Strażacy i 1997 [RZEKA MA ZAWSZE RACJĘ]

Kolejny odcinek cyklu w 25. rocznicę powodzi tysiąclecia. „Nowa Sól była już zupełnie inna: ludzie w panice murowali okna, układali worki, szykowali się do obrony. Dotarło do nich, że nie będzie jak co roku czy co pięć lat. Że to nie są żarty. Z ogniem się wygra, ale z wodą nie bardzo”

Urząd miasta w Nowej Soli, drugie piętro. Na ścianach w gabinecie Leszka Tomczyka, dziś pełnomocnika miasta do spraw Odry i szefa zarządzania kryzysowego, wiszą kalendarz strażacki z 2020 roku, święty Florian na pięćdziesięciolecie straży pożarnej, do tego mapy z wodowskazami i regionalnymi polderami. Jego telefon nie milknie, podobnie jak dwadzieścia pięć lat wcześniej. Niedawno zaczęła się wojna w Ukrainie i do Tomczyka dzwonią mieszkańcy. Proponują pomoc uchodźcom albo chcą się dowiedzieć, jak mogą pomóc.

To emerytowany strażak, były szef tutejszej jednostki ratowniczo-gaśniczej. W nowosolskiej straży pożarnej pracował od 1976 roku. Dostał tu skierowanie po szkole. Wtedy też była powódź, choć mniej tragiczna.

– Zastanawiałem się, od czego zacząć to wspomnienie z lipca ’97 roku – zagaja Tomczyk.

– Najlepiej od początku – proponuję.

– No to było tak, że na początku lipca dostałem skierowanie na turnus rehabilitacyjno-wypoczynkowy w uzdrowisku Cieplice Śląskie-Zdrój. Już pod koniec wyjazdu wracaliśmy z jakichś zabiegów i pani z recepcji mówi nam, że dzwonił oficer dyżurny z komendy wojewódzkiej w Zielonej Górze. Kazał przekazać, żebyśmy wracali do swoich jednostek, bo coś się dzieje. Za dużo nie chodziliśmy po tych Cieplicach, bo lało jak z cebra, więc oglądaliśmy w telewizji relacje mówiące o skutkach dużych opadów deszczu, które – jak się okazało – doprowadziły do tragicznej powodzi. Po tym telefonie spakowałem się i wsiadłem do samochodu, żeby wracać. Zgodnie z rozkazem: idzie woda, więc jadę. Próbowałem przedostać się przez Jelenią Górę, ale tam zamknęli już most. Policyjne patrole wstrzymywały ruch. Wysiadłem z auta, podchodzę do policjantów, pokazuję legitymację i mówię, że mam rozkaz powrotu. Przepuścili mnie.

Już na miejscu, w Nowej Soli, zmienił się u nas system służby. Skoszarowali nas. Przyszedł kolejny rozkaz: przekwaterować jednostkę do Nowego Miasteczka. Obawiali się, że będzie zagrożona mobilność siedziby strażaków przy „Grota” Roweckiego. Ale jak zaczęło robić się gorąco i ludzie uwijali się z wałami, cofnęli nas z powrotem do pomocy. Wtedy straż pożarna nie była aż tak mocno wiązana z powodziami. Wówczas istniały tak zwane komitety przeciwpowodziowe oparte głównie na samorządach. Nasz miał siedzibę w „Spożywczaku”. W komitecie byli też nasi przełożeni z komendy wojewódzkiej. To była zupełnie inna struktura niż dzisiaj, teraz mamy ustawę o zarządzaniu kryzysowym. W ’97 straż była raczej służbą pomocniczą w takich sytuacjach. Obszar działania naszej jednostki został podzielony na dwa odcinki. Jeden był za Odrą, czyli Przyborów czy Siedlisko, a drugi obejmował miasto, Kiełcz, Modrzycę, Bobrowniki. Dowodziłem tym drugim. Pilnowaliśmy współpracy z komitetem przeciwpowodziowym i mieszkańcami. Służyliśmy choćby łącznością radiową, bo z nią był duży problem. Przy pomocy radiotelefonów bardzo łatwo nawiązywaliśmy kontakt. Krzysztof Gonet wielokrotnie korzystał z naszej pomocy. Pamiętam, jak jeździł po mieście rowerem i patrolował sytuację, czasem jeździliśmy razem samochodem. Ja głównie koordynowałem centrum miasta.

Nie miałem czasu na oglądanie telewizji czy słuchanie radia, ale ludzie donosili mi, że przekaz w mediach jest apokaliptyczny: woda może być nawet na poziomie drugich pięter. Wpływ przekazów z Raciborza, Opola czy Wrocławia był ogromny. Wtedy mieszkałem na osiedlu Kopernika, żonę i dwoje dzieci wywiozłem do rodziców koło Szprotawy. Sąsiedzi nagabywali mnie, żebym załatwił im jakieś worki, piasek. „Niech pan chociaż zadba o swój blok” – mówili. Dla świętego spokoju przywiozłem im trochę worków, choć w pewnym momencie nabrałem przekonania, że woda aż tutaj nie dotrze. Zostawiłem im klucze, bo chcieli wrzucić meble do mojego mieszkania. Kiedy przyjechałem się przebrać, nie poznałem swojego domu. Małe, pięćdziesięciometrowe mieszkanie było całe zapchane szafkami, stolikami, krzesłami.

Tak naprawdę działania przeciwpowodziowe były oparte o mieszkańców, wolontariuszy. O te wszystkie dziewczyny i tych wszystkich chłopaków, którzy ruszyli, by bronić miasta. Newralgicznym punktem była Portowa, jeszcze wtedy bez ściany przeciwpowodziowej. W pewnym momencie uznaliśmy, że te worki są rzucane trochę chaotycznie. Bo żeby taki wał układany z worków był skuteczny, trzeba je odpowiednio układać – kłaść je na przekładkę. Gdy woda się zbliżała, czułem, jak on miękł. Gdyby został przerwany, pływalibyśmy w mieście. Na szczęście zadziałaliśmy i tak się nie stało. Mieszkańcy sami z siebie robili wały na swoich ulicach, co zaburzało cały system. Potrzebna była koordynacja. Ludzie się na nas wkurzali, jak im to tłumaczyliśmy. Często nie chcieli słuchać. Z drugiej strony pojawiali się inni mieszkańcy, którzy pokazali, że potrafią w kryzysowych sytuacjach zachować zimną krew.

Kolejnym ważnym punktem obrony była przepompownia ścieków przy Ceglanej. Została zabezpieczona, udało się ją obronić.

Gdy w Starej Wsi pływaliśmy strażacką łódką, z wody wystawały tylko końcówki sztachet. Moi podwładni regularnie płynęli tam z pomocą. Być może nawet kogoś ewakuowali, ale nie pamiętam tego dokładnie. Pomocy trzeba chcieć, a ludzie raczej niechętnie opuszczali swoje domy. Jak podpływałem bliżej, widziałem, że niektórzy stoją na dachach.

W mieście, na wysokości Żwirki i Wigury, koło ronda, pojawiła się pompa wysokiej wydajności firmy Rosenbauer. Dziś ta ulica jest podniesiona, ale kiedyś było tam spore zagłębienie. Za wałem, w kierunku miasta, stała woda. Ta pompa miała przepompować ją z powrotem. Szedłem w woderach do zagłębienia i woda sięgała mi do ud. Stanąłem na wale i przeraziłem się. Zobaczyłem jedno wielkie jezioro. Obróciłem się, spojrzałem w kierunku miasta i pomyślałem, że gdyby woda przerwała wał, byłoby po nas. W takich momentach różne myśli przychodzą do głowy.

W pewnym momencie w mieście zamknięto dopływ wody, żeby nie nabijać sieci kanalizacyjnych. W niektórych miejscach wybijało. Potem pojawiły się zagraniczne jednostki, które pomagały w wypompowaniu wody. Jak zobaczyłem sprzęt Duńczyków, oczy wyszły mi z orbit. Mieli warsztat na kółkach, pompy na wózkach doczepiali do samochodów. Na tym wózku była bateria pomp, cztery czy sześć. A nasze jak to nasze – często się zapychały. Chociaż nie można narzekać, sprzęt nie był taki zły. Przy Żwirki i Wigury trzeba było odpompować zbiornik ze ściekami. Mówię do duńskiego dowódcy: „Kloaka weg”. „No problem” – odparł i się uśmiechnął.

Woda w terenowej nivie

Wtedy tego nie wiedziałem, ale dziś już wiem, że woda z Odry nie mogła dotrzeć na przykład do Zatorza. Dowiedziałem się, gdy zacząłem pracować w urzędzie w zarządzaniu kryzysowym. Zainteresowałem się kwestią oceny zagrożenia powodziowego. Robiliśmy mapy zagrożeń, gdzie woda może się wlać. Tutaj ważna jest konfiguracja, czyli rzędna terenu. Po prostu różnica wysokości między – powiedzmy – ulicą Szkolną a osiedlem Konstytucji jest bardzo duża. Osiedle leży wyżej. I tak woda doszła wtedy dość daleko, bo aż do kościoła świętego Antoniego. W kulminacyjnym momencie przerwało wał na Starej Wsi, woda przepłynęła ulicą Południową, która została przerwana, i pojawiła się na dzisiejszym Parku Krasnala, aż pod „Nitkami”. Browar pływał cały. Raz kolegę z inspektoratu obrony cywilnej odwoziłem do domu przy Wrocławskiej i tam woda wlewała mi się do auta, a jeździłem terenową nivą.

Dzisiaj tłumaczę to sobie tak, że fala powodziowa, gdy sunęła ku nam, musiała się jakoś spłycać. Wszędzie po drodze się przecież rozlewała, siejąc zniszczenie. Duże emocje udzielały się wtedy także strażakom, a przecież oczekiwano od nas, żebyśmy kierowali się zdrowym rozsądkiem, bez zbędnych emocji. Każdy z nas jest tylko człowiekiem, ale chyba mimo wszystko nam się to udało.

Nysa Szalona

Kolejny strażak: – W Kłodzku było najgorzej. Mimo że przyjechaliśmy tam kilka dni po kulminacji. Wywrócone auta osobowe, tiry. Woda tak potrafi. Wszystko pomieszane z konarami i tym, co niesie rzeka. Na rynku był ślad, jak wysoko tutaj dotarła – między pierwszym a drugim piętrem. To zrobiło na mnie wrażenie, bo przecież tam mieszkali ludzie. Zapytałem kolegi, co się z nimi stało. Okazało się, że zginęło tutaj kilka osób. Woda musiała przyjść w nocy. Może spali? Nie zdążyli uciec.

Opowiada Marek Szczypczyk, nowosolanin od drugiego roku życia. Strażak na emeryturze, który piastował w przeszłości ważne stanowiska. Autor książek o historii lokalnej straży pożarnej. Ogniowym musiał zostać, bo urodził się 4 maja – w Dniu Strażaka. Strażakiem jest też jego syn Grzegorz.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Państwowa Straż Pożarna dzieli swoje siły na cztery pułki odwodów operacyjnych złożone tylko z zawodowych strażaków. Komenda Główna podejmuje taką decyzję po pożarze lasu w rejonie Kuźni Raciborskiej, Rudzińca, Rud Raciborskich i Kędzierzyna-Koźla, jednym z największych, a może i największym w Polsce po II wojnie światowej. Między 26 a 30 sierpnia 1992 roku spłonęło tam ponad dziewięć tysięcy hektarów, a dogaszanie pożaru trwało do 12 września. – To były początki PSP, która wtedy jeszcze uczyła się na błędach. Poprzednia organizacja odwodów nie zdała egzaminu, co wykazała po tej akcji NIK. Chodziło głównie o strażaków ochotników – wyjaśnia Szczypczyk. – Ochotnicy byli dobrzy na dzień, dwa. Jak w latach osiemdziesiątych gasiliśmy lasy w okolicach Żagania, to trzeciego dnia niektórzy z OSP już płakali, że trzeba wracać, bo nie ma komu napoić krowy czy nakarmić świni. Z pracy mógł jeszcze dostać zwolnienie, ale od krowy czy świni zwolnienia nie ma.

W 1996 Szczypczyk zostaje szefem pułku pożarniczego obejmującego południowo-zachodnią Polskę. Do dyspozycji ma ponad tysiąc ludzi. W kryzysowych sytuacjach jeżdżą pomagać w różnych rejonach kraju. Powódź zaczyna się dla niego 7 lipca niedaleko Kotliny Kłodzkiej. Tam trafia z częścią swojego pułku.

Szczypczyk: – Miejscem zbiórki był Wałbrzych. Wcześniej pracowałem tam dwa lata, więc trochę znałem ten teren. W straży brakowało wtedy sprzętu pływającego i do wypompowania dużej ilości wody, a tu od razu mieliśmy taki sprawdzian. Zaczęło się robić źle. Odra przybierała, podobnie jak tamtejsze górskie rzeki. Powódź górska ma to do siebie, że przychodzi gwałtownie, w sposób niszczycielski, ale szybko ustępuje. W Raciborzu działał pododdział pułku ze sprzętem pływającym pod dowództwem aspirantsztabowego Wiesława Januszewicza ze straży w Zielonej Górze, na co dzień mieszkańca Niedoradza pod Nową Solą. Ja z łodzią z Poznania, pompą dużej wydajności i kadetami poznańskiej szkoły aspirantów PSP pojechałem do Kamieńca Ząbkowickiego. Woda spotkała nas przy tablicy z nazwą miejscowości. Czy było przerażenie? Strażak to inaczej przyjmuje. Jesteśmy wyszkoleni, to jest nasza praca i musimy zrobić swoje. Kiedyś pan Matyja, mój wuefista z „Elektryka”, zapytał, czy boję się jadąc do pożaru. Odpowiedziałem, że to nie tak, że obawa jest zawsze, ale bardziej myślę o tym, żeby wszystko się bezpiecznie udało. Można mówić o pewnej ostrożności, ale gdybyśmy się bali przed akcją – nie wysiadalibyśmy z auta.

W Kamieńcu byliśmy dobę. Potem pojechaliśmy kilka kilometrów dalej do pewnej wsi. Obok niej płynie wartka Nysa Szalona. I w lipcu ta rzeka nie popłynęła obok niej, tylko po prostu przez wieś. Śmigłowcami ewakuowaliśmy ludzi. W innych wioskach też przeprowadzaliśmy ewakuacje.

Dalej jechaliśmy razem z wodą. Później do Kłodzka, a następnie do Opola. Tam były całe zalane osiedla, bo budowali je na terenach zalewowych. Zoo zostało odcięte od świata, koczowała w nim dyrekcja i trochę pracowników, dziesięć-piętnaście osób. Ruszyliśmy po nich. Musieliśmy przebrnąć Odrę, jej rozlewiska, meandrować między blokami. Trafiliśmy na tory i jakąś ciuchcię spalinową. Umówiliśmy się z maszynistą, że podwiezie nam łódkę kilka kilometrów. W czwórkę, jak czterej pancerni, dopłynęliśmy do kładki, trzeba było nią przejść. Ale co z łódką? Wsadziliśmy ją na pusty śmietnik, który stał obok i tak przewieźliśmy przez kładkę. Wszędzie woda, a w krzakach nieopodal siedział jeleń. Był przestraszony. Zerwałem parę gałązek i zaczął jeść. Część zwierząt w opolskim zoo się utopiła. Ponoć nawet krokodyl. W końcu dopłynęliśmy na miejsce, ludzie czekali na pawilonie. Powiedziałem dyrektorowi, że tam siedzi ich jeleń. On spytał: „Który? Syberyjski? Bo mamy dwa”. Nie wiedziałem, czy to syberyjski, czy nie. „Siedział spokojnie?” – dopytuje mnie. Skinąłem głową. „No to pewnie syberyjski, bo ten drugi to wariat!” – mówi. Okazało się, że tam siedział jednak ten wariat, ale tak się bał tej powodzi, że nie w głowie mu były harce.

Jednak nadal dokładali

Po kilku dniach akcji mieli nas wysłać do województwa zielonogórskiego. Wróciliśmy do domów i czekaliśmy na rozkaz komendanta głównego. Do Nowej Soli przyjechałem chyba w piątek. Może w sobotę? Miałem poczucie, jakbym wrócił z wojny. Tam się coś działo, człowiek widział, jak ludzie płaczą, jak staruszkowie podczas ewakuacji wychodzili z domów z jedną reklamówką, a tutaj high life, dyskutujący spacerowicze nad Odrą. Bo nowosolanie pamiętali, że tak naprawdę mniejsza czy większa woda zawsze tutaj przychodziła. Zalanie Portowej nie było czymś niezwykłym. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że to nie jest zwykła powódź. Ja ją widziałem na własne oczy, a oni zobaczyli w telewizji w niedzielę. W poniedziałek Nowa Sól była już zupełnie inna: ludzie w panice murowali swoje okna, układali worki, szykowali się do obrony. Dotarło do nich, że nie będzie jak co roku czy co pięć lat. Że to nie są żarty. Z ogniem się wygra, ale z wodą nie bardzo.

Od 15 lipca razem z moimi ludźmi stacjonowałem w Kożuchowie. Było nas stu dwudziestu sześciu. Nie pracowaliśmy przy workach, bo to nie było nasze zadanie. Bazowaliśmy bardziej na naszym sprzęcie: pływającym, samochodach oświetleniowych, pompach.

Gdy przerwało wał w Bobrownikach, widziałem, jak woda wypiera z ziemi powietrze i bulgocze, jakby się gotowała. Był poranek. Ludzie się zmobilizowali i zaczęli układać worki na wale Śląskiej Ochli, żeby zabezpieczyć Modrzycę i Bobrowniki niedaleko Bukowej Góry. Tam nie było normalnego dojazdu i pamiętam ludzi z rowerami. Szli wężem jak mrówki. Jeden za drugim. Dziesiątki osób. Na ramach i bagażnikach mieli worki.

Swoją łódkę wodowałem na Starym Żabnie na ulicy Piaskowej, w okolicach cmentarza, bo woda doszła aż tam. Żeby zobaczyć, co się dzieje w Przyborowie, pływało się łodziami przez las. Tamtędy był wytyczony szlak, jak na jakiejś Amazonce. Wisiały na drzewach butelki, szmatki wskazujące drogę. Płynęliśmy jak autostradą. Na początku wsi była taka przystań – można było popłynąć stamtąd do Nowej Soli. Wysiadłem i poszedłem zobaczyć wał wzdłuż drogi do Siedliska, bo był zagrożony. Cała przestrzeń od szczytu wału do wioski została wypełniona workami. To wyglądało, jakby w ogóle ludzie z worków zrobili ten wał. Mieszkańcy wykonali niesamowitą robotę. Tak jak nowosolanie.

Przypominam sobie jeszcze jedną rzecz z Nowej Soli: ludzie robią wały, najpierw im mówią, że będzie sześć metrów dwadzieścia centymetrów, następnego dnia, że jednak sześć trzydzieści, trzeciego – że sześć czterdzieści i tak dalej, aż w końcu ktoś niewybrednie rzuca: pier…, nie dokładam już wyżej tych worków! Ale jednak nadal dokładali.

*

Z opracowania Marka Zawadki „Powódź w 1997 roku na Ziemi Lubuskiej”: „W walce z żywiołem poza mieszkańcami uczestniczyły także w województwie zielonogórskim siły zbrojne (1753 żołnierzy), policja (1459 funkcjonariuszy) oraz straż pożarna (1855 funkcjonariuszy Państwowej Straży Pożarnej oraz członków Ochotniczej Straży Pożarnej). W działaniach uczestniczyło również 1941 członków Obrony Cywilnej. Służby te dysponowały 597 pojazdami samochodowymi, 24 amfibiami, 230 jednostkami sprzętu pływającego, 15 śmigłowcami oraz 183 motopompami i pompami dużej wydajności”.

*fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi tysiąclecia. Jest do kupienia w sklepie Rol-Pexu przy ul. Moniuszki

E-WYDANIE TYGODNIKA KRĄG

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content