„Mamo, tacie też dali mundur?”. Uchodźcy z Ukrainy znaleźli schronienie w powiecie nowosolskim [REPORTAŻ]

– Wczoraj pochowali naszego żołnierza, młodego chłopaka. Zastrzelili go. Miał rodzinę, dzieci – uchodźcy z Ukrainy opowiadają o piekle wojny. Schronienie znaleźli w powiecie nowosolskim

– Mamo, czy tacie też dali mundur? – pyta po cichu dziewczynka.

– Tak, kochanie – odpowiada mama.

Mariana uciekła przed wojną ze swoimi dziećmi, 7-letnią Viktoriyą i 13-letnim Romanem, z siostrą Adrianą i mamą Lubą.

Ivan, mąż Mariany, został. Walczy o wolną Ukrainę.

Jest poniedziałek 28 lutego, obwód lwowski. Zimno. Wojna na Ukrainie trwa piąty dzień. Cała piątka po raz ostatni patrzy na swój kraj przez szybę autobusu.

Boją się.

W końcu Putin też ma dzieci, prawda?”

Mieszkali we wsi Busowisko w rejonie starosamborskim, nad rzeką Dniestr. Ważniejsze obiekty w ich miejscowości? Choćby greckokatolicka cerkiew.

Luba opowiada o tym, jak Rosjanie ostrzeliwują domy. Wtedy ludzie uciekają w popłochu. Mówi, że wczoraj w Sumach rosyjscy żołnierze strzelali do cywilów w autobusie. Były w nim małe dzieci.

To tak zwany „ruski mir”.

– Serce krwawi, kiedy na to patrzę – podkreśla. – Bałam się wojny, że nas zabiją. Kontaktujemy się z przyjaciółmi, którzy zostali. Mówili nam, że wczoraj pochowali żołnierza, młodego chłopaka. Zastrzelili go. Miał rodzinę, dzieci. Ludzie boją się, ale muszą się jakoś trzymać. Tam latają bomby. Rakiety trafiają w domy i nagle nie masz gdzie mieszkać. Po sygnałach alarmowych chowaliśmy się w piwnicy. Rosjanie nie wahają się, czy strzelać do cywilów. Wieczorami wyłączane jest światło i dzieci boją się, bo siedzą po ciemku.

Dlatego spakowali się w dwa dni i uciekli z tego piekła. Wybrali Polskę, podobnie jak prawie milion ich rodaków.

Najpierw autobus do Katowic, potem pociąg do Zielonej Góry. W pociągu było tłoczno. Całą drogę stali. Później trafili do Uścia, malowniczej miejscowości w gminie Kolsko, na granicy dwóch województw: lubuskiego i wielkopolskiego.

– Tam giną dzieci – mówi o sytuacji na Ukrainie Luba. – Wydaje mi się, że Putin chce zniszczyć cały świat i siebie. Wszystkich straszy tą bombą atomową. Kto go tam wie, co zrobi, co ma w głowie. Może on chory psychicznie? Myślę, że jednak nie naciśnie na ten przycisk – w końcu też ma dzieci, prawda? Świat nałożył sankcje, hakerzy z Ameryki z nim wojują, ale to nic nie pomaga. Rosjanie już daleko zaszli, ale my się nie damy. To wszystko musi się dobrze skończyć. Tęsknimy za domem. Dzieci muszą chodzić do szkoły.

Jest strasznie

– Dobrze się tutaj czujemy. Ludzie o nas zadbali. Bardzo nam pomogli i pomagają – podkreśla Luba i szklą jej się oczy. – Sąsiad przyniósł nam gruszki [uśmiech]. Przychodzą i pytają, czy czegoś potrzebujemy. Dziękujemy za tę pomoc. Nie daliście nam zginąć.

Ivan, mąż Mariany, jest dziś w wojsku technikiem. – Boję się o niego – przyznaje żona. – Mamy regularny kontakt. Co mówi? Że jest strasznie. Jak dzwoniłam do niego wczoraj, w Samborze był akurat alarm bombowy. Trudno mi o tym mówić. Dzieci bardzo tęsknią za ojcem.

Adriana: – Cały czas na Facebooku szukamy wiadomości, co się dzieje. Zaczynamy od tego każdy dzień. Oby to wszystko się szybko skończyło i było za nami. Żeby nie mordowali już ludzi. Chcemy wrócić do domu. Marzymy o tym, żebyśmy mieli do czego wracać. Do naszej Ukrainy. Ale jak będzie – nie wiem.

– Jak ci się podoba w Polsce? – pytam Romana, który przysłuchuje się rozmowie dorosłych.

– Fajno – odpowiada 13-latek. Na Ukrainie lubił grać z kolegami w piłkę. Delikatnie się uśmiecha, kiedy wspominam o Andriju Szewczence.

– A tobie jak się podoba? – zagaduję Viktoriyę.

– Fajno – potwierdza słowa brata i przegląda w telefonie TikToka. W swoim kraju chodziła na lekcje tańca.

Chciałaby już na nie wrócić, ale Putin postanowił zabrać jej dotychczasowe dzieciństwo.

Ukraina nie zginie

Skąd cała rodzina czerpie nadzieję? – Skoro ma być o nadziei, to będę mówić po ukraińsku – podkreśla Luba i przechodzi na język, w którym mówi i myśli od urodzenia, mimo że wcześniej rozmawialiśmy po polsku. Zna nasz język, bo do Polski przyjeżdżała regularnie na prace sezonowe.

Ale odpowiada Adriana: – Nadzieja rodzi się, kiedy patrzymy na dzieci. Chcemy, żeby były zdrowe. Musimy być silni, żeby one widziały tę naszą siłę. I uwierzyły, że wszystko będzie dobrze. Cieszę się, że w Polsce są ludzie, którzy chcą pomagać naszym. Gdyby ich nie było, to nie wiem…

Luba przerywa: – Wojsko nas zapewnia, że nie dopuści, by Ukraina zginęła. Tak samo Zełenski, a to dobry człowiek. Będą nas bronić.

Mieszkanie w Uściu, gdzie rodzina Luby znalazła schronienie, należy do taty Sebastiana Grochowskiego. Wychodzę na chwilę na werandę. Słyszę, że Sebastian opowiada sąsiadce o trudnej sytuacji uchodźców.

Sąsiadka zaczyna płakać.

Potem idziemy na wspólny spacer. W Uściu jest mnóstwo lasów, do tego piękne Jezioro Wilcze. Spokój. Rozglądamy się jak turyści. Świeci słońce, dlatego mrużymy oczy. Jest rześko. W oddali widać płynące kaczki.

Idziemy dalej. Viktoriya podchodzi do posesji jednego z sąsiadów, bo zauważa dwa małe pieski. Głaska po nosie najpierw jednego, potem drugiego. Na chwilę zapomina o wojnie. – Nasze zwierzęta musieliśmy zostawić na Ukrainie – Luba się smuci.

Wcześniej pojechaliśmy z nią i Adrianą po większe zakupy do supermarketu w Kargowej. Gdy już wychodziliśmy, starsza kobieta zagaiła do kasjerki: – Wie pani, nie myślałam, że dożyję jeszcze jednego Hitlera.

Mikołaj

Luba jest mamą Mikołaja, który od roku pracuje w Polsce w firmie JM Solar. Zajmuje się montażem instalacji fotowoltaicznych.

Mariana: – Mikołaj zadzwonił do mamy 24 lutego o szóstej rano. O wojnie wiedział wcześniej niż ona, bo jeszcze spała. Powiedział, że Rosjanie napadli na Ukrainę.

Jakub Czujwid, właściciel JM Solar, gdy zaczęło się to piekło, od początku robił wszystko, by ściągnąć rodzinę swojego pracownika do Polski.

Mikołaj starał się nie pokazywać, jak bardzo martwi go sytuacja w jego kraju. Dusił to wszystko w sobie. Ale cały czas o tym myślał.

– Zrobiliśmy szybką akcję na Facebooku. Zapytałem, czy ktoś ma jakieś wolne mieszkanie. Liczył się czas, bo przecież koło Lwowa też już latały rakiety – wspomina Czujwid. – Tego samego dnia zadzwonił do mnie mój kolega Sebastian Grochowski. Powiedział, że jego rodzina ma domek w Uściu, który od jakiegoś czasu stoi pusty. A dalej już się potoczyło. Jestem mu bardzo wdzięczny. Zanim rodzina Mikołaja przyjechała, zorganizowaliśmy im potrzebne rzeczy i jedzenie.

Grochowski: – Piłem kawę, sprawdzałem Facebooka i wtedy zobaczyłem wpis Kuby. Od razu pomyślałem o tym pustym mieszkaniu. Dom należy mojego taty, dlatego najpierw poszedłem z nim o tym porozmawiać. Powiedział, że gdy obudził się w nocy, myślał o tym samym – że można by przyjąć tam uchodźców. Jestem mile zaskoczony, że mimo podziałów Polacy potrafią się dzisiaj zjednoczyć w pomocy siostrom i braciom z Ukrainy. Odruchy serca. Ta wojna jest niepotrzebna. Przez czyjeś rozbujane ego wszyscy płacimy dużą cenę. A najbardziej cierpią sami Ukraińcy i ich dzieci.

Teraz Czujwid chciałby sprowadzić rodzinę Mikołaja do Nowej Soli lub Zielonej Góry. W mieście będzie im łatwiej. – Oni zdają sobie sprawę, że jeżeli wojna potrwa dłużej, to przecież będą musieli tutaj posłać dzieci do szkoły i poszukać jakiejś pracy – podkreśla Czujwid. – Wokół jest tylu dobrych ludzi… To jest coś pięknego. Jak o tym pomyślę, ściska mnie w gardle. Gdy wiozłem rodzinę Mikołaja samochodem z Zielonej Góry do Uścia, miałem poczucie, że wiozę swoich najbliższych. Oni nam zaufali. Cieszymy się, że możemy pomóc. Kiedy w sobotę do nich pojechaliśmy, staraliśmy się nie rozmawiać o wojnie. Wiem, że to dla nich strasznie trudna sytuacja.

Nie ma czasu na udawanie

Daniel Kaczmarczyk urodził się w Nowej Soli, dziś mieszka we Wrocławiu. Wrażliwiec, studiuje aktorstwo. Nie mógł znieść dramatycznych relacji z granicy. Żeby pomóc, pojechał na przejście polsko-ukraińskie do Hrubieszowa na Lubelszczyźnie.

Kaczmarczyk: – Nie mogłem siedzieć w domu i udawać, że wszystko jest okej, chodzić na uczelnię jak gdyby nigdy nic. Odezwała się osoba ze szkoły i powiedziała, że mogę pomóc. Mieszkańcy Hrubieszowa i okolic często przychodzili do punktu pomocy uchodźcom i pracowali jako wolontariusze. My stawialiśmy się tam wieczorem i pomagaliśmy do rana, bo wtedy wolontariuszy było mniej, a dalej przybywało mnóstwo uchodźców. Czasem brakowało rąk do pracy. Bywały noce, że kierowców oferujących podwózkę było mniej niż potrzebujących, a czasami było odwrotnie, bo wcześniej przyjechał autokar i zabrał ludzi do Warszawy czy Gdańska. Wtedy kierowcy cierpliwie czekali, nie chcieli wrócić bez nikogo.

Na kartonach pisali na przykład „Łódź, transport+nocleg+wyżywienie”.

Wielu ludzi nie wiedziało, gdzie się podziać. Inni potrzebowali transportu, bo mają rodzinę w różnych częściach Polski. Byli też tacy, którzy chcieli tylko przespać się i zjeść, a jutro ruszali w dalszą drogę do Niemiec, Holandii, Francji czy Austrii, bo tam mają swoje rodziny.

Ale przede wszystkim było mnóstwo osób, które nie miały pojęcia, gdzie spędzą najbliższe dni.

Matki z dziećmi, babcie z wnukami.

Duże zagubienie. Czekanie na jakąkolwiek informację.

Pamiętam dzieci. Bawiły się zabawkami. Matki były przerażone, wiem to, ale trzymały się w ryzach, żeby nie wzbudzać strachu u dzieci. Starsi chłopcy, którzy przez wojnę za szybko dorośli, starali się być silni. Troszczyli się o matki i siostry.

Pamiętam też jedną z wolontariuszek, która nie wytrzymała napięcia i rozpłakała się. Coś w niej pękło.

Często mieliśmy łzy w oczach, ale wiedzieliśmy, że nikomu nie pomogą.

Koordynowaliśmy wyjazdy. Uchodźcy byli często nieufni, przestraszeni. Gdy mówiliśmy im, że jest osoba, która oferuje nocleg, wyżywienie, załatwienie dokumentów i że już na nich czeka – twarda skorupa pękała. Przy pakowaniu rzeczy do samochodu dziękowali nam po kilkadziesiąt razy.

Opowiadali, jak bardzo Polacy im pomogli.

Jeden z kierowców opowiedział mi, że przewiózł do Polski matkę z dzieckiem. Miało cztery dni.

Rozmawiałem z taką psycholożką. Doszliśmy do wniosku, że najważniejsze, czego teraz potrzebują uchodźcy, to nazwanie i wyrzucenie z siebie tego, co ich boli.

Bo zostali skrzywdzeni.

W takich kryzysowych sytuacjach przekonujemy się, kim jesteśmy. Wszystko staje się bardziej wyraźne, wychodzi na jaw. Nie ma już czasu na udawanie.

Miś

Park Interior zbierał ostatnio produkty medyczne dla Ukrainy. Zebrał ich mnóstwo, niektóre bardzo specjalistyczne. Do tego jedzenie, picie, najpotrzebniejsze rzeczy. Mieszkańcy Nowej Soli i Zielonej Góry stanęli na wysokości zadania.

W ubiegłym tygodniu Łukasz Rut z Interioru i Adrian Waligóra też pojechali z tą całą pomocą huminatarną do Hrubieszowa. – Nie możemy obojętnie stać obok dramatu, który trwa u naszych sąsiadów – podkreśla Rut. – Zwłaszcza jeśli to dotyczy bezbronnych dzieci.

Razem z Waligórą witał i pomagał ludziom, którzy uciekli przed wojną. – Przyjeżdżali ze strachem w oczach – wspomina Rut. – My dawaliśmy im kawę, ciepłą strawę. Dzieciom – misia. To były bardzo wzruszające momenty. Widzieliśmy setki kobiet z dziećmi, które potrzebują pomocy. Mimo że było nad ranem, gdy kładliśmy się do łóżka, nie mogliśmy zmrużyć oka.

Światło

1 marca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zwrócił się do przywódców zachodniego świata: – My pokazaliśmy, jak jesteśmy silni. Pokazaliśmy, że jesteśmy Europejczykami. Udowodnijcie, że jesteście z nami, że nas nie porzucicie. Wtedy życie wygra ze śmiercią, a światło z ciemnością.

Gdy tłumacz CNN przekładał te zdania na angielski, łamał mu się głos.

W sobotę w Uściu odbyło się małe przyjęcie urodzinowe. Tego dnia Mikołaj skończył 27 lat. Bliscy przygotowali tort. Nie spodziewał się, że będzie świętował razem z nimi w Polsce.

Dokładnie tego samego dnia minął też rok od śmierci mamy Sebastiana Grochowskiego. Wówczas rodzina Grochowskich wzięła ojca do siebie do Kożuchowa, dlatego dom w gminie Kolsko stał pusty.

Tak. W ostatnich dniach w Uściu, Hrubieszowie i wielu miejscach w Polsce światło i życie wygrały z ciemnością i śmiercią.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content