„Dobry wieczór, nazywam się Judy Patterson”, czyli pamięć o marszu śmierci

„Dobry wieczór, nazywam się Judy Patterson, jestem córką Pauli Zyto, Żydówki, która ocalała z Holokaustu” – pisze w osobistym liście Judy Patterson. W niedzielę nowosolanie uczcili 75. rocznicę marszu śmierci z Neusalz do Flossenburga, w którym uczestniczyła jej mama. W marszu zginęło ok. 800 kobiet

W styczniu 1945 r. tysiąc kobiet wyszło na 500 km marszu śmierci do Flossenburga po likwidacji filii obozu Gross-Rosen w Neusalz. Przeżyło tylko ok. 200 z nich.

Mieszkańcy już po raz piąty uczcili tamte tragiczne wydarzenia z inicjatywy Marka Grzelki, nowosolskiego dziennikarza i społecznika. Przyszli pod tablicę upamiętniającą tę historię, która znajduje się na murze „Nitek”. To tam była filia Gross-Rosen. Nowosolanie składali kwiaty, palili znicze. Byli m.in. prezydent Jacek Milewski czy Andrzej Petreczko, szef rady miejskiej.

– Dziś oddajemy hołd dziewczynom, którym nie udało się przeżyć tego marszu – mówił Grzelka. – Sytuacja polityczna, wojenna spowodowała, że nic nie wyszło z ich planów na życie.

JEŚLI CHCESZ PRZECZYTAĆ WIĘCEJ, KUP E-WYDANIE „TYGODNIKA KRĄG”

***

LISTY OD POTOMKÓW UCZESTNICZEK MARSZU ŚMIERCI

Dobry wieczór, nazywam się Judy Patterson, jestem córką Pauli Zyto, Żydówki, która ocalała z Holokaustu, która przeżyła obóz niewolniczej pracy przy fabryce Gruschwitza oraz marsz śmierciNeusalz do Flossenburga.

Moja mama prawie nigdy nie mówiła o Holokauście. Ale kiedyś wspomniała ojcu nazwę Neusalz, a on wyjaśnił mi, że to miasto nad Odrą. Nie znałam pisowni tej nazwy, myślałam, że to może być nazwa obozu.

Pewnego dnia w 1994 roku przejrzałam książkę Martina Gilberta „Atlas Holokaustu” i po raz pierwszy natknęłam się na słowo „Neusalz” w piśmie. Strona zawierała mapę i pierwszy opis, jaki kiedykolwiek czytałam o tym, przez co przeszła moja matka: 42-dniowy marsz śmierci, od 26 stycznia do 11 marca 1945, kończący się w Bergen Belsen.

Kilka lat później zebrałam się na odwagę, by powiedzieć mojej matce, że znalazłam opis marszu śmierci w książce. Zapytałam wprost, czy brała udział w tym marszu śmierci.

Odpowiedziała: „tak”.

Nastąpiła długa pauza, po czym moja mama dodała: „teraz wiesz, przez co przeszłam”.

Ale wszystko, co miałam, to tylko bardzo krótki opis z tej książki. Musiałam ją w końcu zapytać, jak to wszystko przeżyła.

Odpowiedziała tylko: „po prostu żyj dalej”.

To krótkie wyznanie było drugim, jakie kiedykolwiek usłyszałam od niej, dotyczącym tego, co przeżyła podczas Holokaustu.

Przez lata, poprzez moje badania genealogiczne, słuchałam świadectw ocalałych z tego marszu śmierci. Przeczytałam książkę Barbary Rylko-Bauer i opis doświadczeń jej matki. Nadal bardzo ciężko mi zrozumieć, jak te kobiety mogły przeżyć w ekstremalnym zimnie, z głodowymi racjami żywności, bez odpowiednich ubrań, śpiąc w stodołach i nieogrzewanych miejscach, a wokoło inne kobiety umierały lub były zabijane, walcząc dzień za dniem, nie wiedząc kiedy i gdzie ta szczególna forma tortur się skończy. Czasami mam na tym punkcie obsesję.

Moja mama miała kuzynkę, nazywała się Mindcha Keis, ona także przeżyła ten niewolniczy obóz i marsz śmierci. Bardzo możliwe, że trzymały się razem zwiększając w ten sposób swoje szanse na przeżycie. Ale nie wiem na pewno, czy to prawda, czy tylko moja teoria.

W zeszłym roku od Barbary Rylko-Bauer dowiedziałam się o tym, jak upamiętniany jest u Was 26 stycznia. Barbara to moja mentorka w poszukiwaniach historii mojej matki. Chciałabym jej podziękować za poświęcenie tak dużej części jej życia na próby zrozumienia i pisanie o Holokauście. Chciałabym uhonorować matkę Barbary, która była lekarzem w obozie dla kobiet i która była jedyną nieżydowską kobietą zmuszoną do marszu i cierpiała obok nich.

W 75. rocznicę chciałbym zadedykować ten wieniec kwiatów tysiącu żydowskich kobiet, które w jakiś sposób przeżyły obóz pracy niewolników i które odważnie stanęły w obliczu marszu śmierci w środku zimy. Większość z nich nie przeżyła. Wyobrażam sobie czasem życie tych 200 kobiet, które przeżyły, jak to życie było okaleczone brutalnością, przez którą przeszły.

Te kwiaty dedykuję także mieszkańcom Nowej Soli, którzy co roku pamiętają to wydarzenie. Łączycie się tutaj 26 stycznia i stojąc w tym miejscu, w chłodzie, w mrozie, w symboliczny sposób pochylacie głowy nad tym, przez co te kobiety przeszły. Dziękuję Wam za świece, kwiaty i modlitwy, które tu zostawiacie.

Chciałabym podziękować Markowi Grzelce, który wymyślił i organizuje co roku to wydarzenie. Jego badania, artykuły, wykłady i ciągłe zainteresowanie przeszłością są tak bardzo ważne w przekazywaniu wiedzy o tym, co miało tu miejsce podczas II wojny światowej.

Chciałabym wspomnieć o dwóch innych kobietach, które przeżyły marsz śmierci: Breindal Helfer i Chaji Helfer. Po wyzwoleniu obozu Bergen Belsen te dwie siostry zaprzyjaźniły się z moją matką w rekonwalescencyjnym szpitalu w Ochtrup w Niemczech. Zaprzyjaźniłam się z ich synami w Los Angeles. Świadectwa sióstr Helfer na stronie Shoah Foundation dały mi jedne z najbardziej przejrzystych opisów tego, co wydarzyło się podczas 42 dni marszu.

Te dwie kobiety oraz reszta więźniarek przezwyciężyły lata niewolniczej pracy, półtora miesiąca marszu śmierci, transport pociągiem do Bergen Belsen, podczas którego zmarło bardzo dużo z tych kobiet i koszmar samego obozu.

Chciałabym powiedzieć kilka słów o kuzynce mojej matki. Mindcha Keis, o której wspomniałam wcześniej, przebyła tę samą drogę Holokaustu, co moja matka: z Bielska do getta w Sosnowcu, do fabryki Gruschwitza, Flossenburga i Bergen Belsen. I także przeżyła.

Mindcha, którą nazywamy Mimmi, wyemigrowała do Szwecji, a jej córka i wnuczka są częścią mojej dalszej rodziny. Swoimi sugestiami pomogli mojej siostrze i mi zbadać nasze polskie korzenie, gdy razem w 2018 pojechaliśmy do Działoszyc i Bielska-Białej w podróż, która otworzyła moje serce na Polaków.

Na koniec chcę uhonorować moją matkę, Paulę Zyto, która zmarła w 2012 roku i która przeżyła również ten mroczny rozdział w historii. Kiedy dorastaliśmy w Chicago, mój tata zawsze żartował, że mamie nigdy nie jest zimno. To prawda, zimy w Chicago nigdy jej nie przeszkadzały.

Zawsze zastanawiałam się, czy to przypomina jej tamten straszny chłód z 1945… Niestety, nigdy nie była w stanie nam o tym powiedzieć. Te kwiaty też są dla niej.

Dziękuję za wysłuchanie i za umożliwienie mi bycia częścią tej uroczystości.

Judy Patterson

***

Obchodzimy dziś 75. rocznicę marszu śmierci z obozu Neusalz do KL Flossenburg, który rozpoczął się właśnie w tym miejscu, gdzie dziś gromadzimy się, aby pamiętać tych, którzy przeszli te tragiczne i straszne wydarzenia.

W obozie w Neusalz przebywało około 1000 więźniarek – kobiet wyznania żydowskiego i jedyna katoliczka, dr Jadwiga Lenartowicz, która jako więzień polityczny pełniła funkcję lekarza obozowego.

Dr Lenartowicz była moją matką i szczęśliwie przeżyła niemieckie obozy koncentracyjne i ten marsz śmierci.

Po wojnie wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Zmarła w 2010 r. mając 100 lat.

Byłaby bardzo wzruszona tym, że mieszkańcy Nowej Soli podtrzymują historię i nie zapominają, co tu się działo w czasie II wojny światowej. Uważała, że musimy pamiętać o takich wydarzeniach, aby historia się nie powtarzała, to ludobójstwo. Mimo że nie mogę uczestniczyć w tych obchodach, składam z daleka ten bukiet kwiatów w moim imieniu oraz w imieniu męża i syna. I wraz z nimi dziękuję Panu Markowi i wszystkim, którzy pomogli zorganizować i którzy biorą udział w dzisiejszym upamiętnieniu.

Barbara Rylko-Bauer

***

Z uroczystym i należnym szacunkiem wspominamy nasze mamy – Paulę i Mimi, oraz ich niewiarygodne poświęcenie i wytrwałość, by przeżyć ten marsz.

Możemy sobie jedynie wyobrazić, jak wielką wolę przetrwania miały, jak wielką wewnętrzną siłę, by przeżyć te ponad 400 przerażających kilometrów, przeżyć ogrom cierpienia i bólu z każdym kolejnym krokiem.

75 lat temu wyruszyły w środku zimy po śmierć. Przeżyła jedynie garstka.

Domyślamy się dziś jedynie, że udzielały sobie wzajemnie wielkiego wsparcia.

Wiemy, że gdyby nie ich siła i triumf, nie byłoby nas tutaj, aby świętować dziś ich pamięć.

Michael Banks

FacebooktwittermailFacebooktwittermail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

One thought on “„Dobry wieczór, nazywam się Judy Patterson”, czyli pamięć o marszu śmierci

  • 31 stycznia 2020 at 03:42
    Permalink

    “Ludzie ludziom zgotowali ten los!” – miejmy nadzieje, ze obchody tej rocznicy pomoga calej ludzkosci wyciagnac odpowiednie wnioski z historii czlowieczenstwa.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media