Marek Grzelka: Trudno jest obcować z takim złem

To był wyjątkowy wieczór. W bibliotece odbyło się spotkanie dotyczące filii obozu Gross-Rosen w Neusalz i marszu śmierci 1000 kobiet z 1945 roku. O tych wydarzeniach opowiedział Marek Grzelka. – Bardzo trudno mi jest mówić o tym marszu i w ogóle o nim myśleć – przyznaje Grzelka. Mimo to zdecydował się napisać książkę na ten temat. Powstanie w ciągu roku

Grzelka na początku czwartkowego spotkania opowiadał o realiach ówczesnej Neusalz, o indoktrynacji w Niemczech po tym, jak władzę w 1933 roku przejęła partia narodowo-socjalistyczna Hitlera. Pokazywał mapy miasta, zdjęcia, antysemickie broszurki, którymi wówczas karmiono Niemców, puścił film „Ostateczne rozwiązanie”, mówił o szeroko zakrojonej medialnej propagandzie czy tzw. „walce o czystość krwi”. Te szczegóły, to wprowadzenie było konieczne, żeby nakreślić tło i kontekst dalszych wydarzeń – wybuchu katastrofy człowieczeństwa. Ta katastrofa, to piekło miało nadejść w najbliższych latach.
Najpierw do Neusalz trafiali jeńcy wojenni. – W Nowej Soli zaczęło się od robotników przymusowych. Pierwsze pracownice z Polski były tutaj już we wrześniu 1939 roku. Niemiecki urząd pracy w Lesznie wysłał 100 dziewczyn, żeby pracowały na terenie fabryki Gruschwitza. Niemcy były pochłonięte wojną, do pracy przymusowej najczęściej wysyłano obywateli państw podbitych, do tego im się przydawali. W sumie podczas całej wojny pracowało w ten sposób ok. 3,5 mln Polaków. Za odmowę pracy groziły surowe kary, łącznie z wysłaniem całej rodziny do obozu i karą śmierci – mówił Marek Grzelka.

Nie jest ważne, czy przeżyjesz

W mieście powstawało wiele rozmaitych baraków dla robotników przymusowych. – Prace fizyczne, przymusowe zamieniano na anihilację, fizyczne wyniszczanie ludzi – opowiadał Grzelka.
Z regionu Sosnowca i okolic przyjechało do obozu w Neusalz jeszcze około 400 osób. Kwiecień 1944 – kolejnych 120 kobiet z Auschwitz. W sumie w pewnym momencie w obozie pracowało około 900-1000 osób. Same kobiety. Nad wejściem napis sugerował, że nie jest ważne, czy przeżyjesz – najważniejsze jest pracować.
– Jedna z pań, która pracowała w obozie, miała na nazwisko Unglück, czyli nieszczęście. Do Nowej Soli trafiła cudem, o mały włos nie skończyła w obozie zagłady w Treblince. W Neusalz nadzorca nazywał ją: moje małe nieszczęście. Ona jednak mówiła, że to szczęście miała, że trafiła właśnie
tutaj. Gdyby nie została przywieziona do Neusalz, prawdopodobnie by jej już nie było.

Życie w obozie

Wypadki w trakcie pracy, jak wspominał Marek Grzelka, były karane: – Przykład: jedna z więźniarek włożyła niechcący rękę w maszynę i tę rękę jej urwało. Została wysłana do Auschwitz, bo taki czyn traktowano jako sabotaż – zepsuła przecież maszynę. Nikt nie patrzył na to, że ciężko pracowała przez wiele godzin i wystarczyła chwila nieuwagi wynikająca ze zmęczenia. Jak człowiek może sobie nie zrobić krzywdy, kiedy jest tak słaby, nie ma kiedy się zregenerować, jest notorycznie głodny? Wypadki śmiertelne bywały bardzo często. Trupy wywożono na dawny cmentarz na Pleszówku.
Życie w obozie było bardzo trudne. Dziewczyny, kobiety miały od 13 do 45 lat. Pobudka o godz. 4.00-5.00, później apel, liche śniadanie. Do pracy szły na godz. 6.00. Na obiad dostawały wodę z resztkami warzyw. O 18.00 kończyły zmianę. Następnie sprzątały baraki, na kolację stawiano im na stole kubek kawy i sześć kromek chleba. – To jedna czwarta racji żywieniowej dla zdrowego człowieka, który ciężko pracuje. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyniszczający efekt miała ta praca. A pracowały sześć dni w tygodniu, wolne miały tylko w niedzielę. Były notorycznie głodne. Wyczytałem, co było dla mnie czystą perwersją, że wieczorem siadały na swoich łóżkach i rozmawiały o tym, jak gotowało się w domu, np. jak mama robiła gęś. Grupa kobiet siedzi ledwo żywa z głodu i rozmawiają o tym, jak gotowano w domu… To zaskakujące i niewyobrażalne – zaznaczał Marek Grzelka.
Pracownice przymusowe kąpać mogły się tylko raz w tygodniu. Nie miały ciepłej wody ani mydła, nie dostawały proszku do prania.
Lista kar była długa: m.in. bicie, zabieranie racji żywnościowych, niewydawanie niedzielnego posiłku. Najgorszą karą było jednak wysłanie do obozu zagłady. – Świadomość tych dziewczyn, że takie obozy istnieją, była w Nowej Soli bardzo mocna. Wiele z nich wiedziało to po doświadczeniach z likwidacji gett. To było dla nich oczywiste. Tym bardziej że w czasie wojny pisały listy do swoich rodzin, przyjaciół – mówił Grzelka.

Likwidacja

Z biegiem czasu w nowosolskim obozie było coraz gorzej. Strażniczki obchodziły się z pracownicami brutalniej niż wcześniej. – Szereg pracownic fabryki zdecydowało się na karierę zawodową w SS, pojechały na szkolenia do obozu w Ravensbrück. Tam wprawiały się w zawód obozowego nadzorcy. Później te kobiety okazywały się zwierzętami. Były bardzo mściwe i agresywne – przemoc fizyczna i psychiczna na porządku dziennym. Ostatnie pół roku obozu w Neusalz przebiegło w straszny sposób. Dużo różnych obostrzeń, była taka atmosfera: trzeba zrobić jak najwięcej, by świadków tych wydarzeń zostało jak najmniej.
W styczniu 1945 nastąpiła likwidacja obozu Gross-Rosen w Nowej Soli. – Te kobiety mówiły w świadectwach, że niepewność było czuć już od początku roku. Bały się, co z nimi będzie. Miały wrażenie, że ktoś za chwilę przyjdzie i ich rozstrzela albo wsadzi w pociąg i wywiezie do obozu śmierci. Inne wypatrywały nadejścia sowieckich żołnierzy. W końcu przyszedł dzień, że każda dostała swój przydział: dwa chleby, marmoladę, margarynę. Jakieś ubrania, byle co. Są różne źródła, ale wyszły w marsz śmierci do Flossenburga najprawdopodobniej 26 stycznia. Martwiły się: to koniec, ale z drugiej strony dlaczego dali nam jedzenie? Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Nocowały na dworze, w śniegu, przy minus dwudziestu stopniach – wspominał tragiczne zdarzenia Marek Grzelka.
W Krzystkowicach, dzisiejszym Nowogrodzie Bobrzańskim, pierwszy raz zobaczyły obóz, w którym leżały setki ciał. Tego w Neusalz nie widziały. Zobaczyły zabite miasteczko niczym z opowiadań Kalmana Segala, polsko-żydowskiego pisarza.
W trakcie długiej, wyniszczającej drogi Niemcy niektóre kobiety zabijali. Nie używali broni palnej, szkoda im było kul. Po prostu tłukli je na śmierć. Po drodze do Flossenburga dziewczynki i kobiety widziały ciała swoich koleżanek.
Badacze nie są zgodni, są różne wersje, ale według najbardziej prawdopodobnej około 200 z 1000 kobiet przeżyło. Reszta umarła przez głód, wycieńczenie, choroby czy zamarznięcie. Inne po prostu zabito.

Powstanie książka

– W 2010 roku robiłem korektę tekstu Tomasza Andrzejewskiego na temat obozu. Wtedy tak jakoś wyszło, że ta historia nie odcisnęła na mnie takiego piętna – mówi „Tygodnikowi Krąg” Grzelka. – W 2015 przy okazji innego artykułu ponownie wydrukowaliśmy również tekst dyrektora nowosolskiego muzeum. I wtedy, czytany drugi raz przy okazji korekty, mną wstrząsnął. Spytałem Artura Lawrenca i Mariusza Pojnara, kolegów z redakcji, czy według nich ktoś wcześniej mógł próbować tę trasę śmierci powtórzyć. Już wtedy w głowie miałem to, że chcę to zrobić. Byłem pewien, że to zrobię.
I rzeczywiście w 2015 roku to zrobił – przeszedł prawie 500 km.
Po wykładzie w Miejskiej Bibliotece wiele osób namawiało Marka Grzelkę do tego, żeby to, co wie o marszu, spisał w książce. Z początku się krygował. Ale w weekend sprawę przemyślał. Przyjaciele go przekonali, książka powstanie.
– Następne spotkanie na ten temat, tak myślę, zorganizujemy za rok, wtedy połączę to z rozmową na temat książki. To spotkanie z ubiegłego tygodnia przerosło moje oczekiwania. Myślałem, że przyjdzie z 30 osób i spokojnie sobie porozmawiamy w kameralnym gronie, a w sali było około 120 ludzi. Teraz będę musiał pojeździć po archiwach, na pewno trzeba będzie pojechać do Wałbrzycha do Muzeum Gross-Rosen. Wszystkich rzeczy na sto procent ustalić się nie da, bo żyje już niewielu ludzi, którzy pamiętają tamte wydarzenia. Będę musiał tę wiedzę przefiltrować przez siebie i ją spisać. Bardzo trudno mi jest o tej historii mówić i w ogóle o niej myśleć. Cały ten czas doszukiwania się kolejnych faktów na ten temat, a ów proces jeszcze trwa, to mój okres obcowania ze złem. Trudno dźwigać to brzemię.

Marek Grzelka: Ten czwartkowy wieczór nie miałby miejsca, gdyby nie kilka osób. Im chciałbym szczególnie podziękować.
Tomkowi Andrzejewskiemu za to, że jego artykuł, który przeczytałem w styczniu 2015 roku, był iskrą, od której wszystko się zaczęło.
Pani Basi Rylko-Bauer za ogromne wsparcie w wielu płaszczyznach, choć nigdy w życiu nie miałem sposobności, by uścisnąć jej dłoń, jest dla mnie kimś bardzo bliskim.
Poldkowi Kopaczyńskiemu, który w drogę do Flossenburga mnie wyprawił, w połowie trasy dowiózł medykamenty, na koniec mnie stamtąd odebrał, a do tego nieustannie namawiał mnie i namawia, by po tym wszystkim ślad pisany pozostał. Dziękuję, Bracie.
Pani Elżbiecie Gonet za to, że dała kawałek dachu, by nowosolanie tę historię mogli usłyszeć.
I tym wszystkim moim znajomym, którzy są w tym temacie ze mną blisko.
A najbardziej dziękuję mojej kochanej Oli za cierpliwość i wyrozumiałość, bo czas nam dany poświęcam komu innemu, wychodzę z tego duchowo obity i poraniony, ale zawsze mogę liczyć potem na jej czułe, uspokajające spojrzenie.

W najbliższy piątek 26 stycznia o godz. 18.00 już po raz trzeci odbędzie się spotkanie na terenie „Nitek” z okazji 73. rocznicy ewakuacji filii obozu Gross-Rosen w Neusalz. Będzie można zapalić znicz i porozmawiać o tych tragicznych wydarzeniach. Zapraszamy.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

One thought on “Marek Grzelka: Trudno jest obcować z takim złem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *