Kożuchowscy Beatlesi

Niespisana dotąd żywa legenda lokalnej kultury z lat 60., muzyczna kometa z przaśnych czasów Gomułki. A mowa oczywiście o zespole Kleksy. Na estradzie grali z największymi: Czesławem Niemenem, Czerwonymi Gitarami, No To Co, ABC. I byli lepsi od Krystyny Prońko

Co kilka lat ktoś umieszcza kilka fotografii zespołu, najczęściej z sesji zdjęciowej w Kożuchowie, w mediach społecznościowych. I na krótko odżywają wspomnienia coraz starszych ludzi pamiętających wydarzenia sprzed pół wieku. Żyjący jeszcze członkowie zespołu spotykają się najczęściej podczas obchodów Wszystkich Świętych na grobach najbliższych w Kożuchowie.

Jacek Nadolski szukał np. kontaktu z Jurkiem Obrębskim, zostawiając dla niego karteczkę przy grobie. Wspomnienia zaczynają powoli przypominać miejską legendę, której bohaterowie mieli np. występować na opolskim festiwalu…

Jak wszyscy – chcieli grać

Ryszard Michałowski wraca myślami do początków istnienia zespołu. – Najpierw w listopadzie 1965 spotykaliśmy się u Janka Krawczyka, żeby sobie pograć na gitarach. Zespół powstał w okolicach lutego 1966. Do zakładowego domu kultury przy A-20 przygarnął nas jego dyrektor Jacek Nadolski – mówi R. Michałowski. – Na pierwsze próby chodziło się ze swoim radiem, bo nie było wzmacniaczy. Ja miałem w domu lampowe radio Rapsodia. Później było już lepiej, bo pojawił się sprzęt, organy, nowa perkusja, gitary i wzmacniacze – dodaje J. Krawczyk.

Przez zespół w ciągu czterech lat przewinęło się wielu ludzi, nie tylko muzyków: Tadeusz Rybak, Roman Cichocki, Lech Sydor, Jerzy Obrębski, Bogdan Błaszczyk, klawiszowiec Stanisław Darul, gitarzysta basowy Henryk Łużny, skrzypek i gitarzysta basowy Zdzisław Barycki, wiolonczelistka z Zielonej Góry, która uczyła w ognisku muzycznym w Kożuchowie – Teresa Janiak. Solistki: Barbara Gutowska (Wawrzynowicz), Barbara Miśkiewicz – siostra słynnego kożuchowskiego saksofonisty Henryka Miśkiewicza, która występowała z zespołem na początku jako pierwsza solistka, jeszcze przed przyjęciem nazwy Kleksy. Śpiewała jeszcze Mirosława Napierała, Bożena Szychowska, Bożena Klęczar. Jerzy Halagarda i Przemek Napierała byli konferansjerami. Jacek Rybacki zajmował się sprawami technicznymi, Ryszard Kamiński, pseudonim „Kudłaty”, to z kolei plastyk i przyjaciel zespołu.

Powstają Kleksy

Nazwa zespołu pojawiła się w drugim roku jego działalności. – Kleksy to pomysł Ryśka Kamińskiego – wspomina R. Michałowski. – Rysiek nosił długie pióra, stąd ksywa „Kudłaty”. On wymyślił te nasze stroje po wyjściu z wojska. W miejscu, gdzie funkcjonowała kiedyś spółdzielnia inwalidów, szyto ubrania z płótna żaglowego, które dobrze się prezentowały na scenie. Dobrze także wchłonęły atrament z kałamarzy. Wtedy byliśmy już naprawdę Kleksami – dodaje lider zespołu.
Gerard Nowak, od którego autor tekstu dowiedział się kiedyś o istnieniu kapeli, przez dwa lata pracował w Kożuchowie. – Dojeżdżałem tutaj motocyklem SHL 175 na wahaczach do domu kultury przy A-20. Moja pierwsza narzeczona pochodziła stąd. Istniał wówczas jeszcze kościół ewangelicki. W tym czasie prowadziłem znakomity zespół Kleksy Ryszarda Michałowskiego. Kiedy leciałem samolotem do Saragossy w Hiszpanii w celu reżyserowania koncertów, obok mnie siedziała pasażerka. Podczas lotu nad Pirenejami okazało się, że to Amerykanka pochodząca z Kożuchowa, której matka występowała jako solistka w zespole Kleksy – wspomina wieloletni dyrektor RCAK w Zielonej Górze.

Jacek Nadolski wychodzi z siebie, kiedy mówi o zespole. Taki charakter człowieka, ponoć kiedyś miał pseudonim „Detektyw”. Ci, którzy go znają, wiedzą, w czym rzecz. – Pomagałem chłopakom, jak mogłem. Kilkakrotnie nawet rozmawiałem na ten temat z Januszem Popławskim. Kiedy przyjeżdżał do Kożuchowa, to pokazywał im różne chwyty gitarowe. Zespół odwiedzał także Henryk Miśkiewicz. Chłopacy grali nawet na moim weselu – dodaje pierwszy etatowy pracownik kożuchowskiej kultury po wojnie, dyrektor placówki przy A-20.

Henryk Wawrzynowicz, późniejszy dyrektor Zakładowego Ośrodka Kultury, pielęgnuje pamięć o zmarłej żonie Barbarze (z domu Gutowskiej), która występowała jako solistka z Kleksami, także w okresie bydgoskim. Piękna kożuchowianka występowała także w latach 1976-1977 z zespołem muzycznym w restauracji Polonia w Nowej Soli. Syn Marcin kultywuje muzyczne tradycje rodzinne. To wokalista i kompozytor mający na swoim koncie kilka płyt, absolwent akademii muzycznych we Wrocławiu i Katowicach. Kolejny muzyczny brylant z Kożuchowa. Moment, kiedy tata przyprowadził młodego Marcina na próbę orkiestry dętej ZS Polmo w Kożuchowie, mówiąc, że chce, by syn uczył się grać na trąbce, dobrze pamięta niżej podpisany autor tekstu.

Lepsi od Krystyny Prońko

Najpierw zespół, chcąc zdobyć doświadczenie, wyruszył pod koniec lat 60. do Jeleniej Góry. Odbywały się tam Ogólnopolskie Przeglądy Piosenki i Zespołów Amatorskich. W czwartej edycji wzięło udział 647 uczestników, w tym 82 solistów, 16 zespołów wokalnych, 50 zespołów wokalno-instrumentalnych.

Wśród nich Kleksy.

Idealne miejsce na otrzaskanie się z publiką. Ryszard Michałowski został dostrzeżony przez komitet organizacyjny, co widnieje na okolicznościowym dyplomie. Kożuchowianie wystąpili także w następnej edycji imprezy. Wprawne oko na starych zdjęciach zauważy, że ich garnitury dopiero na późniejszych występach były całe upstrzone w kleksach.

Po zdobytych doświadczeniach przyszedł czas na podbój Zielonej Góry.

Ryszard Michałowski pamięta, że jeździli tam na giełdy piosenki. Podobnie Jacek Nadolski. – Kiedy byliśmy tam trzeci raz, przed giełdą giełd, czyli takim podsumowaniem konkursu, liczyliśmy już, że wygramy z konkurencją. Chodziło nam o to, żeby dać coś młodzieży, która przychodziła na te wieczorki do kawiarni w Hali Ludowej. Rozdawaliśmy więc pocztówki ze zdjęciami Kleksów – wspomina pan Jacek. – W Zielonej Górze mieliśmy swoich fanów. Zjeżdżało się bractwo z całego województwa na popołudniowe potańcówki – fajfy – dodaje R. Michałowski.

W 1969 roku zorganizowano młodzieżowy plebiscyt muzyczny dla uczczenia 25-lecia PRL. 25. Lubuska Giełda Piosenki to sukces Kleksów, otrzaskanych występami w jeleniogórskim klubie Kwadrat. Podczas plebiscytu wydano 600 kart do głosowania. Kleksy wygrały otrzymując ich 312, a Solanie, prowadzeni przez Gerarda Nowaka, zajęli trzecie miejsce mając 195 pkt. W kategorii solistów wygrał bezapelacyjnie Ryszard Michałowski. Drugi był Janusz Papaj z Zielonej Góry, a trzecia Krystyna Prońko z Gorzowa. Jacek Nadolski opowiadał później, jak strategicznie podszedł do tematu głosowania. – Nie mogliśmy przecież przegrać na obcym terenie z Gerardem Nowakiem! – przekonuje J. Nadolski.

Na dodatek w tym czasie powstała lubuska lista przebojów, gdzie wśród 20 piosenek królował kawałek „Jeszcze jeden raz” R. Michałowskiego, do którego stworzył muzykę. Słowa piosenki napisał Klaudiusz Maga, członek Czerwono-Czarnych, który popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości w wieku 24 lat. To jednak nie koniec: na trzecim miejscu były „Motyle” Krystyny Prońko. Słowa do tego utworu są autorstwa Edwarda Piekarskiego z… Kożuchowa.

Gitarzysta złamał nogę

Ciekawa jest historia jednej z fotografii Kleksów. Postała w okresie, kiedy muzycy szykowali się do wyjazdu do Bydgoszczy. Ponieważ młodzieńcza fantazja nie ma granic, zdjęcie postanowili zrobić przy poniemieckim samochodzie.

DKW, dość popularne w Niemczech w latach 30., teraz interesują głównie koneserów historii motoryzacji. Najprawdopodobniej przedwojenny egzemplarz Dampfkraftwagen sam w sobie był już sensacją w tym czasie na Ziemiach Zachodnich. Jacek Nadolski dobrze pamięta oryginalny samochód. – Kiedy pojechaliśmy dekawką do Zielonej Góry na występy, parkowaliśmy na placu Lenina. Największą sensację wzbudził oczywiście nasz samochód. Tym autem jeździłem później do Wschowy, gdzie mieszkałem. Najpierw właścicielem dekawki był pan Rośliński z ul. Traugutta w Kożuchowie, który pracował w starostwie powiatowym.

Pieniądze na zakup samochodu wyłożył Jurek Obrębski. Jacek Rybacki pamiętał, że Jurek Obrębski miał zamożnych rodziców, którzy mieszkali nad domem kultury A-20, czyli nad restauracją Agawa, i pomagali Kleksom. Dlatego po zakończeniu naszej działalności sprzęt muzyczny przewoziliśmy do nowego domu Jurka – do Przesieki koło Cieplic – wspomina pan Jacek.

Fotografię na dekawce wykonał Jacek Nadolski w pobliżu swojego domu przy ul. 9 Maja w Kożuchowie. Na dachu siedzi Stanisław Darul i Jan Krawczyk. W samochodzie widzimy Jurka Obrębskiego, Ryszarda Michałowskiego, Adama Janusa i Zdzisława Baryckiego.

Muzycy na dachu trzymają transparent z napisem: „Do ciebie przyjedziemy nawet na dachu”.

Autor hasła tak się rozpędził, że zabrakło miejsca na ostatnią literę napisu. Została ona jednak przyczepiona pinezkami. Schodząc z auta po zrobieniu zdjęcia jeden z chłopaków złamał sobie nogę. – Nie pamiętam, który dokładnie, przecież minęło od tej chwili pół wieku – śmieje się R. Michałowski.

Starą odbitkę tej fotografii w formie plakatu o wymiarach prawie 50 cm na 60 cm ma Bronisław Zakrzewski, emerytowany wuefista z Kożuchowa. – Dostałem ją od Jacka Rybackiego. W rogach ma ślady po pinezkach, więc musiał być gdzieś powieszony – zastanawia się nauczyciel.

Przed wyjazdem na kontrakt do Bygdoszczy chłopaki mieli narady w mieszkaniu Obrębskich. – Jurek miał być kierownikiem organizacyjnym zespołu, jednak jak pojechał wydrukować nasze afisze, w czasie kiedy mieliśmy obóz muzyczny w Grudziądzu, tak zaginął; rozpoczęły się koncerty, a jego nie było – śmieje się Jacek Rybacki.

Rubiny rozbłysły w Bydgoszczy

Ryszard Michałowski pamięta, że ich pracodawca, Estrada Bydgoska, nie chciała ich dotychczasowej nazwy zespołu. – Wydawała im się zbyt szkolna, taka dla małolatów. Zgodziliśmy się na przemianowanie na Rubiny. Zaprojektowano nam stroje przypominające uniformy Trubadurów – wspomina gitarzysta. – Jako zawodowcom zmienili nam nazwę na Rubiny, bo bardziej chwytliwa – dodaje Roman Gierszewski, utalentowany saksofonista.

W „Gazecie Pomorskiej” czytelnik w dziale kulturalnym mógł trafić na tekst „Variete w Kino-teatrze”, gdzie mógł przeczytać: – 14 bm o godz. 17.30 i 20.15 Estrada Bydgoska organizuje ciekawą imprezę w Kino-teatrze przy ul. Dwernickiego. W programie wystąpią m.in. młodzieżowy zespół Estrady Bydgoskiej Rubiny, który pięknie się zaprezentował w hali Astorii, piosenkarka węgierska Marianna Tycho, bardzo dobre trio żonglerów i piosenkarka z Czechosłowacji J. Batrunkova. Bilety w kasach Orbisu i Estrady.

Henryk Wawrzynowicz wśród pieczołowicie przechowywanych pamiątek po zmarłej żonie ma także plakat, na którym czytamy, że „Estrada Bydgoska zaprasza na imprezę rozrywkowo-reklamową z pokazem modnej młodzieży. Udział biorą: Ewa Karpati (Węgry – piosenki), Andrzej Grześkowicz (konferansjer), Barbara Gutowska (piosenki). Zespół wokalno-muzyczny Rubiny: Ryszard Michałowski (gitara prowadząca), Jerzy Obrębski (gitara basowa), Roman Gierszewski (organy elektryczne), Adam Janus (perkusja) i Teresa Janiak (wiolonczela)”.

Roman Gierszewski także pamięta występy: – Kiedy graliśmy w Estradzie Bydgoskiej, do składu dorzucali nam to węgierską piosenkarkę, to wykonawcę z Czech, Petrusa. Śpiewał także z nami włoski piosenkarz. Organizowano nam koncerty w całej Polsce. Jeździliśmy w Poznańskie, Olsztyńskie, występowaliśmy nawet w Lubuskiem.

W międzyczasie muzycy pojawiali się w Kożuchowie, co wspomina Tadeusz Łuczak, nazywany ostatnim złomiarzem III RP, który dobrze pamięta restauracyjne klimaty tamtych lat. – Jak przyjechali z Bydgoszczy, to pojawili się w restauracji Pod Lipami, gdzie bywała starsza klientela, chociaż zespół wcześniej ćwiczył w Agawie, w której z kolei królowała młodzież. To były piękne czasy. To były piękne czasy. Natomiast Klubowa, z kremami, na które przyjeżdżali notable partyjni z Zielonej Góry, była dla elit. Muzycy zamówili winiak De Luxe Rubin. Na pewno dlatego, że pod taka nazwą wtedy występowali – domyśla się pan Tadeusz. – W czasach młodości nie wylewało się za kołnierz. Piliśmy Rubina – potwierdza R. Michałowski.

W estradzie grali z największymi: Czesławem Niemenem, Czerwonymi Gitarami, No To Co, ABC. – Nagrywaliśmy utwory dla Polskiego Radia w Bydgoszczy, Warszawie, Zielonej Górze. Później powstała nawet płyta winylowa łącznie z nagraniami zespołów wiodących, jednak nie dotarłem do niej – wspomina lider Rubinów.

Po roku wrócili z Bydgoszczy i zespół się rozwiązał. – Ścigało nas wojsko – wyjaśnia R. Michałowski. – Wtedy nie było zmiłuj się. Doszliśmy do wniosku, że więcej z siebie nie wykrzeszemy bez wykształcenia muzycznego.

Żołnierz królowej Jadwigi

Jan Krawczyk grał na gitarze akordowej i śpiewał. – Ten okres to młodość, brawura i przygoda. Dołączyłem przed pierwszym wyjazdem Kleksów do Jeleniej Góry, gdzie byliśmy na 4. i 5. przeglądzie. W Jeleniej Górze w klubie Kwadrat nieźle nam poszło. Do Bydgoszczy z zespołem nie wyjechałem, bo poszedłem jesienią 1968 do wojska. Jacek Nadolski załatwił, że do woja trafiłem kilka dni później, bo termin kolidował z datą przeglądu w Jeleniej Górze. W jednostce wojskowej w Kożuchowie pojawiłem się z włosami do ramion. Mówili o mnie, że po jednostce chodzi żołnierz królowej Jadwigi. Na szczęście ostrzygł mnie kolega. Następnie przenieśli mnie do jednostki w Komorowie – wspomina wyraźnie ożywiony wspomnieniami kożuchowianin.

Po wojsku, w nowych okolicznościach w Kożuchowie wykluwał się kolejne składy młodych muzyków – Konglomerat i Konglomerat 2. Stworzyli go Ryszard Michałowski, Bogdan Polikowski, naprawdę solidny gitarzysta, Ryszard Marczak , Jerzy Siring, Tadeusz Fita, niestety przedwcześnie zmarły w tragicznych okolicznościach zdolny perkusista, również Ryszard Komarnicki, koncertujący w Europie Zachodniej i Ryszard Tyborowski, wirtuoz gitary klasycznej w Kanadzie.

To jednak już zupełnie inna opowieść.

Niepublikowaną dotychczas historię Kleksów opisałem na podstawie archiwalnych materiałów i wypowiedzi świadków, z których niektórzy już nie żyją.

Józef Piasecki

(red)
(red)

Latest posts by (red) (see all)

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *