Dzieci powodziowe [RZEKA MA ZAWSZE RACJĘ]

25 lat od powodzi 1997. „W kluczowym momencie wyszedł w gumowcach na Wrocławską, bo zobaczył, że woda stoi już tutaj. W pewnej chwili usłyszał straszny szum. Odwrócił się, a wtedy przelała się przez przedszkole i prawie go zmiotła”

Jest powódź, ciemność, niepewność. Świadomość, że w innych rejonach Polski zginęli ludzie. Są pytania, co się z nami stanie. A z naszymi domami? Ale jest też światło w tym czasie mroku. Cud narodzin.

Dorota Morawiak razem z mężem mieszka wtedy u babci przy Cichej. 10 lipca trafia na porodówkę. – Było słychać, że zalewa Opole, Wrocław, ale w Nowej Soli jeszcze nie panikowaliśmy – opowiada. – Ludzie starali się żyć normalnie. W szpitalu była spokojna atmosfera. Przerażenie pojawiło się później. Nasilało się z kolejnymi wiadomościami. Dziewczyny na oddziale naprawdę zaczęły się bać.

A potem urodziłam córeczkę Ewę i musiałam uciekać. Myślałam, że jak urodzę, będzie wielkie szczęście, że będę mogła się nią normalnie zająć, a tutaj powódź. Wtedy nie można było ot tak wejść na porodówkę, ale mój mąż się przekradał. Jak mi później zaczął opowiadać, co się dzieje w mieście… Mówili, że fala kulminacyjna będzie 15 lipca, a ja wtedy miałam wychodzić ze szpitala. Oboje doszliśmy do wniosku, że pojedziemy z Ewunią do teściowej do Siedliska. Mieszka na górce, na samym wjeździe i stwierdziliśmy, że tam będziemy bezpieczni. W niedzielę poszła informacja, że dzień później zamkną most, a w tamtych czasach w niedziele nie było wypisów ze szpitala. Dosłownie błagałam lekarza, żeby mnie wypisał. Tłumaczyłam, jaka jest sytuacja. I uprosiłam go, wypuścił nas. Na całe szczęście nam się udało. Koniec końców most zamknęli we wtorek. Tak to zapamiętałam.

Moja mama miała wtedy malucha i na bagażnik zapakowaliśmy łóżeczko i wózek. Dopiero co urodziłam, a mieliśmy słabe warunki. Kobieta po porodzie potrzebuje przecież komfortu. Nie było ciepłej wody i łazienki, wychodek stał za stodołą. Wodę grzałam na kuchennym piecu. Lałam ją do wanienki, kąpałam dziecko, a później sama się w niej myłam. Ciężko było. Wtedy pampersy były strasznie drogie, więc moja chrzestna przywiozła mi paczkę nawilżanych chusteczek. No i te tetrowe pieluchy, które trzeba było codziennie prać w starej frani. Czasem je prałam w szarym mydle. Codziennie siedziałam na twardej ławce, obolała po porodzie, i prałam. Na szczęście było lato i pieluchy szybko schły na podwórku. Nigdzie nie mogłam dostać cypiska – proszku do ubranek noworodka. Nie było telefonu i nie miałam jak regularnie kontaktować się z rodzicami, zapytać, co się u nich dzieje. Martwiłam się. Żeby dowiedzieć się czegokolwiek, chodziliśmy zadzwonić do sąsiadki.

Pewnego dnia Ewa dostała kolki. Ja – młoda mama z pierwszym dzieckiem, bez doświadczenia i swojej matki obok – nie wiedziałam, co zrobić. Spanikowałam, bo byliśmy odcięci od szpitala. Nie wiedzieliśmy, że jest u nas punkt doraźnej pomocy. Powiedziała nam o nim sąsiadka. Mąż pojechał tam chyba rowerem. W końcu przyjechało pogotowie. Powiedzieli, jak mam się zachowywać w takich sytuacjach.

Często oglądałam telewizję. Widziałam zalaną Starą Wieś i wojskowe helikoptery nad Nową Solą. Braliśmy Ewę do wózka i chodziliśmy na spacery w dół drogi, żeby zobaczyć, czy woda się podnosi, czy już schodzi. Tak płynęły dni.

W Siedlisku byliśmy trzy tygodnie. Potem znowu łóżeczko i wózek na bagażnik i z powrotem do miasta. Pamiętam, że most był jeszcze zamknięty i wracaliśmy przez Głogów, całkiem naokoło. Później spacerowaliśmy miastem, chciałam zobaczyć, jak wygląda. Na działkach przy Południowej stała jeszcze woda. Dopiero w domu zaczęli mi opowiadać, jaka jest prawda o tej powodzi. Dziadek jeździł jelczem i kiedy przyszła fala, razem z babcią pojechał na Długą. Na małą przyczepę wzięli cały dorobek swojego życia. Zamieszkali w siedzibie skupu surowców wtórnych, gdzie pracowała moja mama. Tam było bezpieczniej niż przy Cichej. Moi rodzice mieszkali na pierwszym piętrze przy Wrocławskiej, zaraz za „Nitkami”, przy wjeździe do przedszkola, więc byli w miarę spokojni. Ojciec oglądał czasem powódź przez okno. Raz widział dwóch mężczyzn, którzy jechali rowerami w wodzie. Jeden przejechał szczęśliwie, drugi natrafił na dziurę, zrobił fikołka, wywrócił się i był cały mokry. Tata opowiadał też, że w kluczowym momencie wyszedł w gumowcach na Wrocławską, bo zobaczył, że woda stoi już tutaj. W pewnej chwili usłyszał straszny szum. Odwrócił się, a wtedy przelała się przez przedszkole i prawie go zmiotła.

Moja druga babcia mieszkała przy Południowej. Miała widok na Starą Wieś. Gdy wychodziła na balkon, czuła się, jakby była nad morzem. Ja z tego balkonu zobaczyłam płynącą sarnę.

*

Ewa jest dzisiaj dorosłą kobietą, ma 25 lat. Niedawno w internecie oglądałyśmy filmik o powodzi w Nowej Soli. „Mamo, to trudne do wyobrażenia – powiedziała. – Jak takie coś było możliwe?”. Tak, dziecko, było. Wcześniej opowiadałam jej o tym, ale nie była w stanie sobie tego zobrazować. Co roku wspominam powódź w jej urodziny. Do dzisiaj jej dziadek podkreśla, że jest powodzianką, a nie ma nawet żadnych wspomnień.

*

Doktor Romuald Fedorczak, lekarz ginekolog, na początku lipca odpoczywa nad morzem razem z dziećmi i żoną Małgorzatą, dentystką. W Pogorzelicy jest upał. Do wczasowiczów dochodzą niepokojące informacje o ulewnych deszczach na południu Polski. – I o stanach rzek, które się podnosiły – wspomina Fedorczak. – Ludzie ustawiali się w długich kolejkach do budek telefonicznych. Chcieli się dowiedzieć, co dzieje się w ich domach. Żeby zadzwonić, budziłem się o drugiej w nocy i stawałem w ogromnych kolejkach. Stało się w nich po trzy godziny.

13 lipca rodzina Fedorczaków wraca do Nowej Soli. Na ulicach cisza, pustka. – Nie można było w ogóle wjechać do centrum miasta, bo ruch był wstrzymany. Pojawiła się wiadomość, że fala kulminacyjna ma osiągnąć siedem metrów – opowiada Romuald Fedorczak. – Czyli była realna obawa, że woda zaleje całą Nową Sól. Może nie w takim stopniu, jak Starą Wieś, ale że będzie wszędzie. Był strach, bo mieliśmy wtedy dwoje małych dzieci, a żona była w ciąży.

Realizuje się klasyczny scenariusz z udziałem nowosolskiej rodziny w 1997 roku: żona wyjeżdża z dziećmi, by szukać schronienia, ich samochód trafia do gminy Kożuchów, a mąż zakasuje rękawy, napełnia worki piachem i ustawia pod domem. Fedorczakowie mieszkali i mieszkają nadal przy ulicy Kasprzaka. – Wówczas worki i piasek to był towar deficytowy – zaznacza doktor Fedorczak. – Jakiś czas temu zrobiliśmy przybudówkę, ale wtedy żona miała gabinet stomatologiczny w suterenie i cały sprzęt zdemontowaliśmy, a potem wynieśliśmy do salonu.

I ciąg dalszy klasycznego scenariusza: mężczyzna po tym, jak zabezpieczył swój dom, idzie do portu, by pomagać w miejscu kluczowym dla obrony Nowej Soli: – Zostałem sam, to pomyślałem: co tak będę siedział, skoro mogę pomóc. Tam było czuć wspólnotę. Byliśmy razem. Ładowaliśmy piach do worków i robiliśmy z nich te piramidy. Pamiętam poczucie dumy, jak przyjeżdżali do nas dziennikarze, a potem relacjonowali w swoich mediach, że Nowa Sól walczy. Że Nowa Sól się nie poddaje.

Fedorczak pokazuje mi dwa zdjęcia z tamtych czasów. Na jednym stoi przed swoim domem przy Kasprzaka. Worki są już ustawione przed bramą wejściową. O dom oparta jest drabina. Na drugiej fotografii lekarz stoi na wałach. Jest w wygodnym szarym podkoszulku, niebieskich dżinsach i brązowych, lekkich butach. W prawej dłoni coś trzyma, chyba górę dresu. Lewą wskazuje na worki. Pewnie coś komuś tłumaczy. Na drugim planie jest Odra.

– Zdarzały się też zabawne sytuacje – sięga pamięcią Fedorczak. – Wujek żony przywiózł łódkę i wstawił ją w naszym ogrodzie. Specjalnie ściągnął ją ze Sławy, żebyśmy w razie czego mieli jakiś transport. Stała u nas z miesiąc. Z kolei teściowa, gdy woda pojawiła się przy Muzealnej, zaczęła zbierać nasze plony z ogródka, żeby ich nie zalało. Wykopywała starannie marchewki i inne warzywa.

– Obok sklepów, z których większość została zabudowana pustakami dla wzmocnienia ochrony, było mnóstwo worków – opowiada doktor Fedorczak. – Jechały nyski z workami cementu i przenośnymi betoniarkami, a właściciele oferowali swoje usługi.

W szpitalu pracowaliśmy tylko w trybie dyżurowym, tak jak ponad dwadzieścia lat później w czasie pandemii koronawirusa. Nie było planowych zabiegów, tylko nagłe przypadki, jeśli pacjentki potrzebowały pilnej pomocy, bo cały czas groziło nam zalanie oczyszczalni ścieków, co wiązałoby się z brakiem czystej wody. Pozostałe były odsyłane głównie do szpitala w Zielonej Górze. Dla kobiet w ciąży, które potrzebują komfortowych warunków, to był szczególnie trudny czas. Na pewno powódź nie ułatwiała porodu, bo źle wpływała na psychikę.

*fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi stulecia. Można ją znaleźć w sklepie Rol-Pexu przy ul. Moniuszki w Nowej Soli

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content