Dramat Starej Wsi

25. rocznica powodzi tysiąclecia. „Trzeba było trochę z tego żartować, opowiadać kawały, żeby rozbrajać sytuację i nie wysiąść psychicznie. Mąż powiedział, żebym nie narzekała, bo w końcu zabrał mnie do Wenecji w spóźnioną podróż poślubną. A w zasadzie Wenecja sama do nas przypłynęła”

Kinga Kowalewska-Koziarska, właścicielka winnicy w Starej Wsi: – Pamiętam też inną powódź. Z lat osiemdziesiątych, zimową. Stan wody praktycznie identyczny jak ten w 1997 roku. Byłam dzieckiem i zapamiętałam, jak Odra wyła. Coś strasznego. Wtedy zima była zimą, lód – lodem i pękały tafle. Woda podnosiła się, wchodziła między drzewa i łamała się o nie. Głuchy jęk. Faceci chodzili z pochodniami i patrzyli na stan wody. Musieli trzymać rękę na pulsie, żeby wiedzieć, czy musimy się już ewakuować. Dlatego początkowo podczas powodzi stulecia byliśmy we wsi przekonani, że damy radę. Ale straszenie w telewizji sprawiło, że każdy z nas widział ścianę wody, która na nas idzie. Nakręcaliśmy się. Meble wynieśliśmy na górę. Widzi pan ten kredens? Od powodzi ma pękniętą szybkę. Mama nie chciała tego naprawiać. Na nasz sklepik wnieśliśmy byliny. Tyle, ile mogliśmy. Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie uratować krzewów, które rosną, to przynajmniej one będą jakimś matecznikiem. Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. Znajomy przyjechał transportowym autem i wziął na swoją działkę trochę naszego materiału. Dbał o niego sam przez prawie miesiąc.

Ludzie w takich momentach pokazują, jacy są naprawdę.

Nami w ‘97 zaopiekowali się znajomi z Zielonej Góry. Znajomi, nie rodzina, co też jest znamienne. Zamieszkałam przy ulicy Zawadzkiego „Zośki”, a moi rodzice przy Batorego. Zabraliśmy ze sobą nasze dwa duże psy: Sabę i Atamana. Sama czułam się jak bezpański pies, mimo że do domu miałam niespełna 30 km. Trudne doświadczenie bezdomności. Powrót do Starej Wsi był moim jedynym marzeniem. Czułam bezsilność, bo nie mogłam nic zrobić. Gdy obserwuję dziś Ukrainki, które z dziećmi muszą uciekać przed wojną, myślę, że czują podobnie. Chociaż nie da się porównać naszych sytuacji, ich jest dużo bardziej tragiczna. Nam natura zabierała domy, a ich mordują Rosjanie. Ale to też jest strata. I jak się w tym odnaleźć?

(…)

Powódź pokazała, że człowiek szybko potrafi przystosować się do każdej sytuacji, co czasem jest dość absurdalne. Momentalnie pojawiły się mniejsze lub większe łódki, pontony. Tak po prostu. Nagle znalazła się stara omega, która robiła za autobus. Nazwaliśmy ją Powsinoga. Nawet na prześcieradle namalowałam psa, miała taką flagę. Łodzią przywozili jedzenie: konserwy, chleb. I rachunki, od nich nie uciekniesz. Mężczyźni wiosłowali do Nowej Soli 40 minut, bo nie mogli płynąć po linii prostej, tylko musieli wytyczyć szlak pomiędzy ogrodzeniami, murkami. Woda pokazuje, gdzie są górki i pagórki, których normalnie nie widzisz.

Mnie nie było w domu cztery dni. Dwa przesiedzieliśmy w Zielonej Górze. Mama dłużej, u przyjaciółki zajęła się myciem okien. Tata zadzwonił do mnie i powiedział, że musi coś zrobić, dłużej nie wysiedzi. Wsiedliśmy do busa, pojechaliśmy do sztabu w „Spożywczaku”. Przespałam tam dwie doby. Tata stwierdził, że będzie pomagał swoim ze Starej Wsi. Autem woził ludzi, krowy, świnie, meble. Kobietom załatwiał podpaski. Dopiero wieczorem wracał do Zielonej Góry. Ja pomagałam w szkole przy rozładunku darów. To mi pomagało. Potem dobrze spało mi się pod szkolną ławką.

Stara Wieś w lipcu 1997 r.

Port w Nowej Soli, godzina 10.00. Panowie podpłynęli omegą. Tata do niej wsiadł, po czym na chwilę wysiadł, ale zobaczyłam, że na desce leży klucz do naszego domu. Wzięłam go, wsiadłam do łódki i popłynęliśmy bez niego. Krzyknęłam tylko: „Tato, będę pierwsza, a wy przyjedziecie następnym kursem!”. Ale był na mnie zły, że jadę sama. Stwierdziłam, że dłużej już nie wytrzymam. „Ja chcę do domu!”, jak mała dziewczynka. Gdy dopłynęliśmy, zobaczyłam w wodzie dwie wielkie puchy po jakichś chemikaliach. Jedną postawiłam na schodach. Wtedy okazało się, że ludzie trzymają we wsi różne sprzęty, których nie powinni mieć, np. kusze. Mamy jedną z najwyżej położonych posesji we wsi i woda była do drugiego stopnia od góry. Drżąc, przekręciłam klucz w drzwiach. Otworzyłam i poczułam ulgę, bo nie weszła do domu. Byłam szczęśliwa. Rodzice przypłynęli wieczorem. Najpierw na mnie nawrzeszczeli, ale szybko im przeszło. Otworzyliśmy drzwi na taras, wyszły psy, obwąchały okolicę. Wyobraża pan sobie, że póki wokół był wysoki stan i nie było widać kawałka gruntu, żaden pies nie szczekał i w ogóle nie śpiewały ptaki? Całkowita cisza. Saba i Ataman zaczęli szczekać, jak woda troszkę zeszła i pojawił się kawałek ziemi. Kot w czasie powodzi musiał sobie radzić sam, bo wcześniej nam uciekł. Dał radę. Jak otworzyliśmy drzwi, było jedno wielkie miauczenie. Nad drzewami widziałam mnóstwo wielkich komarów. Wyglądały jak znaki dymne, które robią Indianie. Aż ruszały się od nich drzewa.

Mama się załamała. To ją diametralnie zmieniło już do końca życia. Nigdy nie odzyskała pierwotnej charyzmy. Tak jakby coś w niej zgasło. Nie mogła wtedy podjąć żadnej racjonalnej decyzji. Stała na środku podwórka i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wtedy się poddała. Czy rozmawialiśmy z nią o tym później? O takich rzeczach nie trzeba rozmawiać. To się widzi. Przecież obserwujesz w domu najbliższą osobę i widzisz, jak ona się zmienia. Później walczyła, podnieśliśmy się z kolan, ale to w niej zostało. Z tatą musieliśmy przejąć inicjatywę.

W wodzie żyliśmy sześć tygodni. Wszystko dookoła było suche, ale Stara Wieś pływała nadal. Musieli wysadzić drogę pod most, żeby znalazła ujście. Nauczyliśmy się z nią funkcjonować. Nabraliśmy do tego dystansu. Musieliśmy nauczyć się z tym żyć. Nikt nie lamentował. Mama dalej myła okna, tyle że już u nas. Potrafiliśmy rozpoznać, kto płynie, po tym, jak woda odbijała się o budynek. Czasami przypływali policjanci, piliśmy kawę. Od powodzi zaczęłam obchodzić imieniny – 24 lipca, Kingi. Nigdy tego nie robiłam. Jest pukanie do drzwi, my z mamą same w domu, bo tata wypłynął rano, żeby ratować świat, a Zbyszek i inni sąsiedzi przychodzą i mówią: „Kinga, masz dzisiaj imieniny, chcieliśmy ci dać kwiaty!”. Dali mi też ogromnego karpia, który pewnie uciekł gdzieś spod Bytomia Odrzańskiego.

Tylko dziennikarze nas wkurzali. I dziennikarki. Jedna zapytała chłopaków: „No i jak sobie radzicie?”. A oni: „W porządku. Ale proszę nie wkładać ręki do wody, bo sąsiadowi uciekł aligator!”.

Najgorzej było po, jak woda już zeszła. Zobaczyliśmy skalę zniszczeń. Do tego okropny smród. Jak byłam w jakiejś sprawie w Nowej Soli i wracałam do wsi, uderzał mnie odór zgnilizny. Wyjechałam po coś do Głogowa, zaszłam do chrzestnego i on spytał, czy nie chcę przypadkiem się wykąpać. Powiedziałam, że przecież się kąpałam. Kiedy wróciłam, uświadomiłam sobie, o co mu chodziło. Byliśmy tak przesiąknięci tym zapachem, że nawet go na sobie nie czuliśmy. Pokazało się mnóstwo mułu, pognitych roślin. Wszystko trzeba było wyczyścić: od chodnika, przez krawężnik, po ogrodzenia. Szczotkami ryżowymi ludzie czyścili oczka w siatkach, bo wszystko było pozaklejane.

Pejzaż wyglądał tak, jakby ogarnęła go nie woda, a ogień. Był czarny, popalony.

Nowa Sól by zniknęła”

– Dlaczego starałam się jak najprędzej wrócić? Bo jak przerwało u nas wał i zaczęły wyć syreny strażackie – mieszkanka Starej Wsi Małgorzata Bińkowska usiłuje nie płakać – ludzie w Przyborowie czy Siedlisku, którzy uciekli tam przed wodą, nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się z ich domami. Nie mogłam znieść przekazu w mediach, bo on się kłócił z tym, co przekazywali sąsiedzi na miejscu. Zupełnie sprzeczne informacje. Pokazywali w telewizji działki na Południowej, gdzie altanki były zalane po sam dach, mówiąc, że tak wygląda sytuacja w Starej Wsi. To mnie bolało. Niektóre domy stały puste i ludzie się o nie bali. Chcieliśmy tylko rzetelnej informacji. Wiedziałam, że muszę wrócić i zobaczyć to wszystko na własne oczy, bo dostanę na głowę.

Do Starej Wsi wróciłem po kilku tygodniach, żeby spotkać się z Jerzym Bińkowskim i jego żoną. Przy bramce wita mnie Lara, duża, przyjazna suczka. Jerzy jest sołtysem, przed ich posesją lśni tabliczka, która to komunikuje. Ona pochodzi z Przyborowa, on z Siedliska. Mieszkają w Starej Wsi od 1991 r. Cenią sobie tutejszy spokój i ciszę.

Gdy w ‘97 było praktycznie pewne, że Odra wyleje, Jerzy został na miejscu. Małgorzata: – Studiowałam wtedy wychowanie techniczne. Akurat zaliczyłam najtrudniejszy egzamin z technologii drewna i myślałam, że to będzie szczęśliwy dzień. Sądziłam, że już nikt i nic nie może mi go zepsuć. Ale w piątek dostaliśmy informację, że o godz. 16.00 jest zebranie w świetlicy wiejskiej. Piękny czar prysł. Powiedzieli, że mamy zabezpieczyć swój dobytek i powinniśmy szybko się ewakuować, bo wody będzie po dachy.

Jerzy: – Mówili, że zaleje wieś na trzy metry. Gdyby tak się stało, Nowa Sól by zniknęła.

Małgorzata: – Dodali, że ci, którzy mają strych na tej wysokości, mogą jeszcze zostać.

Jerzy: – Nie do końca w to wszystko wierzyliśmy, ale jednocześnie widzieliśmy, co się dzieje we Wrocławiu. Bo po Raciborzu i Kłodzku wydawało nam się, że tam się dzieje tragedia, bo to są górskie tereny i rwą tam potoki. Tak, po Wrocławiu zdawaliśmy sobie sprawę, że już nie ma żartów. Wróciłem po zebraniu i mierzyłem, jaka jest wysokość naszego domu. Stoi na podwyższeniu, wyszło trzy i pół metra i podjąłem decyzję, że zostaję. Ludzie wywozili swoje zwierzęta. Dostaliśmy wywrotkę piasku i tylko 200 worków, żeby uzupełnić wał. Andrzej Balinowski zorganizował więcej i na zakręcie, gdzie teraz jest przystań, robiliśmy kolejne zabezpieczenia. Łącznie położyliśmy jakieś 2 tys. worków. Przyjeżdżali nam pomagać ludzie ze Starego Żabna. Brakowało jednak żołnierzy – decydenci powinni wtedy rzucić do nas więcej sił.

Małgorzata: – Ci ludzie ze Starego Żabna przyjeżdżali nie po to, żeby sobie popatrzeć na sensację, tylko naprawdę realnie pomagali. W poniedziałek po południu wyjechałam z naszą 5-letnią córką Eweliną do teściów do Siedliska. Psa też wzięłyśmy ze sobą, mieliśmy takiego dużego owczarka. Był podobny do tego, który leży teraz pod pana nogami. Nadal myślałam, że to Przyborów popłynie – tam do wału brakowało metra wody, z kolei u nas było jej do połowy.

Jerzy: – Patrzyliśmy z sąsiadami na Odrę, jak zaczyna przybierać. Zalało nas już 15 lipca, dzień przed falą kulminacyjną. Była 19.00 z hakiem. Świeciło słońce, siedzieliśmy przy wale koło dzisiejszej przystani, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy. Dostrzegliśmy, że rzeka nieco opada. Pierwsza reakcja? Że pewnie przerwało wał w Przyborowie. Dopiero po jakimś czasie zauważyliśmy, że to u nas, 200-300 metrów dalej, przelewa się woda. Pobiegliśmy w to miejsce, ale wyrwa miała już pięć metrów. Szybko rzucaliśmy worki na taczkę i biegliśmy na wał, żeby to jakoś ratować. Jeden facet w adrenalinie wziął dwa worki wypełnione piaskiem. Normalnie by tego nie uniósł. Nie dało rady już tego zasypać. Do tej pory mam dreszcze, jak o tym mówię. Widzieliśmy już w przeszłości, co potrafi zrobić woda, dlatego nie ukrywam: na początku się przestraszyliśmy, wpadliśmy w panikę, wsiedliśmy na ciągnik i daliśmy nogę. Potem trochę ochłonęliśmy i wróciliśmy do domów. Woda płynęła nadal, po godzinie wyszliśmy na podwórko. Mieliśmy wrażenie, że już nic gorszego się u nas nie wydarzy, bo wydawało nam się, że teraz płynie bardziej na ul. Łąkową na Starym Żabnie i do Kiełcza.

Nic szczególnego się nie działo, dlatego w kilku mężczyzn spotkaliśmy się pod sklepem. Wyłączyli nam prąd, a właściciel miał całą zamrażarkę lodów. Czyli woda płynie, jesteśmy w szoku i nie do końca wiemy, co się dzieje, co będzie dalej, ale siedzimy w 17 chłopa i jemy lody. A potem jedna, druga flaszka.

Małgorzata: – Zostawić mężczyzn samych w domu…

Jerzy: – Trochę podrinkowaliśmy. Mniej więcej o północy poszliśmy z kuzynem żony do domu. Byliśmy przekonani, że nie będzie źle. Ale wstaliśmy rano i we wsi mieliśmy jeden wielki basen. Nasze podwórko było zalane, woda buzowała, gotowała się i w końcu weszła do mieszkania. Mieliśmy jej ponad pół metra. Tylko że to nie był koniec, bo fala kulminacyjna przyszła 16 lipca około 23.00. Nagle zrobiło się takie ciśnienie, że aż ściskało głowę. Dodatkowo zaczął padać silny deszcz. We wsi było jakieś półtora metra wody, ale po kulminacji nie przybyło jej więcej. W czwartek albo piątek wzięliśmy szpadle i przekopaliśmy metr wału, wtedy zaczęła schodzić. Dużo pomagali nam Duńczycy. Nie można było spać, bo ich pompy chodziły głośno, przez tydzień pracowały cały czas, żeby wypompować wodę, dzięki temu później mieliśmy już dojazd ze wsi do miasta przez Stare Żabno. W samej Starej Wsi stała z trzy tygodnie.

To miejsce

Małgorzata: – Moja mama mieszka tu od dziecka i opowiadała, że w tym drugim miejscu, w którym przerwało wał, było kiedyś takie bajorko, bagno, które się zapadło. Prawdopodobnie woda w nocy nadeszła stamtąd. Zresztą podczas wiosennych roztopów najszybciej dostawała się do wsi właśnie z tamtego miejsca.

Jerzy: – W 2010 r., podczas kolejnej wielkiej powodzi, wał był już zrobiony, pilnowaliśmy tego bagna i we wsi powstały tylko podsiąki, a nie regularny potop.

Małgorzata: – Druga wersja była taka, że wysadzili wał*.

Jerzy: – Niczego nie wysadzili. Przecież słyszelibyśmy z chłopakami wybuch. Chociaż z drugiej strony obok nas stał wtedy włączony traktor. Sąsiad bał się, że jak go zgasi, to później już nie zapali. Cały czas dość głośno pracował, ale i tak nie zagłuszyłby wybuchu. Po drugie, po co wysadzać wał akurat w tym miejscu? Można to było zrobić dalej od wsi, żeby nie zalało domów.

Inni istnieją

Jerzy: – Niektórzy brali na dach krzesło, parasolkę i tak siedzieli. A co mieli robić? Spotykaliśmy się czasem m.in. u sołtysa Zdzicha Pietrzaka. Kolega miał rodziców przy Cichej, to płynęliśmy do miasta się rozejrzeć. A jakie ryby były wielkie! Czasami ruszaliśmy do sklepu, innym razem do sadu, bo był lipiec i papierówki. Wyciągaliśmy je z wody i jedliśmy.

Małgorzata: – Trzeba było trochę z tego żartować, opowiadać sobie kawały, żeby rozbrajać tę sytuację i nie wysiąść psychicznie. Mąż pewnego dnia powiedział mi, żebym nie narzekała, bo w końcu zabrał mnie do Wenecji w spóźnioną podróż poślubną. A w zasadzie Wenecja sama do nas przypłynęła.

Do Starej Wsi wróciłam po niespełna tygodniu od zalania, Ewelinka została jeszcze u babci, choć też chciała wracać już do domu. Pamiętam, że wyszłyśmy na górkę w Siedlisku, był jeden smród i spytałam, czy na pewno chce wrocić do takiego śmierdzącego domu. Odpowiedziała: „Nie, mamusiu, to ja zostanę jeszcze z babcią”. Jak przyjechała do Starej Wsi we wrześniu, w domu mieliśmy jeden wielki piach i ucieszyła się, że ma wreszcie piaskownicę pod dachem.

Doglądałam posesji sąsiadów. To byli wiekowi ludzie i musieli wyjechać ze wsi. W ogóle to był czas, kiedy sąsiedzi sobie pomagali. Ktoś ugotował gar zupy, krzyczał, że ma jedzenie, ktoś inny wsiadał w łódkę i do niego płynął. Gdy jechałam do Nowej Soli na zakupy, kupowałam więcej chleba. I znowu krzyczałam: kto potrzebuje bochenka?!

Jerzy: – Pytaliśmy też: jesteście, żyjecie?! Trzeba było o siebie dbać, pogodzić się z tym, co się stało.

Małgorzata: – W pewnym sensie powódź scementowała relacje między sąsiadami. Ludzie na nowo dostrzegli, że inni istnieją.

Boże Narodzenie

Małgorzata: – Co później? Do mieszkańców przychodziły panie z poradni psychologicznej w Nowej Soli. Do tych, którzy chcieli skorzystać z takiej porady. Zaczęło się otwieranie okien, osuszanie, zrywanie drewnianych podłóg, kucie, remontowanie. Prądu nie było długo, kilka tygodni. Na drugi rok ludzie obsiali swoje pola. Staraliśmy się o kredyt powodziowy i wcale nie tak łatwo było go dostać. Wnioskowaliśmy o 25 tys. zł. Pierwszą transzę dostaliśmy w połowie września. Ludzie w banku mówili, że na pewno dostaniemy, a wcześniej możemy przecież pożyczyć. Tylko od kogo, jak dookoła ludzie mają zalane domy i też potrzebują pieniędzy? We wsi były nerwy z tego powodu. Z gminy dostaliśmy tonę węgla na osuszanie, z pomocy rządowej – tysiąc złotych. Tysiąc również z Caritasu, pomogli nam też Duńczycy, którzy dali 5 tys. Widzieli, że u nas nie ma podłóg i za te pieniądze zrobiliśmy posadzki. Później dostaliśmy dwie kolejne transze kredytu, ale za każdym razem mieliśmy tylko dwa tygodnie, żeby rozliczyć się z fakturami. To absurd! Mnóstwo ludzi kupowało rzeczy potrzebne do remontu i ich brakowało, trzeba było czekać na materiały. Bywało tak, że płaciliśmy za jakiś towar od razu, bo trzeba było mieć na to papier, a materiały przychodziły później. Ta pomoc ludzi poróżniła, bo podobną dostawali ci, których domy były zalane bardzo wysoko, i ci, którzy mieli zalany garaż.

Jestem nauczycielką, pracowałam w „Nitkach”, które też zalało. Z pracy w syfie wracałam do domu w syfie. Miałam chwile zwątpienia. W jedną z listopadowych niedziel usiadłam na schodach i rozpłakałam się.

Jerzy: – Po powodzi mówili, że postawią nam domki przy Ciepielowskiej w Nowej Soli, a Stara Wieś będzie terenem zalewowym. Ten pomysł umarł, ale rzeczywiście kilka osób wyprowadziło się do Lubięcina. Z remontem zdążyliśmy na Boże Narodzenie 1997. Dosłownie każda niedziela była robocza. Betoniarki chodziły cały czas. Jeszcze tydzień przed Wigilią lakierowaliśmy podłogi.

Małgorzata: – Bardzo chcieliśmy, żeby święta odbyły się już u nas. W grudniu w całej wiosce było czuć takie ciepło, radość, że nadchodzi jakaś normalność, że święta będzie można spędzić rodzinnie. Dla nas to miał być sygnał i symbol: rozpoczynamy nowe życie.

Jerzy: – Zapominamy o powodzi tysiąclecia.

*W poprzednim odcinku naszego cyklu Krzysztof Gonet i Józef Suszyński, w ‘97 prezydent i wiceprezydent Nowej Soli, stanowczo zaprzeczyli, że wał w Starej Wsi został celowo zniszczony.

**Fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi tysiąclecia w Nowej Soli i regionie.

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content