„Powódź tysiąclecia”. 16 lipca mija 25 lat od fali kulminacyjnej w Nowej Soli

„Baliśmy się. Dlatego na wałach często ze sobą nie gadaliśmy. Milczeliśmy i pracowaliśmy”. 16 lipca minie 25 lat od momentu, w którym fala kulminacyjna Odry przeszła przez Nową Sól. Mieszkanki i mieszkańcy wykazali się wtedy heroizmem, który budził podziw w całej Polsce

W nowosolskim magistracie szczycą się systemem robót publicznych. Ludzie z problemami, bezrobotni kierowani są do sprzątania ulic, koszenia trawników, usuwania awarii na miejskich placach zabaw czy do prac rozbiórkowych. Część mieszkańców spłaca w ten sposób długi za niepłacenie czynszu albo odpracowuje miniwyroki. Inni to fachury, przez lata zrobili elewacje w ponad stu budynkach w mieście.

W 1997 roboty publiczne były jednym z kluczowych elementów, które doprowadziły do zwycięstwa Nowej Soli z powodzią. – Wiceprezydent Suszyński powiedział mi, że jak mam kim robić na wałach, to niech robię – wspomina Jerzy Ceglarek, który przez lata odpowiadał za ten pion w urzędzie. – Przedstawiłem mu swoją wizję: mamy ciągniki, worki, zorganizujemy piasek i zaczniemy budowę wałów od basenu portowego. Ci ludzie nie potrzebowali żadnego instruktażu. Wiedzieli, jak przewiązać worki, żeby piach się nie wysypał. A to wbrew pozorom nie jest takie łatwe.

Słyszeliśmy, że może do nas przyjść siedmiometrowa fala. Geodezyjnie zmierzyliśmy nasze brzegi i okazało się, że woda będzie się przelewać. Worki zaczęliśmy ustawiać od browaru. Była sobota, ludzie spacerowali i dziwili się, co jest grane. Trzeciego-czwartego dnia zaczęły dołączać do nas spontanicznie inne grupy mieszkańców, pracownicy firm. Z kilkoma rzędami worków byliśmy już prawie na wysokości podnoszonego mostu. Poszła informacja, że fala jest spiętrzona, nie rozleje się po drodze po okolicznych polach i sunie w kierunku miasta. Zaczęła się panika. Pracowaliśmy na dwie zmiany – oddelegowałem nocne grupy, które patrolowały sytuację, żeby natychmiast reagowały. To trwało aż do końca.

fot. Muzeum Miejskie w Nowej Soli

Sam spędziłem nad Odrą kilka nocy. Baliśmy się. Dlatego na wałach często ze sobą nie gadaliśmy. Milczeliśmy i pracowaliśmy.

Kowboje

– Budowaliśmy już umocnienia na wysokości Harcerskiej Górki i wtedy do prac włączyły się grupy hardkorowców – uśmiecha się Ceglarek. – Choćby kowboje z Wesołej i okolic, które trudno było bezpiecznie przejść pieszo.

Tuż po powodzi na łamach „Wyborczej mówił tak: – Spisywałem wszystkich. Miałem pod sobą z tysiąc młodzieży: punków, skinów. Nie spali trzy dni. Wytrzymali i wygrali.

Dzisiaj są już starszymi mężczyznami. – Bardzo nam pomogli, byli niesamowici – podkreśla Jerzy Ceglarek. – Ktokolwiek pytał mnie później o powódź – czy to podczas uroczystości rocznicowych, czy w telewizji – zawsze podkreślałem ich rolę. Okej, może i byli po piwie albo dwóch, ale uczciwie pracowali. Było ich mnóstwo. Atmosfera niesamowita, pełna życzliwość. Do dziś wśród tych ludzi mam przyjaciół. Gdy ich widzę, ściągam czapkę z głowy. Jedni jeszcze bardziej się później zagubili przez ćpanie, wódkę i do dziś nie są w stanie się pozbierać, ale inni wyszli na prostą. Wielu z nich. Niektórzy potem dorobili się na pracy w Niemczech i jeżdżą teraz niezłymi furami.

„Solidarność” ’80 to był pikuś. ’97 w Nowej Soli to była dopiero międzyludzka solidarność – ocenia Ceglarek. – I międzynarodowa. Piątego dnia przyjechał do mnie Torsten Mette, mój przyjaciel z Senftenbergu, partnerskiego miasta Nowej Soli. Przywiózł ze sobą wywrotkę, koparkę, samochód pełen pontonów. Kiedyś organizowaliśmy razem wyjazdy dla polskich i niemieckich trudnych rodzin, nie zawiódł też podczas powodzi. Niektórzy rodzice byli nam za to wdzięczni i wtedy, w ’97, chcieli się nam odwdzięczyć tą pracą na wałach. Sprzęt od Niemców bardzo nam pomógł.

Kulminacja? Geodeci mi mówią: „Słuchaj, Jurek, na wysokości Harcerskiej Górki i dalej nie powinno się nic wydarzyć, ale połóżcie tam worki”. Położyliśmy aż do Solimpexu i działek. W pewnym momencie wpadliśmy z ludźmi na teren koło browaru, a woda już napływała. Dołożyliśmy do wału kolejne worki, ale okazało się, że płynie już ulicą. Najważniejsze, że nie było bezpośredniego napływu z kanału odrzańskiego.

Ponad milion

Wieloletni szef robót publicznych w mieście szacuje, że nowosolanie podczas powodzi stulecia przygotowali ponad milion worków z piaskiem: – W ramach samych robót zrobiliśmy ich ponad czterysta tysięcy. Jak jest akcja, w której uczestniczy dwustu-trzystu ludzi, takie układanie wałów idzie szybko. Ta powódź przypomniała mi jedną rzecz: w naszym kraju łączymy się przede wszystkim wtedy, gdy czyha na nas niebezpieczeństwo. Tacy są Polacy. Jesteśmy dziwnym narodem, bo razem potrafimy iść tylko w godzinę „W”. Gorzej jest w czasach pokoju.

Inna niż wszystkie

– Pamięta pan incydent przy Muzealnej z pana udziałem, o którym pisała „Wyborcza”? – pytam Józefa Suszyńskiego, w ’97 wiceprezydenta Nowej Soli, późniejszego starostę powiatu nowosolskiego.

– Trafił się agresywny gość – wspomina Suszyński. – Stał w wodzie, a my weszliśmy na wał, żeby tłumaczyć, dlaczego w tym miejscu go zbudowano. Chodziło o minimalizowanie strat. Wodę tamowano w miejscach ustalonych z geodetami. Ludzie byli zdenerwowani, co było w tej sytuacji zrozumiałe, ale nie byli agresywni, z wyjątkiem postawnego mężczyzny, który rzucił do mnie „co, fajnie jest mieć suche nogi”? – i wciągnął do wody. Nic mi się nie stało. Woda była w tym miejscu na poziomie trzydziestu, może czterdziestu centymetrów. Ludzie wyciszyli faceta. Wkrótce zgodnie z decyzją prezydenta Goneta w tym i w wielu innych wałach zrobiono wyrwy i woda kontrolowanym strumieniem spływała do najniższego punktu, na wysokości dzisiejszej przepompowni przy Ceglanej, gdzie pracowały pompy strażackie i potężne pompy Duńczyków. Zdarzały się sytuacje, w których byliśmy bezsilni. Nie mogliśmy na przykład przekonać działkowiczów z ogródków położonych za torami na Starym Żabnie, żeby nie blokowali przepustu pod torem kolejowym. Poza tym w tej dzielnicy mieszkańcy sami się zorganizowali i tak sensownie prowadzili akcję, że my tylko przyjmowaliśmy meldunki i dostarczaliśmy worki. Pamiętam, że ludzie ratowali wtedy to, co mieli, do ostatniej chwili. W pobliżu działek za cmentarzem zabraliśmy do auta mężczyzn z workami ogórków, żeby nie stała im się krzywda, bo już dopadała ich fala.

Nam się wydawało, że dzięki Bogu i nowosolanom udało się uratować miasto. Nowa Sól była pierwszym, które się obroniło. Jednak ci, którym zalało piwnice i działki, mieli inną perspektywę. Oni uważali, że działaliśmy nieudolnie. Nie dało się wszystkiego uratować. Niektóre wały były budowane jeszcze w XIX wieku. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy przyszła bieda po komunizmie, brakowało na wszystko pieniędzy i przestano dbać o wały. Nie było koszenia, zadomowiły się w nich bobry, powrastały tam drzewa.

– Od początku pan sobie zdawał sprawę, że to będzie inna powódź niż wszystkie?

– Wtedy funkcjonował jeszcze zarząd miasta i na początku lipca, podczas posiedzenia, raptem niebo się zaciemniło i lunął obfity deszcz. Do głowy nam nie przyszło, że tak pada dosłownie wszędzie. I że to przyniesie takie skutki. Poszedłem na zaplanowany urlop, ale jak poznałem skutek tego deszczu, czyli zmierzającą do Nowej Soli falę, to sam postanowiłem wrócić do pracy. Zgłosiłem się do prezydenta, że jestem do dyspozycji. Na początku ludzie nie odczuwali tego, że zaczyna się robić coraz goręcej. Chodzili nad Odrę, wypatrywali, jaki jest poziom wody.

Miller w helikopterze

– Czy wał w Starej Wsi został celowo przerwany, żeby ratować Nową Sól? – pytam Krzysztofa Goneta, prezydenta miasta w latach 1990-1998.

– Nie – jego odpowiedź jest stanowcza. – Inna teoria mówi o jakichś wybuchach w okolicach Bobrownik. Bzdury kompletne. W Starej Wsi też nie było żadnego wybuchu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nic o tym nie wiem. Bez mojej wiedzy nic takiego by się nie wydarzyło. Jeżeli ktoś coś usłyszał, to huk przy okazji naturalnego zerwania wału. Nalegałem, żeby zlikwidować inny wał – wzdłuż drogi na Przyborów. Mówiłem wojewodzie: obniżcie ten wał po prawej stronie, bo woda się przez niego piętrzy, a wtedy przeleje się na starorzecze Odry. I tak się stało, rzeczywiście został rozebrany i potem powstała wyrwa w jezdni. Nikt z tego powodu nie ucierpiał. Absolutnie nikt.

Gonet jest inżynierem elektronikiem po Politechnice Wrocławskiej. W lipcu 1997 był członkiem Unii Wolności z czterdziestką na karku. Powódź była dla niego najpoważniejszym sprawdzianem podczas prezydentury. – Komitet przeciwpowodziowy działał już wcześniej – opowiada. – Przewodniczącym był wójt gminy Nowa Sól Michał Ziobrowski. Spotkania zaczęły się mniej więcej dwa tygodnie przed kulminacją. Później Opole było zalane na dwa metry, a we Wrocławiu kajaki pływały po placu Kościuszki i wiedzieliśmy już, że u nas też może być groźnie. W komitecie byli komendanci straży miejskiej i pożarnej, policji, wójtowie i burmistrzowie sąsiednich gmin, szef obrony cywilnej.

Później komitet przeciwpowodziowy dzieli się na dwa. – Zostałem szefem, chyba nieformalnym, miejskiego – mówi Gonet. Wspomina, że do Nowej Soli przyjechał wówczas późniejszy premier Leszek Miller, w ’97 szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji: – Rzucił, że wzbiera Czarna Struga i spytał, czy coś na ten temat wiemy. Polecieliśmy nad rzeczkę helikopterem i rzeczywiście poziom był nieco podniesiony. Mieszkańcy osiedla Konstytucji zaczęli panikować, ale absolutnie nie było zagrożenia.

– Jak pan zapamiętał okres oczekiwania na falę kulminacyjną?

– Czas dużego stresu, który narastał z dnia na dzień. Przypominam sobie pierwszą stronę „Gazety Wyborczej” i fotografię banku przy ulicy Moniuszki – do bramy na wysokości czterech metrów była przyczepiona łódź. Ludzie myśleli, że w razie czego wsiądą do tej łódki i popłyną. W tym banku był skarbiec, ale Bożesława Korczyk-Giza, ówczesna szefowa banku, zapewniała mnie, że nie dostanie się do niego kropla wody. Broniliśmy starej części miasta, bo gdyby woda wdarła się w okolicę „Elektryka”, to byłby koszmar z trzema metrami na ulicach. Wał był od Wróblewskiego, czyli końca kanału portowego, aż do działek daleko za Harcerską Górką. Brakowało dwudziestu centymetrów, żeby woda się przelała, ale udało nam się. Były przesiąki obok mostu podnoszonego.

– Są statystyki, ile worków z piaskiem ułożyli wtedy mieszkańcy? Jerzy Ceglarek mówi, że w całym mieście ponad milion.

– Nie znamy szczegółowych liczb.

– A ilu ludzi brało udział w obronie miasta?

– Mieszkańców nie da się policzyć, pewnie kilka tysięcy. I to było cenne, że przejęli się tą powodzią – dzięki temu miasto ocalało. W urzędzie pracowało około dziewięćdziesięciu osób i każdy był zaangażowany. Przyjechało wojsko i bardzo pomogło. Chociaż na początku nie wiedzieli, co robić, mimo że mieli przecież dowódcę. Po prostu rzucili ich do Nowej Soli. No to im Jurek Ceglarek powiedział, żeby sypali worki.

– Pomagali też Duńczycy, a Austriacy badali wodę.

– W Kiełczu dali mi butelkę tej z powodzi, była przefiltrowana. Wypiłem i żyję.

– Jakie były straty po powodzi?

– Nikt ich tak naprawdę precyzyjnie nie oszacował. Mieliśmy pretensje o to, że na powodzi zyskał na przykład Wrocław, a my z rządowej pomocy nie dostaliśmy praktycznie niczego. W trakcie samej powodzi też nie odczuliśmy wsparcia. Oprócz tego, że przysłali tutaj wojsko i na chwilę przyjechał Miller. Pomagały nam miasta partnerskie. Burmistrz Senftenbergu osobiście był w Nowej Soli. Koniecznie chciał zobaczyć powódź. Powiedziałem, żeby wzięli łódź i popłynęli z nim na działki za cmentarzem. Strasznie biedaka pogryzły komary. Z Püttlingen przyjechał do nas wóz strażacki i wypompowywał wodę z zalanych piwnic. Do tego spontaniczna pomoc: na przykład z centralnej Polski przyjeżdżały transporty z workami.

– Mieszkańcy korzystali z punktu pomocy w szkole podstawowej numer 8?

– Bodaj dwie rodziny. W pewnym momencie przerwało wał w Bobrownikach, fala szła od strony oczyszczalni ścieków i na Pleszówku podstawiliśmy autobusy, ale mało kto wsiadł. Ostatecznie ta dzielnica nie była zalana, woda zatrzymała się na polach w kierunku Modrzycy.

– Pana dom jakoś ucierpiał przez powódź?

– Mieszkam przy Zielonej i u mnie też były podsiąki. Cały parter ewakuowałem, zabezpieczyłem okienka. Raz pracownicy miasta przywieźli piasek i worki w okolicach spółdzielni mieszkaniowej Dozamet. Chciałem wziąć dwa, ale pewna nowosolanka mi zakomunikowała: to są nasze worki, a nie prezydenta! W zabezpieczaniu domu pomagał mi sąsiad, bo sam nie miałem czasu.

– Cały czas był pan w urzędzie?

– W praktyce tak, spędzałem tam noce. To był chyba wieczór kulminacji, jak przyjechała redaktor Wiernikowska. Wpadła do sekretariatu, chciała zrobić wywiad. Powiedziałem, że nie mam czasu i odesłałem ją do pracownika. Nawet nie wiedziałem, kto to jest. Nie przedstawiła się. Po czasie się dowiedziałem, że rozmawiałem ze znaną dziennikarką.

– Patrolował pan wtedy sytuację jeżdżąc po mieście żółtą kolarzówką.

– Prezydent na rowerze – w tamtym czasie to był niecodzienny widok. Tam, gdzie mogłem dojechać samochodem – jechałem, ale do wielu miejsc nie mogłem, bo stała woda. Pojawił się u nas dziennikarz z amerykańskiej gazety i napisał tekst „Żółty rower prezydenta”. Raz zatrzymała mnie policja. Mówię im, że jestem prezydentem, jadę tam i tam, bo jest powódź i muszę. Policjant łączy się z komendą, przekazuje, że tu jest taki obywatel, co mówi, że jest prezydentem i jedzie na żółtym rowerze. Na szczęście mnie przepuścili. Chyba zidentyfikowali mnie po tej kolarzówce.

– Czytałem też, że w lipcu ’97 przeprowadzał pan wojsko mało znanymi ścieżkami jako urodzony nowosolanin.

– Żołnierze chcieli zobaczyć wiadukt kolejowy, gdzie dziś jest strefa przemysłowa. Znaleźli go na mapie i panikowali, że powódź podleje kolej i staną pociągi. Wsiedliśmy do terenówki i ich prowadziłem leśnymi duktami. Stwierdzili, że nie ma żadnego zagrożenia i machnęli ręką. Zresztą od początku im to mówiłem.

– Którą scenę z powodzi szczególnie pan zapamiętał?

– Incydent koło pizzerii przy Zjednoczenia. Budowaliśmy wał, żeby woda nie popłynęła w kierunku poczty i Placu Wyzwolenia, samego centrum, bo droga musiała być przejezdna. To jest zarejestrowane na jednym z filmów: pracownik urzędu Waldek Hoszowski bronił tego wału, bo mieszkańcy chcieli go rozbierać. Jedna z pań zamachnęła się na niego łopatą, ale na szczęście nic złego się nie stało.

Medal

– Można było wtedy, w lipcu, zrobić coś lepiej?

– Mogliśmy mocniej zabezpieczyć miejsce przy browarze. Wtedy woda w ogóle by się nie wdarła. Nie mówię o Starym Żabnie, bo tam wału nie udałoby się zbudować, to jest bardzo długi odcinek z obniżeniem. Zresztą tam nie było jej tak dużo.

– A może to cud, że Nowa Sól się wtedy obroniła?

– Żaden cud, mimo że rzeczywiście byliśmy pierwszym większym miastem, które tego dokonało. Cud nad Wisłą, cud w Nowej Soli… To był wynik zaangażowania mieszkańców, może do tego dopisało nam trochę szczęścia. Cudów nie ma. Chociaż nie wszyscy byli zadowoleni. Pamiętam, jak jedna pani stała w oknie na pierwszym piętrze przy ulicy Zjednoczenia i spytała mnie, kiedy przywieziemy jej chleb. A nie miała wody na ulicy i mogła po ten chleb wyjść sama.

– Jak powinien zachowywać się prezydent w czasie takiego kryzysu?

– Wszyscy mi mówili, że byłem wtedy opanowany, spokojny. Chyba to było kluczowe.

– Po wszystkim dali panu medal.

– Za ofiarność czy coś tam. Powiedziałem, że go nie przyjmę, bo to miasto potrzebuje pomocy, a ja nie potrzebuję odznaczeń. I później rzeczywiście coś Nowa Sól dostała, ale dziś nie pamiętam konkretów. Zaraz po powodzi zrobiliśmy pierwszą koncepcję budowy ściany przeciwpowodziowej. Burmistrz Senftenbergu zaoferował, że będzie pilotował ten projekt. Ale ostatecznie ściana została zrealizowana dopiero w XXI wieku.

*fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” na 25-lecie powodzi z 1997 roku w naszym regionie. Premiera planowana jest na koniec lipca. O szczegółach będziemy informować

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content