Zawsze grałem z „dziesiątką”

Mariusz Pojnar: Kocha pan piłkę nożną?
Henryk Matysik, wójt gminy Kolsko: To przesada.

Ale pan ją lubi?
Chyba każdy facet z tą piłką miał lub ma coś wspólnego, a jeśli nawet nie miał, względnie ją lubi. To taka dziedzina sportu, która wyzwala adrenalinę, jakieś emocje.

Wiem, że sam pan ją uprawiał i podobno był pan niezły…
Kiedyś kopanie piłki w Kolsku to była jedyna alternatywa dla chłopaków, którzy przecież coś musieli robić z czasem wolnym. Swoje historie pisaliśmy w latach 70. i 80. Rocznik 55., z którego jestem, wtedy mógł sobie coś marzyć, ale na tym się kończyło. Nie było tych szans, co teraz ma młodzież uprawiająca piłkę nożną. Myślę, że to co powiem, nie będzie przesadą. Wielu chłopaków, którzy wtedy grali, dziś mogłoby myśleć o tym, żeby grać w jakichś dobrych drużynach. Ale powtórzę, to były inne czasy. Wtedy realia były takie: mieliśmy jeden, może dwa komplety strojów. Butów piłkarskich nie było dla każdego. Z zazdrością moglibyśmy patrzeć na to, co dzieje się dziś, kiedy zawodnicy mają po dwie, trzy pary butów. Wtedy nie wszyscy mieli buty skórzane z wkręcanymi korkami, tzw. tepów. Może było sześć, siedem par na drużynę. Reszta grała w trampkach.

A pan?
(uśmiech). Ja zawsze miałem tepy. Zasada była prosta: jesteś dobry, to musisz mieć dobre buty, żeby strzelać gole. I strzelaliśmy. Był tak śp. Janek Papaj, który jak Gerd Mueller, zawsze wiedział, gdzie tę nogę wstawić. Dużo nie biegał, ale miał nosa do bramek.

A do kogo pan siebie by porównał?
Wszyscy byliśmy nieźli… Ja nie będę się porównywał do nikogo, ale powiem, że wpuszczono mnie na boisko ze starszymi, jak miałem 13 lat. Czułem się dowartościowany, to był prestiż biegać między starszymi od siebie o wiele lat i bardziej doświadczonymi kolegami. O sobie mogę powiedzieć, że z rozwagą podawałem piłkę, z wyprzedzenie wiedziałem, gdzie trzeba zagrać na wolne pole.

Czyli bardziej Messi niż Ronaldo? Pytam oczywiście o styl, nie skalę umiejętności?
Nie, nie próbujmy nawet rzucać porównaniami.

Z jakim numerem pan grał?
Z dziesiątką proszę pana… Zawsze z dziesiątką.

Strzelił pan bramkę w debiucie?
Oj proszę pana, strzelałem bramki… Żeby ktoś nie pomyślał, że jestem zadufany w sobie, ale tak faktycznie było.

Był jakiś mecz, który szczególnie utkwił panu w pamięci?
Mieliśmy sparing z Dozametem, który regularnie przyjeżdżał na obozy do Jesionki, gdzie mieścił się ośrodek nowosolskiego „Juniora”. I tam byli zakwaterowani. Zagrali z nami sparing, w którym, muszę powiedzieć, sprostaliśmy rywalowi. Zresztą, powiem na marginesie, Mieszko kilka lat temu w rozgrywkach Pucharu Polski też pokonał Arkę.

Powiedział pan, że sprostaliście Dozametowi. Jak to rozumieć?
Na pewno wygraliśmy, chyba 3:2, a może 3:1. Dokładnie nie pamiętam, ale to był mecz, który dał nam, chłopakom z B-klasy, wielkiego kopa. Pamiętam, że w najlepszym momencie na nasze mecze przychodziło mnóstwo kibiców. Myślę, że ok. 150 osób w różnym przedziale wiekowym. Pamiętam również, że był też rozdźwięk między Kolskiem a Konotopem. Oni mieli swoją drużynę, my mieliśmy swoją. Rywalizacja lokalna była duża. Dziś mam dużą satysfakcję, że jest ta integracja między Kolskiem a Konotopem. Wielu piłkarzy obecnego Mieszka to piłkarze z Lipki, z Kolska, z różnych miejscowości z gminy. I fajnie, że tak jest. Mamy wspólne marzenie, żeby ten upragniony awans do okręgówki stał się faktem.
Wszyscy temu kibicują, bezdyskusyjnie. Wobec piłkarzy są wielkie oczekiwania, dlatego trzeba zabezpieczyć środki finansowe na to, żeby po awansie grać w wyższej klasie. Wtedy, kiedy kopałem piłkę, przez myśl mi nie przeszło, że będę piastował urząd wójta.

Łatwiej jest byłemu sportowcowi zrozumieć sport, na który trzeba dzielić gminne pieniądze?
Jestem wójtem, który rozumie sport, nie mniej niż inne dziedziny życia. Do znudzenia mogę opowiadać o kulturze w gminie. Jeśli się zainwestowało w świetlice, w dom kultury, to grzechem zaniechania byłoby, gdyby stały zamknięte na klucz. Przyjeżdżają do nas artyści nie dlatego, że „Warszawka” ich nie kupuje, ale dlatego, że u nas jest zapotrzebowanie na tego typu rzeczy.
I teraz wróćmy do sportu. Jeśli te kluczowe spotkania Mieszka Konotop skupiają tylu kibiców, którzy przychodzą na wybudowany kilka lat temu nowoczesny obiekt, to widać, że zapotrzebowanie na dobrą piłkę w gminie jest. Ja wychodzę temu naprzeciw. Dziś Mieszko to główny nurt w naszym sporcie, ale pojawiały się też inne sekcje i ludzie, których potrzeba trzeba rozumieć. Być może oczekiwania innych są większe niż możemy im zaoferować, ale niewykluczone, że nowe możliwości wkrótce się pojawią.

Pojawiają się zarzuty, że na piłkę idzie za dużo pieniędzy, bo aż 35 tys. zł.
To nie jest kwestia zarzutów. Boisko w Konotopie jest dla wszystkich mieszkańców gminy miejscem, w którym spotykają się na meczach Mieszka. Kiedyś czuło się, że Konotop z Kolskiem rywalizują w różnych sferach. Dziś stadion jest miejscem, gdzie ludzie się zintegrowali, gdzie zapomnieli o różnych waśniach, o sporach. Nie ma co ukrywać, że ktoś, kiedyś na jakiś użytek wywoływał takie niepotrzebne sytuacje. A dziś mamy ten temat zamknięty, właśnie dzięki piłce nożnej. W małych gminach piłka na pewno łączy. Słyszy się, że w dużych aglomeracjach wygląda to inaczej, spójrzmy chociażby na Wisłę i Cracovię. U nas dziś wygrywa patriotyzm.

Brzmi to dość górnolotnie…
Ale tak jest. Zasypało się te rowy, te antagonizmy lokalne, który między mieszkańcami były. Tego dziś nie ma i możemy powiedzieć, że za sprawą jednej, bardzo prostej sprawy: skórzanego przedmiotu, jak to określał jeden z kabaretów w swoim skeczu, za którym biega 22 zawodników.

Mieszko zakopał spór między mieszkańcami?
Bezdyskusyjnie.

Powiedział pan, że piłkę pan lubi, ale chyba Mieszka kocha?
To nie jest kwestia kochania czy uwielbienia. Jestem facetem, który zdaje sobie sprawę, że jeśli Mieszko odgrywa tak ważna rolę, a odbiór tych chłopaków jest fantastyczny, to trzeba doceniać to, co robią dla wszystkich mieszkańców.

Awans, o którym pan mówi, jeśli stanie się faktem, byłby ukoronowaniem obchodów 60-lecia klubu.
Tak. Sześćdziesięciolecie klubu piłkarskiego w tak małej społeczności to wielka rzecz. Cieszę się, że obecny zarząd doceni tych ludzi, którzy w tym klubie pisali piękną historię. Te osoby zostaną odznaczone. Jest już także w zasadzie pewne, że obchody 60-lecia odbędą się 1 lipca. Jedną z największych niespodzianek, pewną prawie na 100 procent, jest mecz z oldbojami Lecha Poznań. Dogrywamy ten mecz i myślę, że dojdzie do skutku.

Pan będzie grał?
Nie chciałbym odnieść kontuzji, bo później będzie problem. Iść do pracy z kontuzją? Tak trochę nie bardzo… Zobaczymy.

Nie wierzę, że odmówi sobie pan udziału w takim meczu…
Wie pan, stanąć naprzeciwko Mirka Okońskiego (były reprezentant Polski i jeden z najlepszych piłkarzy Lecha Poznań w historii – dop.red), to byłby wielki zaszczyt.

Wiszą u pan w domu na kołku jakieś stare tepy? Bo jak nie, to trzeba będzie coś kupić.
Niech pan mnie nie prowokuje (śmiech). Jeśli zagram, to jakieś tam trampki się znajdą (śmiech).

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *