Ten mundial jest nasz, czyli nasi w Kotle Czarownic! Nie zapomną meczu ze Szwecją

– Od dzisiaj oszczędzamy pieniądze na bilety do Kataru! – uśmiecha się Klaudia Bandurowska, jedna z kibicek i kibiców z powiatu nowosolskiego, którzy byli na Stadionie Śląskim, gdy Polska w historycznym meczu pokonała Szwedów 2:0 i awansowała do finałów mistrzostw świata

Karol Harciarek nie planował wyjazdu na mecz Polska – Szwecja. Wyszło spontanicznie. Niedawno przeprowadził się na Śląsk i gdy dowiedział się, że baraże będą rozgrywane w Chorzowie, stwierdził, że nie może odpuścić takiej okazji. W końcu to historyczny mecz.

– Jestem z pokolenia, które doświadczyło głównie rozczarowań ze strony polskiej kadry – przyznaje. – Nie nastawiałem się na wielkie spotkanie. Na szczęście zagraliśmy świetny mecz, a atmosfera na Stadionie Śląskim była jedną z najlepszych, jakich doświadczyłem na stadionach! Do Kataru pewnie nie pojadę, ale będę trzymał kciuki za „Lewego” i spółkę. Fajnie, że udało nam się awansować na mistrzostwa świata, ale mam nadzieję, że w końcu uda nam się wyjść z grupy i powalczyć o prawdziwe emocje w play-offach.

Oby. Losowanie grup odbyło się w piątkowy wieczór. Trafiliśmy na Argentynę, Meksyk i Arabię Saudyjską.

To trzeba przeżyć”

Adrian Sala, były bramkarz Arki Nowa Sól, a dziś golkiper Sprotavii Szprotawa, na mecz Polska – Szwecja pojechał z kolegami z drużyny. Jeden z nich miał fart i załatwił bilety. – Na pytanie „»Salik«, jedziesz na mecz o Katar?” odpowiedziałem bez zastanowienia: oczywiście – uśmiecha się nowosolanin.

Do Chorzowa pojechali pociągiem w dniu meczu. Adrian Sala mówi, że od początku było czuć stawkę tego spotkania. – Bardzo dużo ludzi w biało-czerwonych barwach, śpiewy, rozmowy o meczu. Nastawienie ludzi bardzo pozytywne – opisuje klimat. – Kogo nie zapytałeś o wynik, nie było innej odpowiedzi niż ta, że Polacy wygrają!

Sala podkreśla, że atmosfera w Kotle Czarownic była nie do opisania. Kwintesencja piłki nożnej. Cały stadion w naszych barwach, kibice śpiewali hymn. – To trzeba przeżyć na własnej skórze – zaznacza piłkarz i zapalony kibic. – Jeżeli chodzi o sam mecz – wynik bardzo dobry. Stawiałem na minimalną wygraną naszych i tak też się stało, choć to zwycięstwo mogło być bardziej okazałe. W drugiej połowie mieliśmy sporo sytuacji, by podwyższyć wynik. Polecam mecze reprezentacji każdemu kibicowi piłki nożnej. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Coś pięknego.

Duma i jedność

Dla Klaudii Bandurowskiej to był już drugi mecz piłkarskiej reprezentacji na żywo. Pierwszy aż takiej rangi.

Do Chorzowa razem z narzeczonym i jego rodziną wyruszyła pociągiem z Wrocławia. Już na dworcu widziała biało-czerwone flagi, nie zabrakło głośnych okrzyków.

– Godzinę przed pierwszym gwizdkiem widzieliśmy sznur samochodów. Ludzie chcieli dojechać pod stadion – wspomina była siatkarka Aresa Nowa Sól. – Tłumy kibiców przed bramkami, a z nieba leje deszcz. Sprawnie wchodzimy na stadion, zajmujemy miejsca. Hymn a cappella. I łzy wzruszenia. 54 tysiące kibiców na trybunach.

Pierwsza połowa dla Klaudii to ciągły stres. – Brakowało bramek, a stawka meczu była wiadoma – uśmiecha się. – W końcu gaśnie część świateł, atmosfera grozy i wydłużona przerwa.

Gdy światła wróciły, od razu gra podopiecznych Czesława Michniewicza się ożywiła. – Ledwo wyszli na drugą połowę, a tu karny. „Lewy” nie dotknął jeszcze piłki, a na trybunach już się cieszą – wspomina Klaudia Bandurowska. – Po golu – euforia. „Jeszcze jeden” – krzyczeliśmy.

I stało się. Na 2:0 podwyższył Piotr Zieliński. Kibicom było mało – chcieli trzeciego trafienia.

– Po końcowym gwizdku prawdziwe szaleństwo – opowiada Klaudia. – Wiele osób znowu płakało, a na telebimach pojawił się napis „Kierunek Katar”. Cudownie być uczestnikiem takich wydarzeń, tej radości, dumy i jedności. Taka piłka nożna mi się podoba: jak się dużo dzieje i jak wygrywamy [śmiech].

Klaudia zaznacza, że liczyła na awans. Inaczej nie pojechałaby do Chorzowa. – Ale wiedziałam, że to będzie trudny, wyrównany mecz – przyznaje. – Narzeczony jest oddanym kibicem i dla niego to było ogromne przeżycie. Od dzisiaj oszczędzamy pieniądze na bilety do Kataru!

Serce

Jakub Nowakowski z Bytomia Odrzańskiego pojechał na mecz z kumplem Norbertem. – Jak wsiedliśmy w Bytomiu do pociągu, było sporo kibiców poubieranych w koszulki, szaliki – wspomina. I żartuje: – Już wtedy większość nieźle świętowała sam wyjazd.

Najpierw zatrzymali się w hotelu w Katowicach, potem poszli na tramwaj. Było 2,5 godz. przed pierwszym gwizdkiem. – Wiedzieliśmy, że wsiedliśmy do właściwego tramwaju, bo zdecydowana większość pasażerów była ubrana w biało-czerwone barwy – opowiada Jakub. – W centrum wsiadło tyle osób, że trudno byłoby włożyć szpilkę. Zaczęły się kibicowskie przyśpiewki i w takiej atmosferze podjechaliśmy pod chorzowski stadion.

Bytomianin podkreśla, że samo wejście na trybuny zrobiło na nim niesamowite wrażenie. Stadion Śląski był pięknie oświetlony. I wypełniony po brzegi fanami polskiej reprezentacji.

– Atmosfera? Taka, że aż chciało się krzyczeć i śpiewać niemal przez cały mecz – uśmiecha się. – Przed i po meczu udało nam się pobić polski rekord decybeli na stadionie. Poprzedni należał do meczu z San Marino, wtedy kibice zrobili hałas na 102 dB. Nam udało się zrobić 108 dB. Czyli pobiliśmy ten rekord z przytupem! Chciałem pojechać na ten mecz, bo jeszcze nigdy nie byłem na takim piłkarskim wydarzeniu. Najlepszy mecz, na jakim byłem do tej pory, to spotkanie Arki Nowa Sól, gdy grała jeszcze w III lidze. Z najlepszym stoperem, moim wujkiem Tomkiem Nowakowskim [uśmiech].

Kuba puentuje: – Kierując się głową, obstawiałem 2:1 dla Polski. Sercem – stawiałem na 2:0. Jak widać, warto wierzyć własnemu sercu.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content