Nowosolanie przyjęli uchodźców z Ukrainy. „To nasi przyjaciele”

Powrót z Ukrainy kickboxera z Nowej Soli Bartosza Hassy, jego dziewczyny Angeliki i znajomych był pełen dramaturgii, szczególnie na granicy. – Krzyk matek, płacz dzieci. Bo żegnały się z ojcami, którzy musieli dołączyć do armii – wspomina Hassa. Tego dnia wybuchła wojna. Gdy oboje wrócili już do miasta, postanowili, że pojadą z powrotem po ukraińskich przyjaciół

To miał być wyczekiwany wypad na narty do ukraińskiej miejscowości Bukovel. W środę 23 lutego wylecieliśmy z Poznania do Lwowa.

Na lotnisku odebrali nas dobrzy znajomi z Ukrainy i wspólnie pojechaliśmy do Iwano-Frankiwska na kolację, a potem do docelowej miejscowości, oddalonej kilkadziesiąt kilometrów.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak szybko skończy się nasza wycieczka.

Wieczorem usiedliśmy w naszym domu, chwilę porozmawialiśmy i poszliśmy spać.

Wojna

Rano budzi nas koleżanka i pyta, czy już się ubraliśmy. Odpowiedziałem, że nie, ale już się ubieramy. A ona dopytuje: nie słyszeliście? Mówię, że nie, ale już schodzimy. Pomyślałem: wcześnie idziemy na te narty.

Ale nasza ukraińska koleżanka mówi, że jest wojna i muszą jak najszybciej wywieźć nas na granicę. I że musimy ją przekroczyć pieszo, bo wstrzymany jest ruch powietrzny. Rosyjska armia zasypała rakietami najważniejsze punkty na terenie całego kraju, w tym lotnisko, które było 40 km od nas.

Co poczułem? Trudno to opisać. To musieli czuć nasi dziadkowie, kiedy wybuchła wojna w Polsce. Byliśmy bezbronni w obliczu wroga. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to jak najszybciej dostać się do Polski.

Do granicy mieliśmy 300 km, które pokonaliśmy w jakieś pięć-sześć godzin, bo drogi na Ukrainie nie są w dobrym stanie i nie ma ich tak dużo jak u nas.

Najgorsze było to, że musieliśmy przejechać przez Iwano-Frankiwsk, w którym zostało zbombardowane lotnisko, i przez wcześniej zaatakowany Lwów.

Kiedy dotarliśmy do kolejki aut przed granicą, zdecydowaliśmy, że dalej pójdziemy pieszo, żeby znajomi z Ukrainy mogli szybko wrócić po swoich bliskich i wyjechać do Polski. Do granicy było jakieś 10 km, więc zaczęliśmy marsz z bagażami między kilkupasmową kolumną aut. Wtedy myśleliśmy, że jeszcze tylko dłuższy spacer i będziemy w Polsce.

Myliliśmy się.

Podczas marszu niektórzy ludzie byli przerażeni tą całą sytuacją, a inni mieli uśmiechy na ustach… Grupka Ukraińców zapytała, czy może z nami zabrać się do granicy ich 14-letnia podopieczna. Zgodziliśmy się i poszliśmy razem.

Po drodze opowiadała nam o sobie. Mówiła, że w Polsce czeka na nią mama. Po godzinie okazało się, że jej mama przeszła na ukraińską stronę po to, żeby dołączyć do córki. Bała się, że idzie sama.

Szły do końca z nami. Im dłużej szliśmy, tym bardziej obawaialiśmy się tej całej sytuacji. Po dwóch godzinach marszu doszliśmy do tłumu ludzi przy przejściu. Przed nami było kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy osób.

Początkowo było okej, ale potem w oczach ludzi było już widać przerażenie. Każdy rozmawiał co chwilę z rodzinami, wymieniali się informacjami o tym, co się dzieje. Byliśmy bez internetu i unikaliśmy połączeń, bo po tamtej stronie granicy są drogie. Dzwoniliśmy tylko wtedy, jak musieliśmy.

Łzy

O godz. 17.00 zaczynało się robić ciemno i zimno. Ludzie czuli zmęczenie. Słychać było pojedyncze krzyki i nieporozumienia. Niektórzy zaczęli przeciskać się w kolejce.

Dołączył do nas Ukrainiec, który przyjechał do siebie na kilka dni na pogrzeb dziadka. Wracał do Polski, bo ma tu żonę i dwójkę dzieci.

Mijały godziny, a kolejka przesuwała się bardzo powoli. Wiedzieliśmy, że będziemy tam stali jeszcze dobrych parę godzin.

Słychać było płacz dzieci i krzyki matek.

Nagle jakiś człowiek zaczyna krzyczeć po ukraińsku, że jest mobilizacja sił i mężczyźni powyżej 18. roku życia nie przejdą przez bramkę. To był dla nas szok, a rodziny z dziećmi bały się. Zrobiło się naprawdę głośno, ludzie zaczęli wpadać w panikę.

Za chwilę kolejny komunikat: to dotyczy mężczyzn od 18. do 60. roku życia z ukraińskim paszportem.

Ja, powiem szczerze, odetchnąłem z ulgą. Ale nasz nowy kolega z Ukrainy, który przyjechał do domu tylko na kilka dni, stracił nadzieję, że wróci do rodziny. Zadzwonił do nich i powiedział, że musi iść do wojska. W oczach miał łzy.

Po przejściu połowy kolejki pożegnaliśmy się.

Żadnych wieści

Dezorientacja była coraz większa. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy przejdziemy ukraińską bramkę i czy jesteśmy tam bezpieczni. Od strony władz nie było żadnej informacji. Byliśmy zarejestrowani w systemie Odyseusz [Ministerstwa Spraw Zagranicznych], ale też żadnych wieści.

Była godz. 22.00, a my coraz wolniej przesuwaliśmy się do bramki.

Przy samej bramce ludzie już nie patrzyli, czy wciskają się przed mężczyznę, czy przed matkę z malutkim dzieckiem. Mężczyźni mimo wcześniejszych komunikatów nadal próbowali przedostać się do Polski.

W pewnym momencie od bramki dzieliło nas zaledwie 10 metrów. Ale otwierali ją raz na pół godziny, a czasami raz na godzinę, wpuszczając z tłumu 5-10 osób. O 4.00 nad ranem dotarliśmy do tej bramki. Część z nas przeszła, w tym moja dziewczyna, co było dla mnie najważniejsze. Wzruszyła się, bo ja zostałem po drugiej stronie. Po 30 minutach do niej dołączyłem.

Później czekała nas znowu kolejka, tym razem do odprawy celnej. Tam jeszcze większy krzyk matek, płacz dzieci. Bo żegnały się z ojcami, którzy musieli wrócić na ukraińską stronę i dołączyć do armii.

Po godz. 5.00 byliśmy w Polsce.

Uchodźcy

Dawno nie cieszyliśmy się tak z powrotu do naszego kraju. Tam mogło wydarzyć się wszystko, łącznie z atakiem na granicę.

Po tym, jak wróciliśmy z Nowej Soli, szybko wyruszyliśmy z powrotem w drogę. Tym razem na węgierską granicę z Ukrainą, blisko Rumunii, po naszych przyjaciół z Ukrainy.

Przyjmiemy ich w Polsce, zapewnimy nocleg. I zobaczymy, co będzie dalej.

wysłuchał Mateusz Pojnar

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content