Kontestowanie PRL-u

W każdym momencie istnienia reżimu komunistycznego byli ludzie z nim walczący i przez niego prześladowani. Byli także tacy, którzy z niego drwili. Powody były przeróżne

W grupie tych pierwszych ludzi należy wymienić choćby Janusza Niemca, obecnie mieszkającego w Mirocinie Średnim. To syn Żubryda, legendarnego dowódcy partyzanckiego oddziału Narodowych Sił Zbrojnych w Bieszczadach. Pan Janusz jest obecnie uznawany za najmłodszego więźnia politycznego komunistycznej Polski, bo mając zaledwie 5 lat trafił do więzienia. To było równo 72 lata temu.
„Niech gnije Stalin!”

Kożuchowski emerytowany fotograf Stefan Czapliński skończył siedmioklasową szkołę powszechną w latach 50., złotym okresie stalinowskiego kultu jednostki. Pamięta, że kiedyś na lekcję przyszło dwóch mężczyzn żądających ściągnięcia krzyża wiszącego nad drzwiami. Ponieważ nie znaleźli ochotnika, znaleźli chłopca, który miał to zrobić. Zagrozili, że jego matka straci pracę. Chłopiec ze łzami w oczach wszedł na drabinę i zdjął krzyż. Na codziennych apelach uczniowie przestali wtedy śpiewać pieśń religijną, a zamiast niej „Naprzód, młodzieży świata”. Stefan tego nie śpiewał, tylko udawał, bo ten ustrój mu nie odpowiadał.

Ówczesny kierownik szkoły bił uczniów patykiem po głowie, kiedy nie śpiewali. – Kolega Henryk Balicki namówił mnie do pewnego wybryku. On na budynku przy ul. Zielonogórskiej namalował farbą napis „Niech gnije Stalin!”, a ja stałem na czatach. Głupota młodych ludzi, bo przecież nasi rodzice mogliby mieć straszne kłopoty. Przyuważył to ówczesny komendant milicji jadący na rowerze. Na szczęście kiedy uciekaliśmy, nie rozpoznał nas. Na skrzyżowaniu kolega uciekł w lewo, a ja w prawo – przypomina fotograf, mając świadomość, że cudem uniknęli poważnych konsekwencji.

Pan Stefan po lekcjach uczył się m.in. francuskiego u Anny Haller. – Kiedy jeden chłopiec powiedział jej, że ma dwójkę z rosyjskiego, to dostał od niej piórnikiem po głowie i usłyszał: „Język naszych wrogów trzeba bardzo dobrze znać!” – śmieje się pan Stefan. Humorystyczne sytuacje zdarzały się w późniejszych latach znacznie częściej, bo uścisk systemu był coraz słabszy, a Polacy potrafili z tego wyciągać daleko idące wnioski.

Prowokator urodzony w PRL

Marek Zgaiński napisał ćwierć wieku temu w „Gazecie Lubuskiej” po ukazaniu się książki „Moja szajba” Andrzeja Tokarskiego, że jest tak obrazoburcza i prowokacyjna, że ktoś inny, kto odważyłby się na taką publikację, musiałby być albo wyrafinowanym samobójcą, albo wzorem Salmana Rushdiego ukrywać się latami w piwnicy. Recenzent odradzał branie do rąk książki 99 procentom społeczeństwa, w tym bywalcom dyskotek. Piotr Piotrowski nazwał autora Madonną Ziemi Lubuskiej, artystycznym omnibusem i dynamitem ukrytym za okularkami, którego prowokacje w obszarach kultury wysokiej można porównać jedynie z dokonaniami w strefach niskich znanej piosenkarki Madonny.

Zdzisław Haczek pisał, że książka Tokarskiego została wycofana ze sprzedaży. Podobno cenzura kościelna się nie zgodziła. Tak było w 1993 roku, jednak do 24. roku życia nieszablonowy kożuchowianin był obywatelem PRL. Andrzej Tokarski – pseudonim artystyczny Ziggy Stardust, którego twórczość stała się tematem prac magisterskich, miał wówczas ze swoimi absurdami niezłe pole do popisu.

Zielona waluta

Do 1980 chodził do Szkoły Podstawowej nr 2 w Kożuchowie. Tam zaczął robić pierwszą gazetkę ścienną, która była wywieszana na pierwszym piętrze budynku i nie miała jeszcze zabarwienia politycznego. Dotyczyła głównie tematyki ufo i kosmitów. – Ze Sternikiem, Mariuszem Nadolskim, stworzyliśmy tam kabaret Pod Grzybkiem. Radiomagnetofon kasetowy Unitra Maja 2 miał podpięty mikrofon, pauzę i posiadał wejścia. Nagrywaliśmy thriller według scenariusza „Nocy księżycowej” Lema. W tym czasie tworzę pierwsze komiksy i rozprowadzam „walutę”. W podstawówce był szał na robione przeze mnie dolary. Ścigaliśmy się po ulicach starając odebrać banknoty jeden drugiemu, ja nosiłem je schowane w bucie. To była taka nasza młodzieżowa waluta. Rysowałem podobiznę prezydenta George’a Washingtona – śmieje się Ziggy.

Banknoty wycinał z kartek bloku technicznego, jednak te właściwe, których była większość, są związane z ówczesnymi PKP. Mama Stefana Pyki, sąsiada anarchisty, pracowała wtedy na kożuchowskim dworcu kolejowym jako kasjerka. – Zostawały im całe paczki niewykorzystanych kartonikowych biletów. Naklejałem podkolorowane na zielono miniatury amerykańskich banknotów na te kartoniki. Dolary wpadły kiedyś w ręce ówczesnego dyrektora „dwójki” Kazimierza Muchewicza. Na początku miał pretensje, jednak był to na szczęście człowiek obdarzony poczuciem humoru, dowcipny – mówi artysta.

W Kożuchowie w tym czasie od pojawiających się okazyjnie żołnierzy radzieckich można było kupić m.in. duże cukierki czekoladowe i popularne banknoty dziesięciorublowe – czerwońce.

Bezpieka na tropie

Nadszedł pamiętny sierpień 1980 roku. W Stoczni Gdańskiej im. Lenina pod kierownictwem Bogdana Borusewicza zaczyna się strajk. Robotnicy na zorganizowanym przez siebie wiecu żądają m.in. przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, postawienia pomnika ofiar Grudnia 70. i podwyżki płac o dwa tysiące złotych. Znamy to wszyscy m.in. z kadrów filmu „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy.

Jesienią 1980 roku Andrzej pojawia się w murach kożuchowskiej SP nr 1 jako uczeń pierwszej klasy Liceum Rolniczego. Uczęszcza tam także Mariusz Nadolski i Piotr Kantor „Patabuk” – późniejsi członkowie zespołu Rozkrock. Chłopaki najpierw udzielają się w kabarecie Teściowa Mojej Żony, a później tworzą grupę muzyczno-teatralną Wisielec Adaś. Najwięcej kontrowersji wzbudziła podczas tego etapu edukacji Ziggy’ego Stardusta jego gazetka ścienna. Pojawia się na niej np. wycięte zdjęcie przedstawiające ludzi siedzących przy stole z doklejonym napisem: „ORMO czuwa!”. W szkole w następstwie gazetki pojawiają się podobno pracownicy Służby Bezpieczeństwa.
Milicja podpalała stodoły

Ziggy w latach 80. był w Chodzieży na świetnym koncercie zespołu Ręce do Góry, który wykonywał utwór „Kim jest Józef K.” – później występowała z nim Pidżama Porno. Podczas wykonywania tej piosenki chodził wśród publiczności, pytając ludzi: kim jest Józef K. Okazało się, że nikt tego nie wiedział. – Zrozumiałem wtedy, że zespoły rockowe są czasem zbyt ambitne i lepiej jest pojechać w kierunku absurdu, normalnej głupoty – mówi Andrzej.

Impreza w Chodzieży była trzydniowa. Pierwszy dzień był punkowy: Deuter, Armia Stan Zvezda. Drugiego dnia królowało reggae: Izrael, Imannuel. W jednym z zespołów śpiewała wtedy ze Zgodą początkująca Kayah. Ponieważ była atrakcyjną dziewczyną, publiczność wołała do niej: rozbierz się! To ją ubodło, więc rozstała się z zespołem. Trzeciego dnia w Chodzieży wystąpił Totart. – Wchodzę i widzę, jak dwóch gości nierówno wali po bębnach. Wciągają na scenę siedmiometrowy transparent z wymalowanym tekstem: „Miesiączkuje woźna, będzie zima mroźna”. Pogadałem wtedy z Pawłem Konjo Konnakiem i pomyślałem sobie, że jak istnieje taki Totart, to ja zakładam zespół – śmieje się lider kapeli.

Współpraca z Totartem, Konjo i Skibą przeciągnęła się do początków lat 90. W telewizji podczas Lalamido zapamiętałem kulinarny przepis A. Tokarskiego: łyżwy w galarecie. Wtedy od iskry, którą był Józef K., rozbłysnął płomień Rozkrocku. Jednak trzeba pamiętać, że nazwa Rozkrock jest skrótem od Rozpie…ić Rocka. Zespoły rockowe dosyć często zaczynają awangardowo, a kończą na popie. A wracając do Chodzieży: przez całą imprezę tylko jeden raz przyszedł sierżant milicji obywatelskiej, żeby zobaczyć, co się dzieje. W sali obok człowiek z Piły o nazwisku Parczewski przedstawiał młodzieży wykład o czeskim zespole undergroundowym The Plastic People of The Universe. Muzycy kapeli za komuny byli tak gnębieni, że zdarzało im się grać po stodołach, które podpalała czeska milicja. Historia tej kapeli zdumiewa skalą prześladowań i jest znaczącym dowodem na tezę o potędze muzyki w walce z systemami totalitarnymi.

Oaza wolności

Rozkrock został kiedyś określony w „Razem” przez jednego z redaktorów jako jedna z najgłupszych nazw kapel muzycznych. Dezerter także nie należał do pupilków redakcji. Muzycy tego zespołu ośmielili się bowiem zaśpiewać część redakcyjnego artykułu w kolorowym tygodniku.
Rozkrock na swojej koncertowej mapie ma także Jarocin. To historia koncertu, który nigdy się nie odbył. Po wstępnych przesłuchaniach muzycy zostali zakwalifikowani do występu na małej scenie, jednak następnego dnia dowiedzieli się, że tam także nie będą mogli zagrać. Wątpliwości nie rozwiał nawet Jurek Owsiak. Tematem nie do przeskoczenia były ponoć teksty piosenek.
Sam festiwal był w schyłkowym okresie PRL-u mekką muzyków myślących inaczej.

Walter Chełstowski, dyrektor festiwalu w Jarocinie, mówił po latach, że z Jarocina publiczność wyjeżdżała „naładowana wolnością” przez zespoły tam występujące. To była taka gra z systemem, której częścią była współzależność – bo przecież zbuntowane zespoły miały próby w studenckich klubach. O sile muzyki świadczy fakt inwigilowania festiwalu w latach 80. przez bezpiekę.

Materiały źródłowe na ten temat opublikował Instytut Pamięci Narodowej w książce „Jarocin w obiektywie bezpieki”.

Ocenzurowany koniec świata

Rozkrock zakwalifikował się na koncert w toruńskim klubie Od Nowa – na Bielanach, w miasteczku uniwersyteckim. Tego samego, gdzie po raz pierwszy koncertował Kult i związanego z Grzegorzem Ciechowskim.
– Wtedy po raz pierwszy musiałem mieć zgodę cenzury na teksty, które chciałem śpiewać. Stawiłem się w zielonogórskim Okręgowym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Od pani cenzor dowiedziałem się, że nie mogę dostać takiej zgody, bo jestem osoba prywatną. Musiałem być polecony przez kogoś, kto dysponował pieczątką. Wróciłem do Kożuchowa – mówi muzyk, który za urzędową potrzebą wybrał się do zakładowego ośrodka kultury, na którego miejscu jest obecnie market Netto. Niestety, nie przybito mu pieczątki na wniosku, choć pokazał plakat imprezy, gdzie były nazwy grup mających tam wystąpić: Róże Europy i punkrockowy TZN Xenna. W zamian bezskutecznie oferował darmowy koncert. Żadnej reakcji. Tym razem kroki skierował do Kożuchowskiego Ośrodka Kultury w zamku. Dyrektorem był wtedy Bogumił Kapuśniak. – Przedstawiłem mu swoją prośbę, a on odparł, że najpierw musi zobaczyć nasz występ. Jednak raczej chciał się pozbyć problemu, bo nie można było uzgodnić terminu koncertu. Wtedy pomocną dłoń wyciągnął jeden z instruktorów muzycznych, który na boku przystawił pieczątkę. Nie wiem, ale wszyscy w Kożuchowie mieli wtedy pietra przed cenzurą. Pojechałem więc drugi raz do zielonogórskiej cenzury. Kiedy mnie ponownie wezwano, pani cenzor zapytała mnie: co pan sobie jaja robi?! – cytuje jej reakcję muzyk.

Okazało się, że na pieczątce figurował kierownik kierownika. Przy okazji Ziggy dowiedział się, że jego teksty są niezrozumiałe. Cenzorka skierowała go do wydziału kultury z zastrzeżeniem: jeśli oni się zgodzą, to ona też. – W tym drugim miejscu pani pyta mnie: o czym jest ta piosenka? Odpowiadam: o końcu świata. Usłyszałem, że przecież wszyscy wiedzą, że kiedyś będzie koniec świata, więc po co o tym śpiewać – kończy opowieść łowca absurdów.

Tajemniczy portier

Kiedy Ziggy pracował w kożuchowskiej melioracji, Jacek Romański, członek Rozkrocku, wywinął mu następujący numer. Zadzwonił tam, przedstawiając się jako kapitan SB. Wypytywał oczywiście o Andrzeja Tokarskiego. Później go o tym poinformowano, na szczęście obyło się bez żadnych konsekwencji. Mógł być dalej portierem. – Któregoś dnia w pracy dostałem telegram z Gdańska. Pada w nim pytanie: Czy nie zgralibyście koncertu w Trójmieście. Z kim? Z Dezerterem. Przyjechaliśmy, no i co: Dezerter i ciołki z Kożuchowa – śmieje się prawdziwy undergroundowiec.

Robertowi „Robalowi” Materze powiedziałem, że dla bezpieczeństwa wolimy jako support zagrać po ich występie. Z magnetofonu poleciała jako podkład m.in. „Swiaszcziennaja wojna” funkcjonująca także jako „Dawaj strana narodnaja”. Ludzie podchodzili pod scenę patrząc, co się dzieje, bo byli totalnie zaskoczeni. Mój znajomy z tamtych czasów – Jacek „Katos” Katarzyński z Zielonej Góry – napisał do tej pieśni zabawny komentarz po rosyjsku – wspomina A. Tokarski.

Cukier w wersalce

Andrzej wyjaśnia, że w jego działaniach chodziło trochę o kontestację rzeczywistości. – Pamiętam, że w wersalce w pokoju leżały dwa duże wory cukru. Po cholerę robić zapasy, ale taka była wtedy rzeczywistość na kartki – wyjaśnia muzyk, który był jednym z tych, co przynosili jedzenie pracownikom Polmo nr 1, kiedy strajkowali.

W czasie protestów w sprawie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu Ziggy zobaczył jedną fantastyczną rzecz. Byli tam ludzie instruujący, jak robić plakaty z pasty BHP z dodanym barwnikiem, na sicie. – Kiedy jeździłem do Trójmiasta, okazało się, że w większym mieście nie sposób było kupić farby do powielaczy nie pokazując dokumentów. A w tym czasie w naszym prowincjonalnym Kożuchowie, w małym sklepie chemicznym obok księgarni w rynku, bez żadnych problemów mogłem dostać cenny składnik. Tylko kupowałem i woziłem – wspomina mieszkaniec miasteczka. Niedaleko tego sklepu chemicznego, przed Apteką pod Lwem, Andrzeja Tokarskiego, Mariusza Nadolskiego i Piotrka Kantora legitymowało trzech milicjantów uzbrojonych w kałachy. To było jeszcze w stanie wojennym.

Żegnaj, Gorbaczow

Miejscem, gdzie spotykała się młodzież o zupełnie innych poglądach niż prowokator Andrzej Tokarski, były dyskoteki. Nastolatki wyginały się w rytm piosenek zza żelaznej kurtyny. To był okres, kiedy w szwajcarskim serze systemu totalitarnego było już więcej dziur niż samego sera. Tak było dosłownie we wszystkich dziedzinach życia. Pojawiały się nawet piosenki dyskotekowe nawiązujące bezpośrednio do ZSRR. Pamiętam, że chodząc w tym czasie do kożuchowskiego liceum i przygotowując się do apeli na świeżym powietrzu, gdzie nieraz mówiono o wzniosłych ideałach, można było usłyszeć „U.S.R.R.” Eddi Huntingtona czy „Tovarish Gorbaczov” The Midnight Moscow. To było wtedy takie puszczenie oka przez wykonawców Italo Disco do młodzieży. Z dużych tonsilowskich Altusów niósł się wtedy daleko w Kożuchów znamienny refren tej drugiej piosenki: Tovarish Gorbaczov do swidania!

Dyskoteki odbywały się wtedy dosłownie wszędzie. W Kożuchowie w soboty było czasami do wyboru kilka miejsc na zabawę przy rytmicznych kawałkach: Zamek, DK Polmo, Żagańska czy okolicznościówki w szkołach. Na wioskach podobnie: na latające nisko sztachety lepiej było uważać np. we Wrociszowie i Mirocinie Górnym. Najczęściej iskrą zapalną było oczywiście tańczenie z dziewczyną z danej wioski.
Kontestacja PRL-u zdarzała się i tam. Pośród młodzieży ubranej najczęściej w dekatyzowane ciuchy widywano m.in. osobnika w czarnych mokasynach, białych skarpetach i czarnych zamszowych bryczesach. Do czarnej kurtki skórzanej miał przypięty ozdobny naramienny sznur milicyjny, a do czarnego kaszkietu ze złotym otokiem czerwoną odznakę z wizerunkiem Włodzimierza Lenina. Taka odrobina inności à la kalifornijski klub dyskotekowy Stratus na lubuskiej prowincji w czasach komuny. Jednak to już zupełnie inna historia.

Do 1989 byłem uczniem LO w Kożuchowie. Na spotkaniu klasy z oficerem politycznym z pobliskiej jednostki wojskowej, który robił sobie żarty z nieznajomości Pisma Świętego przez katolików, podniosłem rękę, wstałem i zadałem pytanie; odpowiedź pokazała, że było raczej retoryczne: „Czy wszyscy komuniści znają dzieła Lenina?”.

To była decyzja natychmiastowa, dla zasady.

Józef Piasecki

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

One thought on “Kontestowanie PRL-u

  • 17 grudnia 2018 at 00:12
    Permalink

    Mam album ROZKROKu 🙂 Bardzo lubię swoiste punko-polo. Ucieszyła mnie też fotografia ze spektaklu ‚Tyrania’ teatru Terminus A Quo (pierwsze foto w tekście) z nieodżałowanym ś.p. Zdzisławem Grabowskim.

    16 listopada 1985 – Kożuchów. Kożuchowski Ośrodek Kultury. Zamek. Finał IV TURNIEJU POETYCKIEGO O „PIERŚCIEŃ KINGI”

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *