„Rzeka ma zawsze rację”. Powstaje książka o powodzi ’97 w Nowej Soli i regionie [FRAGMENT]

„Takie miasto – przeorane przez komunizm, poobijane transformacją, ze złą sławą i mglistymi widokami na przyszłość – musi stawić czoło powodzi. A wielka woda jest coraz bliżej” – niedługo premiera książki pod roboczym tytułem „Rzeka ma zawsze rację”. To publikacja o powodzi stulecia w Nowej Soli i regionie. W lipcu minie 25 lat od tamtych dramatycznych wydarzeń

W roku powodzi stulecia Polską rządzi SLD. Prezydentem od dwóch lat jest Aleksander Kwaśniewski, premierem – Włodzimierz Cimoszewicz.

Co dzieje się wtedy w kraju? Podpowiada internet: w styczniu debiutuje pismo „Puls Biznesu”, a Stanisław Lem zostaje honorowym obywatelem Krakowa. W lutym Sejm powołuje kasy chorych. W marcu startuje ogólnopolski kanał telewizyjny Polsat 2. W kwietniu Zgromadzenie Narodowe przyjmuje nową konstytucję, a reprezentacja Polski w piłce nożnej na Stadionie Śląskim w Chorzowie bezbramkowo remisuje z Włochami w meczu eliminacji mistrzostw świata we Francji.

Maj: w katastrofie kolejowej w Reptowie koło Stargardu ginie 12 osób, 36 zostaje rannych. Na ekrany wchodzi film „Sara”, a Bogusław Linda jest u szczytu aktorskiej kariery jako maczo polskiego kina „robiący porządek”. Ponad 52,5 procent Polaków w referendum głosuje za przyjęciem konstytucji. Rozpoczyna się pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski. Już szósta za jego pontyfikatu.

Czerwiec: Sejm uchwala nowy kodeks karny, w którym znosi karę śmierci, a papież w Krośnie kanonizuje Jana z Dukli. Na antenie TVP widzowie oglądają pierwszy odcinek telenowel „Klan” i „Złotopolscy”.

To tak z grubsza. A lipiec? Lipiec to powódź stulecia, która przyćmi wszystkie inne tematy. Nawet wizytę prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona w Polsce.

Wódko, pozwól żyć

Jaki jest ’97 w Nowej Soli? Prześledziłem publikacje „Tygodnika Krąg”, który dwadzieścia pięć lat później będzie świętował trzydziestolecie istnienia na rynku mediów. U progu nowego roku redaktor naczelny gazety Krzysztof Kokosiński notuje: „Jak każdego stycznia, tak i teraz zawsze zastanawiamy się, jaki będzie ten następny rok? Czy ten, który mamy już za sobą, był najgorszy? A może… I tak dalej, i tak dalej. Mimo domysłów i składanych życzeń raz jest lepiej, a raz gorzej”. Tymczasem – dodaje Kokosiński – „spektakl musi trwać, jak śpiewał swego czasu jeden z wokalistów”.

fot. Robert Lipiński

W mieście sporo dzieje się w światku przestępczym. W zapowiedzi wywiadu z ówczesnym prokuratorem rejonowym Janem Wojtasikiem czytam: „Nowosolanie przestali się czuć pewnie, a zapewnienia ze strony osób odpowiedzialnych za ład i porządek w mieście o tym, że przestępczość wcale się nie zwiększyła, nie dały poczucia swobody i bezpieczeństwa. Na ulice, szczególnie wieczorem, nadal wychodzi się tylko w razie konieczności, bo »można czymś dostać po głowie, a i stracić coś wartościowszego«, na przejściach dla pieszych trzeba uważać, aby nie zostać przejechanym przez bezkarnego szaleńca, który uważa, że w każdej sytuacji ma pierwszeństwo”.

W kolejnym numerze informacja o tym, że policja szuka winnych kradzieży doniczek z cmentarza przy ulicy Wandy. I tekst o Unii Europejskiej, do której wejdziemy za siedem lat. W 1997 o niej marzymy. I o jej pieniądzach na inwestycje.

„Krąg pisze też o bezrobociu. W województwie zielonogórskim w listopadzie ’96 jest zarejestrowanych prawie 42 tysiące bezrobotnych. W pośredniaku w Nowej Soli sytuacja tragiczna – ponad 9200 osób. W samym mieście bez pracy oficjalnie jest prawie 3900 ludzi. „Dokąd zmierzamy?” – pyta w jednym z tekstów autor, analizując stan polskiej gospodarki. Bo transformacja wiele kosztuje. Nowosolanie doświadczają tego na własnej skórze.

Pod koniec stycznia artykuły o napadach. Czterech mężczyzn atakuje mieszkańca w okolicach WBK przy Moniuszki. Kradną mu 34 tysiące złotych.

Zamaskowany mężczyzna z bronią, najpewniej gazową, wchodzi do sklepu mięsnego na osiedlu Kopernika. Ekspedientki uciekają, a on kradnie z kasy pieniądze i biegnie w stronę ulicy Świętej Barbary, wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon.

Na początku 1997 tygodnik podsumowuje też statystyki przestępcze w roku ubiegłym. „Coraz częściej są popełniane przestępstwa w poważnycch kategoriach, na przykład ciężkie uszkodzenia ciała. Ilość tych przypadków rośnie już trzeci rok z rzędu: w ’94 wynosiła 54, w ’95 – 59, a w ’96 – 71”. Wzrasta też liczba pobić. Do tego dramatyczny wzrost kradzieży samochodów.

W jednym z lutowych numerów czytelniczka w liście zatytułowanym „AIDS i narkomania” pisze do redakcji: „Jestem nastoletnią mieszkanką Nowej Soli. Zauważyłam, że coraz więcej młodych ludzi bierze narkotyki. To młodzież, przeważnie biorą na przyjęciach czy prywatkach. Każdy może się ze mną zgodzić lub nie: jeżeli spróbują raz, drugi, trzeci, to są już uzależnieni. A ponadto szkoda życia, ponieważ tyle radości i smutków przed Wami”. Takie sprawy zajmują nastoletnią dziewczynę z Nowej Soli w 1997.

Na jedynce „Kręgu” z 4 kwietnia tekst „Wódko pozwól żyć”. W tym samym numerze artykuł o tym, że przez wichurę jednemu z mieszkańców spadł na głowę fragment tynku z ratusza. Na szczęście to przeżyje, skończy się kilkoma szwami. Dziennikarka ironicznie (a może nie?) komentuje: „Znając stan techniczny budynków w mieście, lepiej chodzić krawężnikiem chodnika, bo podobne historie mogą się powtórzyć”.

W czerwcu widzę też tekst o Odrze. Nie niesie ukojenia: „Na podstawie wykonanych badań zakwalifikowano wody Odry w obrębie województwa zielonogórskiego pod względem fizyko-chemicznym i bakteriologicznym jako pozaklasowe, nieodpowiadające żadnym dopuszczalnym normom. (…) Odrzańska woda jest mieszaniną wody i ścieków”.

Również czerwiec: po dwóch latach zapada wyrok w głośnej sprawie bójki zakończonej strzelaniną pod hotelem Polonia. Jeszcze nieprawomocny.

Czerń z nagłówków

Nie jest tak, że w mieście w latach dziewięćdziesiątych i konkretnie w feralnym ’97 nie dzieją się żadne pozytywne rzeczy. Kilka lat wcześniej powstaje wysypisko śmieci, wcześniej Nowa Sól swojego nie miała. Mimo że w marcu ’97 dziennikarka Iwona Rynkiewicz rozbrajająco szczerze pisze w tekście o Fundacji Pomocy Rodzinie: „Wszyscy doskonale wiemy, że w Nowej Soli jest sporo rodzin patologicznych i ogólna bieda”, to widzi światełko w tunelu: „Istnieją jednak organizacje społeczne i charytatywne, które pomagają tym rodzinom, a także zajmują się resocjalizacją trudnej w wychowywaniu młodzieży”. W tym stara się też pomagać ówczesny urząd miasta. Stowarzyszenie handlowców i prezydenci w maju przecinają również wstęgę na otwarciu nowej siedziby Manhattanu, który dla nowosolskich kupców i klientów staje się centrum sprzedawania i kupowania. Rozpoczyna się też kapitalny remont wiaduktu nad przejazdem kolejowym przy ulicy Staszica. Trwa kluczowa inwestycja – budowa oczyszczalni ścieków. Ludzie zbierają się na wydarzeniach kulturalnych, sportowych.

Ale z nagłówków przebija głównie czerń. One obrazują skalę problemów społecznych w ówczesnej Nowej Soli. Można je było dostrzec gołym okiem, wychodząc na ulice. I takie miasto – przeorane przez komunizm, poobijane transformacją, ze złą sławą i mglistymi widokami na przyszłość – musi stawić czoło powodzi.

A wielka woda jest coraz bliżej.

Święty Florian

Od czasu nadania Nowej Soli praw miejskich w 1743 roku Odra cały czas przewija się w jej symbolice. „W pierwszym herbie rzeka z charakterystyczną łodzią żaglową ze sternikiem znalazła się w dolnym polu tarczy herbowej. Herb w tej wersji na przestrzeni stuleci ulegał kilka razy modyfikacjom i używany był do 1945 roku” – czytam w publikacji Muzeum Miejskiego „Historia płynie jak Odra – rzeka w dziejach Nowej Soli”.

Po wojnie miasto przejmuje polska administracja. Herb ulega modyfikacji. „Zmiany dotyczyły głównie górnego pola tarczy herbowej, w której pruski orzeł królewski próbowano zastąpić polską symboliką heraldyczną, czyli orłem białym lub czarnym (piastowskim). Ostatecznie w 1962 roku uchwalono nowy symbol miasta. Także w nim nawiązano do nadodrzańskiego położenia i historii miasta. W polu tarczy herbowej umieszczono rzekę, a na niej płynącą barkę z beczkami soli i sternikiem. Nad nimi natomiast czarny orzeł Piastów śląskich” – piszą historycy. Ten herb obowiązuje do dziś. Ponowne umocowanie prawne następuje uchwałą rady miejskiej w 2002. Rzeka jest też na oficjalnym logo miasta.

Powodzie

Powodzie nie odpuszczają Nowej Soli i okolicy od wieków. W publikacji nowosolskiego muzeum „Wielka woda. Powódź w Nowej Soli w 1997 roku”, w której są teksty Haliny Wojewódzkiej, Roberta Dąbrowskiego i Tomasza Andrzejewskiego, czytam, że „w połowie XIII wieku nękały tereny nadodrzańskie najazdy Tatarów i kiedy dotarły pod Wrocław, to wielkie rozlewiska wód powodziowych otaczających miasto uniemożliwiły najeźdźcom jego zdobycie”.

Dramatyczny jest dla Nowej Soli rok 1565: woda niszczy pierwszą warzelnię soli w mieście. 18 lat później Odra po powodzi zmienia swój bieg pod Głogowem. Z kolei w 1736 mamy wielką powódź na Śląsku. „W Nowej Soli znalazły się pod wodą tereny dawnej warzelni oraz Stare Żabno i Koserz. Skutkiem powodzi była fala wielkiego głodu, która rok później nawiedziła tereny nadodrzańskie. W podziękowaniu za ocalenie mieszkańcy Nowej Soli ufundowali pomniki św. Jana Nepomucena i św. Floriana” – podkreślają w muzeum. Florian, patron między innymi strażaków, w mieście jest zwrócony ku rzece. Pilnuje jej. Nie obraża się nawet na radnych, którzy w styczniu 1997, niespełna pół roku przed powodzią stulecia, w tajnym głosowaniu stwierdzają, że nie chcą, by został patronem miasta.

Kolejną wielką powódź w regionie historycy datują na 1866 rok. Później, w 1903, podtapia część miasta, choćby plac Floriana, Szkolną, Szeroką. Poziom wody: 657 centymetrów. Wtedy w okolicach portu zaczyna się budowa nowych wałów.

Daty kolejnych niszczycielskich wód w XX wieku: 1930, 1940, 1947 (zimowa powódź uszkadza tymczasowy drewniany most na Odrze), 1960, 1970, 1972, 1977, 1987 – w styczniu tego roku „wielki zator lodowy natarł na wał przeciwpowodziowy w Nowej Soli, zniszczył go, a woda zalała ogrody działkowe przy ulicy Wodnej”.

W końcu 1997 rok, lipiec. Niektórzy nazywają tę powódź „powodzią tysiąclecia”. Fala kulminacyjna w mieście ma 683 centymetry.

Z publikacji Muzeum Miejskiego dotyczącej powodzi ’97:

„Ustalono, że już czerwcowe obfite deszcze w dorzeczu Odry spowodowały całkowite wysycenie ziemi wodą. Stąd woda z lipcowych opadów nie mogła zostać w żadnej części wchłonięta przez glebę, ściółkę i runo w lasach. Ułatwiło to bardzo szybki spływ lipcowych wód opadowych.

W lipcu nad Polskę południową nadciągnęły z południa masy zwrotnikowego, bardzo rozgrzanego i wilgotnego powietrza, które napotkały na zachodzie kraju napływające chłodne powietrze polarnomorskie. Spowodowało to wytworzenie się chmur deszczowych, które zalały gwałtownymi, nawalnymi opadami Sudety, Beskidy i niziny.

Odra oraz jej dopływy otrzymały olbrzymią dawkę wody. Gwałtowne opady z początku lipca spowodowały zjawisko powodzi w górach i na pogórzu oraz gwałtowny spływ mas wód do Odry. Powódź w górach zawsze ma charakter gwałtowny. Sama Odra w swym górnym biegu początkowo również jest rzeką górską i podlega tym samym zasadom. Znaczne nachylenie terenu powoduje bardzo szybki, niszczący spływ wody.

Inaczej wygląda powódź na nizinach. Tam poziom wód podnosi się wolniej, a spływ fali kulminacyjnej trwa znacznie dłużej niż w górach. Dlatego w lipcu 1997 roku na terenach górskich i pogórzu wszyscy zostali zaskoczeni rozmiarami powodzi. Nikt nie zdołał przygotować się na jej impet. Nizinne służby z początku nie wierzyły, że opady w Sudetach były tak wielkie – aż 600 procent normy – i nie spodziewano się zagrożenia powodzią. Opady w Raciborzu osiągnęły poziom 251 milimetrów w pierwszej dekadzie lipca, co stanowiło 989 procent normy.

Sytuację pogorszył również fakt, że w Czechach i w Polsce spuszczono w tym samym czasie do Odry wodę z przepełnionych zbiorników retencyjnych. Opady po stronie południowej Sudetów były nie mniej gwałtowne i obfite jak te, które spadły na stoki północne w Polsce”.

Konsekwencje tej powodzi są potworne. Nie chodzi tylko o materialne szkody: zniszczone domy, drogi, sklepy, cmentarze, zalane pola, chemikalia zalanych fabryk w rzece. Zresztą później „jednostki wojsk chemicznych i straży pożarnych z Austrii i Danii wypompowywały wodę, odkażały piwnice, studnie, uzdatniały wodę do picia”. Wielka woda zabija. „W czeskiej części dorzecza Odry w wyniku powodzi zginęło 20 osób, w Polsce poniosły śmierć 54 osoby. Na terytorium Polski konieczna była ewakuacja ponad 106 tysięcy osób, zalaniu uległo 47 tysięcy mieszkań i budynków gospodarczych, pod wodą znalazło się 465 tysięcy użytków rolnych. W Republice Czeskiej w dorzeczu Odry ewakuowano 35 tysięcy osób, zniszczeniu uległo 320 domów i ponad 5 tysięcy mieszkań”.

W powiecie nowosolskim całkowicie zalewa Starą Wieś. Woda wdziera się też choćby do Nowej Soli, Przyborowa, Stanów, Kiełcza czy Bytomia Odrzańskiego.

Dlaczego piszę książkę o powodzi

W tym roku „Tygodnik Krąg” obchodzi 30-lecie. Obiecaliśmy, że będą niespodzianki i ta książka jest jedną z nich.

Rok temu, w lipcu, w 24. rocznicę powodzi stulecia albo – i tak ją nazywają – powodzi tysiąclecia, media ponownie publikowały zdjęcia z zalanych miast i wsi. Pokazywały skalę zniszczeń w wielu mniejszych i większych miejscowościach. Zacząłem szukać fotografii z Nowej Soli i powiatu nowosolskiego. Później archiwalnych filmów, których trochę jest. Widząc wodę na ulicach miasta i zalaną Starą Wieś, zrozumiałem skalę tej opowieści. Zastanawiałem się, jak ludzie musieli się wtedy tej Odry bać. Strach rósł z dnia na dzień, gdy oglądali obrazki Wrocławia czy Opola pod wodą. Niszczyła wszystko po drodze. Ale rzucili rzece wyzwanie.

Warto, by w 25. rocznicę powodzi powstała na jej temat książka, która opowiedziałaby o tym dramacie z różnych perspektyw. Tak sobie wtedy pomyślałem. I postanowiłem ją napisać.

Przede wszystkim po to, żeby została na przyszłość. Chciałem oddać głos bohaterom wydarzeń pamiętnego lipca 1997, bo to jedna z najważniejszych dat w najnowszej historii Nowej Soli i nie tylko. Nasze miasto obroniło się jako pierwsze z większych na odrzańskim szlaku. Na tyle, na ile się dało. Podczas rozmów z tymi, którzy pracowali na wałach, nie brakowało wzruszeń.

Ale „Rzeka ma zawsze rację” nie jest „tylko” o powodzi ’97. Staram się w tej książce opowiedzieć także o tym, co zmieniło się na linii Odra – najbliższa okolica i jej mieszkańcy w ciągu 25 lat.

Pytam ludzi, jaka naprawdę jest ta rzeka, co dla nich znaczy. Czy jest przekleństwem, czy błogosławieństwem. To zbiór reportaży, a w zasadzie jeden duży reportaż o strachu, stracie, porażce, ale jednocześnie o heroicznej walce, nadziei i zwycięstwie. A może i o polskiej transformacji? Przynajmniej chciałbym, żeby tak było, ale Państwo to ocenią lepiej. Mam nadzieję, że książka jest uniwersalna, bo opowiada o relacji rzeka – miasto i liczę, że będzie czytelna również dla kogoś, kto mieszka choćby w Drohiczynie, Wyszkowie czy we Włodawie nad Bugiem. Albo w Solcu Kujawskim nad Wisłą. Jeśli ktoś stamtąd chciałby po nią sięgnąć.

Chcę ją opublikować w lipcu. W najbliższych numerach „TK” będziemy drukować kolejne fragmenty „Rzeki…”.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content