Ares ma 20 lat. „Nie ma chwili, by spojrzeć wstecz” [ROZMOWA]

– Zawsze podkreślam, że my te dzieciaki przede wszystkim dobrze wychowujemy, kształtujemy. Mamy najwięcej zespołów młodzieżowych dziewczyn w województwie. Nikt nie ma więcej – mówi Radosław Abramczyk, prezes siatkarskiego Aresa Nowa Sól. Klub w sobotę będzie świętował 20-lecie

Mateusz Pojnar: Szybko minęło te 20 lat?

Radosław Abramczyk, prezes Aresa: I tak, i nie. Z jednej strony szybko mija czas, ale mimo wszystko, jak się spojrzy, mnóstwo włożyliśmy w to wysiłku i pracy. Jak się jest w gazie, pracuje, to upływu czasu aż tak się nie odczuwa. Pewnie gdybym poszedł na rok urlopu, to wtedy bardziej. A tak nie ma chwili, by spojrzeć wstecz. Cały czas coś się dzieje.

Mirosław Kasprowicz, trener: Może i szybko, ale dojdę do tego pewnie w sobotę na 20-leciu, kiedy zobaczę dziewczyny, które – jak tworzyliśmy klub – były dziewczynkami, a niektóre mają już własne rodziny. I może wtedy dotrze do nas to, że tyle czasu upłynęło.

Jak to się zaczęło z tym Aresem?

A.: W Astrze przez rok prowadziłem chłopców, choćby Rafała Snocha, który teraz jest naszym trenerem. To były lata 1999-2000. W 2000 r. prezes Rola mówi: „Mamy w klubie dziewczyny, ale może lepiej byłoby, gdyby ktoś przejął tę sekcję”. A ja przychodziłem akurat pracować do „Ogólniaka” i pomyślałem, że warto w to pójść.

To był czas, kiedy powstawały UKS-y. I tak zaczęliśmy działać. Ciekawostka: od lat 60. w LO działał SKS Ares, od 26 listopada 1999 przemianowany na UKS.

W 2002 podczas obozu w Dźwirzynie Mirek na dobre włączył się w ten projekt. To był pierwszy i ostatni obóz Astrą. Pojechało ok. 14 dziewcząt, teraz jeździ po 50. A łącznie w klubie mamy ok. 100 siatkarek (uśmiech).

K.: W 2004 zrobiłem papiery trenerskie i wtedy wziąłem pierwszą grupę minisiatkówki, a wcześniej działałem jako wiceprezes Aresa. Wciągnąłem się w siatkówkę przez Radka, bo całe wcześniejsze życie upłynęło mi pod znakiem… piłki nożnej. W tej pierwszej mojej drużynie były Natala i Ala Więcław, Martyna Antonowicz czy Hania Lewczyk.

Na początku trudno było ze szkoleniem, nie mieliśmy trenerów. Stwierdziliśmy, że ważne jest szkolenie minisiatkówki od klasy piątej-szóstej. Albo nawet i czwartej, żeby te dobre wyniki już pojawiały się w ligach młodziczek i kadetek. Powoli zatrudnialiśmy trenerki: Alę Janowską, Alę Kordos, Natalię Spiler, która przyjedzie na 20-lecie ze swoim dzieckiem. Też Kamilę Majewską, teraz już żonę Pawła Skibickiego z Astry.

A.: Aśka Wołyńska też pracowała jako trenerka. Zaczynaliśmy od młodziczek i kadetek, potem doszły juniorki.

K.: No i Kasia Gosk, która pracuje z nami do dziś.

Słyszałem, że traumatyczny moment mieliście na pierwszych ćwierćfinałach Mistrzostw Polski.

A.: Gorzów zrezygnował z wyjazdu na 1/4 juniorek do Kędzierzyna-Koźla i my pojechaliśmy za nich. To był bodaj 2004 r. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy, co to jest siatkówka; zderzyliśmy się ze ścianą, z naprawdę mocnymi zespołami. To rzeczywiście było traumatyczne przeżycie (śmiech). I jeden z przełomowych momentów, bo nam się wydawało, że coś fajnego robimy, ale zobaczyliśmy, ile nam jeszcze brakuje. Mecze trwały po 30-35 minut, sety przegrywaliśmy np. do siedmiu…

Zetknęliśmy się z prawdziwą siatkarską Polską, bo akurat Kędzierzyn zdobył wtedy mistrzostwo kraju. Oglądaliśmy ten ich puchar, człowiek czuł się jak ze sportowej wsi. Zderzenie światów niesamowite.

Takie porażki dołują czy napędzają do działania?

A.: Jak się ktoś podniesie, to napędzają. Ale można się popłakać i zrezygnować.

A rozpłakaliście się kiedyś przez siatkówkę? Był moment zwątpienia, czy warto ciągnąć to dalej?

A.: Raczej czasem wściekłość się pojawiała.

K.: Wiesz, byliśmy młodsi i ta młodość sprawiała, że szybko z takich porażek się otrząsaliśmy. Zimny prysznic powodował, że pytaliśmy siebie, co robić, jak pracować, żeby było lepiej.

Jak zaczynaliśmy, finanse były śmieszne. Na początku dostaliśmy 1500 zł z miasta, a teraz dotacja to 60 tys. Widać, ile się zmieniło. Warto zaznaczyć, że tak naprawdę siatkówka żeńska w Nowej Soli zawiązała się już w latach 70., wtedy panie grały jako Len i sponsorowała to fabryka Odra.

A.: Pamiętam, że w 2002-2003 mieliśmy koszmarne koszulki ze sztuczneego tworzywa. I zrobiliśmy ich wręczenie, bo to były nasze pierwsze trykoty z logiem Aresa. Teraz kupuje się koszulki hurtowo, mamy z pięć-sześć kompletów z zupełnie innych materiałów. To też pokazuje, jak wszystko poszło do przodu.

Musieliście się odnaleźć w nowych realiach, bo w latach 90. i na początku XXI wieku trwały jeszcze w Polsce przemiany. Sport zaczął być dotowany inaczej. Firmy poupadały, trzeba było szukać pieniędzy gdzie indziej. To był problem na początku?

A.: Zdecydowanie, składki były śmieszne, po 10 zł miesięcznie. I właściwie nie było jeszcze wsparcia samorządowego.

Teraz miasto głównie nas finansuje, powiat mniej, choć te pieniądze z powiatu są coraz większe, bo mamy też coraz więcej punktów w klasyfikacji rywalizacji młodzieżowej – w tym roku 49 i dostaliśmy ok. 10 tys. Ale zawsze mówię dziewczynom, że to one to wywalczyły i dlatego np. mają fundowany obóz. Regułą u nas jest, że jak są oficjalne zawody, żadna z nich nie płaci za nie ani grosza, bo to ich zasługa. Co innego jak to są turnieje towarzyskie.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *