Też byłem emigrantem [NAD KUBKIEM HERBATY]

Wraz z żoną Jolantą prowadzi restaurację 7 Życzeń. Oboje lubią serial pod tym tytułem oraz koty. I spełniać życzenia. Lubią też ludzi i pomaganie. To w ich restauracji potrzebujący zimą mogli co niedzielę zjeść nieodpłatnie ciepły posiłek. Ostatnio zaproponowali poniedziałkowe spotkania ukraińskich i polskich mam i ich dzieci. O tych spotkaniach, emigracji, podróżowaniu i szczęściu do ludzi opowiada Grzegorz Kostecki

Dlaczego wymyśliłem polsko-ukraińskie poniedziałki przy herbacie? Chciałem, żeby matki i dzieci ukraińskie i polskie się zintegrowały, żeby przyjezdne mogły uzyskać od miejscowych najpotrzebniejsze informacje i mieć grono znajomych osób w mieście, bo to dla emigrantów ważne. Sam kiedyś byłem emigrantem. Z tym że zarobkowym, a nie uciekającym przed wojną.

Pani Debbie

W tamtych czasach w Polsce padały zakłady. Także mój. Któregoś dnia kierownik mi mówi: Grzesiek, na waszym miejscu nie oglądałbym się na nieznajomość języka, wziął ze sobą słownik i wyjechał do Unii. Ona jest dla was nadzieją.

Posłuchałem tej porady i umiejąc tylko kilka słów po angielsku pojechałem do Walii. 

Przez pół roku mieszkałem w domu wynajmowanym przez agencję. Byli tam Polacy z różnych środowisk, z różnych rejonów kraju. Stłoczeni byliśmy po siedem, osiem osób w pokoju. Spałem w śpiworze na podłodze. Później zacząłem pracę w fajnej firmie rodzinnej. Tam poznałem panią Debbie. Znalazła mi dom, pomogła go wynająć, ogarnąć rachunki, co dla nieznającego języka nie było proste. Po półtora roku ściągnąłem do Walii żonę z dziećmi. Oni też nie znali angielskiego. I rodzina pani Debbie wzięła nas pod skrzydła. Mieszkali po sąsiedzku, po drugiej stronie ulicy. Z żoną pracowaliśmy na zmiany. Pomagali nam. Odbierali nasze dzieci ze szkoły, częstowali obiadem, zabierali wraz ze swoimi na place zabaw i wycieczki. Nasze dzieciaki momentalnie złapały z nimi kontakt, więc naturalnie się integrowały i uczyły języka.

Obecnie mieszkają w Anglii i studiują w Manchesterze. Syn gra w czwartym zespole Manchesteru City. Córka zajmuje się modelingiem. Dzięki ludziom, którzy nam wtedy pomogli, wrośli w tamto przyjazne dla nich miejsce. A z rodziną pani Debbie utrzymujemy kontakt do dziś.

Wiele osób mi pomogło za granicą. I było to dla mnie ogromnie ważne. Dzisiaj staram się wesprzeć tych, dla których Polska i jej język są obce, a muszą się tu odnaleźć. Wiem, jak  ciężko  być  w innym kraju, gdy w domu została reszta rodziny.

Ja wyjechałem początkowo sam, w kraju została moja żona, dzieci. Gdy już sprowadzili się do Anglii, to z kolei moja mama w Polsce przeszła zawał. Pracując na etacie nie mogłem tak po prostu rzucić wszystkiego, wsiąść w samolot i wrócić do kraju. To życie w rozdzieleniu było trudne.

Nie zestawiam emigracji zarobkowej z ucieczką przed wojną, gdy opuszczenie domu nie jest kwestią wyboru. Pomyślałem jednak, że mogę jakkolwiek pomóc. Wiem, jak ważne na obczyźnie jest wsparcie miejscowych. I stąd pomysł poniedziałkowych spotkań mam obu narodów w 7 Życzeniach.

Policjanci nie tylko wskazali drogę…

Pobyt w Walii, to nie jedyna moja podróż poza granice Polski.  W 2002 roku wybraliśmy się z kolegą rowerami do Hiszpanii, na stulecie istnienia zespołu piłkarskiego Real Madryt. Zajęło nam to miesiąc. Przez całą podróż mogliśmy liczyć na pomoc. Jak nam się rowery sypały, to się ludzie zatrzymywali i nam pomagali. Byliśmy w górach w Austrii po drodze. Tam też nas ludzie przyjęli. Odpoczywaliśmy u nich cały dzień: śniadanie, obiad, kolacja, nocleg. Za darmo.

Wtedy były jeszcze granice w Europie. W miejscowości Villa w Austrii na pograniczu z Włochami było sporo policjantów. Podjechaliśmy do nich na rowerach, żeby zapytać, w którą stronę jechać do granicy. Nie było wtedy GPS. Wyciągnęliśmy mapę i pokazując na niej próbowaliśmy tłumaczyć, że teraz jedziemy do Włoch, a tak w ogóle to do Madrytu. Policjanci zabrali nas na posterunek. Trochę spękaliśmy. O co chodzi? Pozabijać nas chcą, czy co? A oni nam dali napoje na drogę, jakieś batony, czekolady, no i wskazali drogę do przejścia granicznego. Mało tego, mijaliśmy granicę w Trevisso i pierwszy sklepik przygraniczny do którego weszliśmy kupić wodę. Mieliśmy rozmówki polsko-włoskie przy sobie. Według nich pytamy o tę wodę. Tymczasem ludzie z tego sklepiku zdążyli zerknąć na nasze rowery z flagami polskimi i zielonogórską. Pan sprzedawca dał nam wodę, jakieś drobiazgi. Wsiedliśmy na rowery, a pan krzyczy za nami, bo przyniósł włoską banderę, żebyśmy sobie przyczepili na szczęście.

Gdy dojechaliśmy do Wenecji, miasto było wypełnione turystami z różnych stron świata. Odróżnialiśmy się od nich tym, że tylko my byliśmy na rowerach. Setki mostów nad kanałami, wąskie uliczki, a my wszędzie z rowerami. Ludzie robili sobie zdjęcia z gondolierami, a ci gondolierzy nas wołali, żeby turyści sobie zdjęcia mogli zrobić z nami i z nimi.
Włosi, to wspaniali ludzie. Mieliśmy takie szczęście, że spotykaliśmy tylko samych pozytywnie zakręconych. W Marsylii poznaliśmy harlejowców z Paryża. Po raz pierwszy w życiu w ogóle widzieliśmy harlejowców. Skóra, brody, piękne motocykle – nieznany w Polsce wtedy widok, kojarzony jedynie z filmów. Nie  mieliśmy franków francuskich, bo był problem z wymianą złotówek, a każdy kraj miał wtedy swoją walutę. I ci harlejowcy zrobili ściepę i dali nam wtedy kilka tysięcy franków. Mieliśmy na jakieś trzy-cztery dni obiadów za to.

Rowerem do Madrytu

Podczas całej wędrówki zwiedziliśmy mnóstwo miast. W większości piłkarskich. I nigdzie nie  było problemu, żeby iść do gospodarzy pospać. Ludzie przyjmowali nas pod swój dach, czasami nocowaliśmy na plaży i choć mieliśmy ze sobą namiot, to rozbiliśmy go przez ten miesiąc tylko raz.

We Francji, przez którą jechaliśmy, nikt się temu nie dziwił. Mnóstwo ludzi nocowało tam na plaży. Ludzie przynosili jedzenie, wino, piwko. Gdy pojawiali się żandarmi, to tylko po to, by spytać, czy wszystko u nas w porządku i czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Spanie na plaży nikomu nie przeszkadzało.

Pięknie tam było. Pamiętam, jak staliśmy po pas w morzu. Noc. W wodzie odbijały się neony miasta, a kolega do mnie mówi: zobacz jaka tu czysta woda. Myślę sobie: jak on w tej ciemnicy widzi, że woda czysta? Stałem w morzu zanurzony po szyję. Za przykładem kolegi spojrzałem w dół i zobaczyłem swoje własne, blade stopy. Podróżowaliśmy w butach i krótkich spodenkach. Byliśmy bardzo opaleni z pominięciem tych nielicznych zakrytych za dnia miejsc, więc mi te nogi świeciły w morzu bielą jak latarnie. Woda rzeczywiście była krystaliczna. W jakimś mieście po drodze byliśmy też na dyskotece. Poznaliśmy tam dwie didżejki. Nie chciały nas wypuścić. Jakieś płyty techno dostaliśmy wtedy w prezencie.

Dojechaliśmy w końcu do Madrytu. Byliśmy na wymarzonym meczu. Piłkarze wiedzieli, że specjalnie do nich tymi rowerami jechaliśmy. I mam najcenniejszą pamiątkę z tego wyjazdu – autografy całego Realu Madryt. I to były najlepsze wakacje mojego życia.

W 2004 roku, gdy otworzyły się przed Polakami granice Europy, ruszyliśmy z kolegą do Holandii. Podróżowaliśmy autobusem. Choć oczywiście wzięliśmy nasze rowery, które na czas podróży trzeba było rozkręcić, a później skręcić. Pracowaliśmy u takiego fajnego małżeństwa. Dali nam spanie, wyżywienie i po 290 euro na osobę. To były naprawdę dobre pieniądze. Trzymali egzotyczne zwierzęta w zagrodach. A my, zahukani komuną Polacy, wszystkiemu się dziwiliśmy.

***

Ludzi pozytywnie zakręconych jest wbrew pozorom sporo. O, taki Kenny Berkson z Malmo w Szwecji np., 70-latek, który rowerem dojechał do Nowej Soli będąc w drodze do Wrocławia. Albo Tieran Freedman, chłopak z Anglii, który zatrzymał się na kilka dni w Nowej Soli, a później ruszył rowerem w dalszą podróż przez Europę. Sporo Niemców też wędrowało w ten sposób z Berlina przez kraje UE.

Poznaję tutaj takich zapaleńców. Wiesz, mam restaurację, jestem gadułą. Zawsze jak znajdę słuchacza, to opowiadam, pokazuję swój album, bo mam galerię zdjęć z własnych podróży i zawsze się jakiś człowiek znajdzie, co temat podchwyci i o sobie mi poopowiada.

Generalnie mieliśmy szczęście do ludzi. W każdym miejscu poznawaliśmy kogoś, kto jakoś nas wsparł, pomógł, pod swój dach przyjął. I pewnie dlatego staramy się przyjmować jakoś przyjezdnych, przybyszów z dalekich miejsc. Bo i każde miejsce na Ziemi – tak sądzę – powinno mieć kogoś, kto się o wędrowców troszczy.

Grzegorza Kosteckiego wysłuchała Marta Joanna Brych

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content