówczesny dyrektor LO zaproponował, żebym zaczęła pracować z dyslektykami. To było pewne wyzwanie, ale praca mi się podobała i jak wynikało z informacji zwrotnej od uczniów – moje zajęcia im pomagały.

Któregoś dnia zadzwonił do mnie pan Łysiak, dyrektor Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, w którym swego czasu też odbywałam praktyki, i mówi, że zapadłam mu w pamięć jako zaangażowana i czy nie chciałabym spróbować pracy w ośrodku, bo brakuje im rąk. Najpierw pomyślałam: ja z tymi dziećmi nie chcę, nie umiem, nie nadaję się. Bałam się, czy sobie poradzę. Ale to wyzwanie, więc spróbowałam. Tylko pan dyrektor mnie nie uprzedził, że dostanę grupę najmłodszych z upośledzeniem znacznym i głębokim.
To nie było wrzucenie mnie na jakąś tam głęboką wodę, trafiłam w sam środek oceanu. Wyłam z bezsilności wiele miesięcy. W końcu trafiłam na mądrą osobę, która postawiła mnie do pionu. Powiedziała: one mają w dupie twoje współczucie i że tobie jest tak bardzo przykro. Tym ich nie zbawisz. Usiądź na tyłku, weź się w garść i pomóż tym dzieciakom najlepiej, jak potrafisz.

No i poszłam w tę robotę jak w dym. I to trwa już 20 lat z hakiem. Dzisiaj nie zamieniłabym pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami na żadną inną.

Nauczam komunikacji

Ogromnym sukcesem bywa, że dziecko utrzyma z tobą kontakt wzrokowy. Może to niezrozumiałe, ale to jest prawdziwy, uszczęśliwiający sukces.

Przychodzą czasem rodzice z dziećmi, które nie są w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. I mama mówi: tak bardzo chciałabym kiedyś usłyszeć „mamo”. Zawsze wtedy obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, choć nie jestem cudotwórcą. I że reklamacji nie uznaję – jeśli już dziecko się rozgada i zacznie zadawać za dużo pytań, to niech mama do mnie z pretensjami nie przychodzi. I rzeczywiście zdarzały się takie sytuacje, że mama przychodziła i mówiła – oczywiście z ogromną sympatią – pani Agnieszko, pamiętam, co mi pani mówiła na początku. I dlaczego ja pani wtedy nie słuchałam? I to jest chyba najlepsza nagroda za te wszystkie lata, bo taka terapia trwa przez lata.
Nie zawsze i nie wszystko udaje się osiągnąć. Należy ustalić realny cel. Jeśli przychodzi do mnie dziecko ze spektrum autyzmu, niemówiące i ja sobie założę, że ono za miesiąc, dwa będzie recytowało wiersze i czytało ze zrozumieniem, patrzyło na mnie i w ogóle będziemy się przyjaźnić, to wiadomo, że z góry mogę sobie takie marzenie wykreślić. Ale jeśli założę, że w ciągu miesiąca dziecko złapie ze mną kontakt i będzie chciało przychodzić na zajęcia, nie będzie krzyczało i uciekało, to jest to cel realny.

To czilałtowo brzmi

Gdy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję, odpowiadam, że logopedzę sobie, bo to tak ładnie, czilałtowo brzmi. Bardzo lubię moją pracę: logopedię i terapię.

Pokutuje błędny obraz logopedy i tego, co logopeda robi. Wyobrażenie jest takie, że to taka pani, która w gabinecie siada przed lustrem i mówi: no powiedz „szafa, czapka, czosnek, rower”. Ale to jest akurat promil tego, co można powiedzieć o logopedii.
Logopeda to ktoś, kto pracuje na wadach wymowy. Mówię o sobie, że jestem specjalistą od zaburzeń mowy i komunikacji. To są zbieżne, ale i odrębne sprawy.

Patrzenie lub niepatrzenie w oczy jest komunikatem, choć nie padło ani jedno słowo. Komunikatem jest też krzyk, dotyk czy grymas. I uczymy dzieci ze spektrum autyzmu komunikacji. Mowa u nich często nie rozwinie się nigdy. Bywa, że pada pytanie mamy: kiedy moje dziecko będzie mówiło? I często prostuję jego sens: nie kiedy, tylko czy w ogóle. Na czym pani bardziej zależy? Żeby dziecko wymieniało kolory i znało się na smartfonie, czy żeby umiało zakomunikować, że boli je brzuch albo że chce pomidorową z ryżem?
Każdy dzień dla dziecka i rodzica dziecka ze spektrum jest ogromnym wyzwaniem. Namiastkę tego, co te dzieciaki odczuwają, możemy sobie sami zafundować: włączyć wszystkie urządzenia, które mamy w domu, najbardziej wkurzające dźwięki, dodać miganie stroboskopu, zamazane okulary, a w tzw. międzyczasie niech ktoś czyta książkę, na której masz się skupić i odpowiadać na pytania. No nie da się.
A one to odczuwają i to podkręcone razy pięć. Dziecko będzie reagować krzykiem. I to jest komunikat „nie radzę sobie, wyłączcie to”. Moim zadaniem jest nauczyć je, jak sygnalizować, co przeszkadza najbardziej.

Każde dziecko ze spektrum jest inne i pomimo stażu i doświadczenia przy każdym kolejnym stwierdzam, że nie umiem nic. Muszę się nauczyć dziecka i ono musi się nauczyć mnie.

Dzieci ze spektrum funkcjonują w różny sposób. Bywa, że mówią po angielsku, wyliczają kolory albo liczą w pamięci tasiemce liczbowe, ale nie potrafią same kupić sobie bułki. Uczę je kompetencji społecznych.

Terapia często polega na zbudowaniu wspólnego pola uwagi. Pożądane jest to, by dziecko na ciebie spojrzało i zainteresowało się tym, co robisz.

Sposoby są różne: czasami zwykłe puszczanie baniek, innym razem piosenki. Wystukiwanki, wierszyki-masażyki – ale to dużo później.

Najpierw muszę poznać dziecko.

Kiedy pójść do logopedy?

To było jedno z pierwszych pytań na studiach: kiedy dziecko po raz pierwszy powinno pójść do logopedy? Najlepiej w pierwszej dobie życia, a w każdym razie po pierwszym karmieniu, gdy mama czuje, że dziecku coś nie wychodzi, że nie umie ssać. Dotychczas najchętniej wmawiano kobiecie, że nie potrafi przystawić do piersi. To niesprawiedliwy zarzut, wynika z niewiedzy. Po pierwsze, brak odruchu ssania to może być objaw neurologiczny i należałoby to sprawdzić. Ale to może być wina fizjologii. Tu powinien wkroczyć logopeda, otworzyć dziecku buzię i sprawdzić, czy tam jest wszystko okej. Np. czy wędzidełko pod językiem nie jest zbyt krótkie. Jeśli dziecko ma problem ze ssaniem, to nie wmawiamy młodej przerażonej mamie, że się do niczego nie nadaje, bo nawet nie umie do cycka przystawić, tylko trzeba sprawdzić, czy dziecko ma fizjologiczną możliwość, by ssać. Podpowiedzieć badanie u logopedy. Bo wielu rzeczom można od razu zaradzić.

Kąpiel słowna

Dziecko przechodzi przez różne etapy rozwoju mowy. Noworodek komunikuje się przez krzyk. Jak jest głodne, ma mokro, coś go boli – krzyczy. Kolejne etapy to głużenie i gaworzenie.

Głużenie to pierwsze, nieintencyjne dźwięki, które nie są krzykiem. I głużą nawet dzieci głuche. Natomiast nie przechodzą już etapu gaworzenia.

Gaworzenie przeważnie brzmi „a gu, a gu”. Jest uzasadnione fizjologicznie, bo dziecko większość czasu leży, język schodzi bliżej gardła, więc najłatwiej wydobyć z siebie taki dźwięk jak „ga” czy „gu”. Jeśli dziecko leżące w łóżeczku nie gaworzy w okresie, w którym już powinno, to jest sygnał dla rodzica, że warto skonsultować się z logopedą.

Kolejny etap to powtarzanie ciągu sylab „ba ba ba ba”, „ma ma ma”. Następny jest etap pojedynczych słów „mama” „baba” itd. Ich użycie jest już intencjonalne.

Dziecko otaczamy kąpielą słowną, czyli mówimy do niego i przy nim. Bardzo ważne, żeby przy tym nie zniekształcać języka. Wiem, że wręcz odruchowe jest mówienie do małego człowieka: „No nie mogę się powścimać. Taki ciudowny! A ti ti”. Należy tego unikać. Mówmy normalnie, wyraźnie. Niech język dziecka rozwija się tak, jak powinien.

Na co zwracać uwagę

Rodzice są wnikliwymi obserwatorami dzieci. Jak cokolwiek ich niepokoi, powinni to konsultować.

W przypadku niemowlęcia warto zwrócić uwagę, czy patrzy na mamę i świadomie nawiązuje kontakt. Jeśli mama ma wrażenie, że dziecko patrzy przez nią, jakby była przezroczysta, że nie wodzi wzrokiem za poruszanym nad nim przedmiotem, to już powinno bardzo niepokoić.
Kolejna ważna rzecz to obserwowanie, czy dziecko szuka źródła dźwięku. Jeśli ktoś głośniej puknie i to jest nagłe, to powinien wystąpić cały zespół reakcji – m.in. szukanie wzrokiem źródła dźwięku. Jeśli mama stanie obok łóżeczka i będzie coś tam śpiewać czy mówić i dziecko będzie odwracać główkę w jej stronę i szukać jej wzrokiem – jest okej. Jeśli tego nie robi, warto skonsultować się ze specjalistą.

Gdy rodzic idzie z 2-latkiem do lekarza na bilans, to w tym okresie powinien też pójść do logopedy. Bardzo często jest tak, że ten 2-latek wymawia zaledwie kilka słów: mama, tata, baba, piciu, am i nie pojawiają się nowe dźwięki, a dziecko najczęściej pokazuje palcem, gdy chce coś zakomunikować. Tu powinno się zapalić czerwone światło.

Inna rzecz, dziecko musi mieć powód, żeby chcieć uczyć się słów. Jeśli pytam rodzica, jak dziecko pyta o picie i dostaję odpowiedź, że picie jest zawsze na wierzchu, więc nie musi o nie prosić, albo pytam, jak dziecko komunikuje, że chce np. żółty serek, a nie jajeczko, i słyszę od rodzica: „a nie, on tylko parówki je”, to mi się zaraz taki logopedyczny dowcip przypomina. Tata, mama i 20-letni syn niemowa siedzą przy stole. Jedzą sobie niedzielny obiad. Nagle syn wykrzykuje: gdzie jest kompocik? Rodzicom sztućce wypadają z rąk. Zszokowani przekrzykują się wzajemnie: jak to, synuś? To ty mówisz? No mówię – odpowiada syn. To dlaczego do tej pory nigdy nic nie powiedziałeś? – dopytują. A on mówi: bo zawsze był kompocik!

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content