Wielka ucieczka na wieś

Jak tylko robi się ciepło, prezydent Wadim Tyszkiewicz ucieka z Nowej Soli na wieś. Zgodził się zaprosić Czytelników Tygodnika Krąg na swoją letnią działkę w Meszach w gminie Kolsko. W rozmowie z nami opowiada, dlaczego kocha wieś, co mu daje sielskie życie, kto plewi i kosi trawnik.

Monika Owczarek: Jest pan znany z tego, że jest w ciągłym biegu. Mieszkał pan Nowej Soli, potem studiował w Warszawie. Później firma w Zielonej Górze i praca w nowosolskim samorządzie. Jakoś nie pasuje do Pana wieś. Skąd więc pomysł na takie życie?

Wadim Tyszkiewicz: Życie na wsi przypomina mi dobre czasy dzieciństwa. Mieszkaliśmy z rodzicami w niewielkim miasteczku na Białorusi. Nasz dom stał na obrzeżach. Mieliśmy małe gospodarstwo, jedną krowę, trochę kur. Można było czuć się jak na wsi. Choć szybko ten sielski czas się skończył, bo wyjechałem jako dziecko, to jednak w sercu tamte obrazki zostały.
Później mieszkając w Nowej Soli, większość swoich wakacji spędzałem w Jeziornej, gdzie mój wujek miał gospodarstwo. Było pięknie położone, nad samym jeziorem. Wtedy nie było tam ani jednego letnika. Znowu więc w moim życiu królowała wieś. Kilka lat temu zacząłem szukać spokojnego miejsca z dala od miasta. Żona początkowo nie była przekonana.

Jak to się stało, że padło na Mesze?

Zapytałem kuzyna z Konotopu, czy nie słyszał o jakiejś działce rolnej do sprzedania. Poszedł do gminy i dowiedział się o przetargu na teren w Meszach. Wioskę znałem, bo żona mojego kuzyna pracowała w niej w niewielkim sklepiku spożywczym. Kiedy jeszcze była jego narzeczoną, przyjeżdżaliśmy do niej z Jeziornej motocyklem w odwiedziny. W późniejszych latach byłem też w Meszach na weselu. Nawet mam zdjęcia z tamtych lat. Mimo wszystko Mesze były jednak zbiegiem okoliczności. Kuzyn zachęcając mnie do kupna zapewniał, że w Meszach znajdę spokój, bo tutaj nawet ptaki zawracają.

I zawracają?

Tak (śmiech) zawracają, bo dalej już tylko Jezioro Sławskie.

Wtedy pięć lat temu, kiedy kupił pan działkę w Meszach, chyba tak ładnie nie wyglądała?

Wyglądała dramatycznie. Stało na niej kilka rozwalających się szopek. Może kiedyś ludzie w nich żyli w czasie wakacji, nie wiem. W innych rozsypujących się zabudowaniach trzymali jakieś sprzęty. Wszystko było stęchłe i bardzo zniszczone. Zaczęliśmy od sprzątania całego 60-arowego terenu. Wywieźliśmy tony śmieci. Chcąc doprowadzić teren do porządku wkładaliśmy w to z całą rodziną bardzo dużo pracy. Kiedy sobie o tym pomyślę, to było coś okropnego. Ta ładna stodoła, która tutaj stoi, też tak nie wyglądała. Poproszony przez nas o ocenę rzeczoznawca sugerował, żeby ją rozebrać. Spróbowaliśmy ją ocalić. Udało się i dzisiaj bardzo nam się przydaje. Jest nawet pomysł, żeby zrobić tam malutki pokoik dla odwiedzających nas gości.

Muszę przyznać, że bardzo tutaj cicho.

Zwykle tak, ale w lipcu zaczyna się to trochę zmieniać. W pola wyjeżdżają maszyny rolnicze. Słychać, jak pracują. Trochę samochodów przejeżdża jakimś skrótem przez las. Najgorsze są jednak coraz częściej pojawiające się crossy. Szukam jednak ciszy i absolutnego spokoju. Nie mam tutaj Internetu, nie oglądam telewizji. Mam jednak zasięg telefonu.

Kiedy pan z żoną tu przyjeżdża? Nie nudzicie się tutaj? Dookoła naprawdę niczego nie ma, prócz pól.

Wyruszamy na przełomie kwietnia i maja. Wszystko zależy od pogody. W tych pierwszych miesiącach jest tutaj najpiękniej. Uważam, że to jedno z najbardziej urokliwych miejsc. Potrzebuje natomiast dużo pracy. My tutaj z żoną przyjeżdżamy ciężko pracować. To specyficzny, ale bardzo skuteczny sposób odpoczywania. Żona czasami ma dosyć, bo zajęć jest tyle, że są nie do przerobienia. Tutaj na Meszach zdecydowanie wolniej płynie czas.
W mieście godziny i dni tylko mi migają. Zaczyna się poniedziałek i za chwilę jest piątek. Ciągła gonitwa i życie w pędzie.
Na Meszach wszystko zwalnia. Po trzech, czterech godzinach koszenia trawy, grabienia, porządkowania człowiek się uspokaja. Każdą sekundę można celebrować, to wielka wartość dodana. Mam moment, żeby się zastanowić. Poczytać książkę, posłuchać muzyki, poleżeć na hamaku. Dużo chodzimy na spacery z naszym psem Misią. Przejście dookoła jeziorka zajmuje nam godzinkę. Bardzo to lubię.

Kiedy tak się pana słucha, to rzeczywiście polubił pan wiejskie życie, może w takim razie przeprowadzka na stałe?

Może bym i miał ochotę, ale żona się nie zgodzi. (śmiech) Dzisiaj życie na wsi nie jest problemem. Do sklepu w Konotopie jest całkiem blisko. Zresztą w mieście ludzie jeżdżą do sklepu samochodem nawet dwieście metrów. Dojazd do Meszy też jest prosty. Jeżeli jednak ktoś prowadzi bardzo aktywny tryb życia, to ulokowanie się w dziczy może być dla niego problemem. Ale Mesze nie są odcięte od świata.

Zaprzyjaźnił się pan z miejscowymi ludźmi?

Za dużo kontaktów nie mamy. Chętnie bym czasami porozmawiał, ale nie chcę robić tego na siłę. Wydaje mi się, że już nas zaakceptowali, że staliśmy się tutejsi. Dla mnie to wyjątkowe miejsce, bardzo spokojne. Najpiękniej jest rano, kiedy jest kompletna cisza. Mamy tutaj takie prawie oswojone wielkie żurawie. Słychać je o świcie, to coś niesamowitego, czego nie da się z niczym porównać. Zawsze mi się marzyło, żeby otwierając okno było widać pola, lasy, przestrzeń po horyzont. Takich miejsc w naszych stronach jest wiele. Piękne są okolice Kożuchowa i Nowego Miasteczka, gdzie teren kształtują Wzgórza Dalkowskie. Dzisiaj, gdybym życie zaczynał od nowa, to szukałbym dla siebie takiego miejsca.

Nigdy bym się po panu nie spodziewała zamiłowania do wsi, ciszy, żurawi. Kojarzy się pan jednak z ciągłą akcją.

To trzeba ze sobą pogodzić. Chcąc mieć siłę, żeby w tym pędzie żyć, to trzeba pamiętać o chwili oddechu. Inaczej się nie da. Trochę późno zacząłem tak robić, ale lepiej późno niż wcale. Moje dzieci są na etapie takiego właśnie zabiegania i rzadko tutaj przyjeżdżają. Nikt nas tutaj z zaskoczenia nie odwiedza. Nie robimy rodzinnych spotkań. Moja siostra z Białorusi ma przyjechać. Wtedy pewnie trochę posiedzimy w altanie.

Teren jest pięknie zadbany. Wszędzie rosną kwiaty, trawnik wykoszony. Letni domek jest uroczy. Wygląda to jak w bajce, ale pracy rzeczywiście kosztuje ogrom.

Nawet sobie pani nie wyobraża. Zdarzają się takie dni, że zastanawiamy się, czy nie zrobiliśmy jednak błędu, czy ten teren nie jest dla nas za duży. W Nowej Soli też jest dom i ogród, w który żona wkłada bardzo dużo pracy. Kiedy tutaj przyjeżdża, czeka ją to od nowa. Dlatego zmieniamy trochę koncepcję tej działki. Idziemy w byliny i kwiaty wieloletnie, żeby nie trzeba było w to tyle pracy wkładać. Tam praca i tutaj, nie jesteśmy w stanie jej ponawiać . Do tego warzywa zżerały nam dzikie zwierzęta. Proszę mi wierzyć, przyszły i zżarły (śmiech) borówki, korę objadły z drzewek. Przyjechaliśmy, a jarmuż cały zżarty. Teraz w sezonie przyjeżdżam tutaj prawie codziennie. Koszę trawnik, a zajmuje to kilka godzin.

Nie brakuje państwu wakacji w jakimś innym miejscu?

Trochę brakuje, dlatego żona teraz wyjechała zwiedzić coś innego niż Mesze (śmiech). Obiecałem, że jeszcze w tym roku gdzieś się razem wybierzemy. Choć mnie tak już nie ciągnie. Szukam miejsca, gdzie jest cisza, spokój i mało ludzi. Oczywiście lubię słońce, ciepłe morze i smaczne jedzenie. Agnieszka żartuje, że za tę ciężką pracę i pieniądze włożone w Mesze mielibyśmy super wakacje do końca życia. Mówi tak, kiedy jest naprawdę zmęczona utrzymywaniem terenu. Kiedy jednak siadamy na huśtawce i oglądamy zachód słońca, to jest wspaniale. Do naszego azylu docieramy tak naprawdę w pół godziny. Nigdzie nie musimy lecieć. Mesze, Marianki i Konotop stały się dla nas drugim domem. Mogę sobie tutaj podumać.

I o czym pan tak duma?

(śmiech) O życiu. Czytam książki, gazety. Czasami tylko patrzę jak rosną kwiaty, obserwuję niebo, ptaki. Sam coś ugotuję nad ogniskiem albo na grillu. To wyjątkowe miejsce. Z wielką radością jadę codziennie na Mesze i muszę przyznać, że cieszę się też, gdy wracam do domu, do Nowej Soli.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *