Dzień Języka Ojczystego: Zamiast strofować, lepiej świecić przykładem [ROZMOWA]

– Żeby rozwijać umiejętności językowe, trzeba się bardziej postarać – czytać, dużo czytać, ale nie plotki w internecie, tylko wartościową literaturę – mówi w tekście z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego prof. Magdalena Steciąg z Uniwersytetu Zielonogórskiego

21 lutego na świecie obchodzony był Dzień Języka Ojczystego. Upamiętnia wydarzenia w Bangladeszu. W 1952 r. pięciu studentów uniwersytetu w Dhace zginęło na demonstracji, na której domagali się nadania językowi bengalskiemu statusu języka urzędowego.
Z tej okazji przypominamy wywiad z 2017 r. z prof. Magdaleną Steciąg, nauczycielką akademicką, pracownicą Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Zielonogórskiego. Pierwotnie ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.

Mateusz Pojnar: Dlaczego warto organizować tego typu święta jak Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego?

Prof. Magdalena Steciąg: Ten dzień został ustanowiony przez UNESCO, aby celebrować różnorodność językową. To jest takie odwrócenie przypowieści biblijnej o wieży Babel, z której wynika, że „pomieszanie języków” to kara boska. Nie! Dziś uważa się, że bogactwo języków należy raczej traktować jak wszystkie inne bogactwa naturalne – chronić i wspierać ich rozwój. Tymczasem we współczesnym świecie liczba języków nieustannie spada. Podaje się różne wyliczenia, ale jest bardzo prawdopodobne, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech pokoleń wyginą wraz z ostatnimi użytkownikami kolejne tysiące języków, zwłaszcza afrykańskich.

Tymczasem każdy język zawiera trochę inny obraz świata. Jego utrata zubaża ludzkość, nasze możliwości rozumienia rzeczywistości, patrzenia na nią z różnych perspektyw. Polszczyzna nie jest oczywiście w żaden sposób zagrożona.

Dla Polaków ojczysty język jest czymś ważnym?

Z badań statystycznych wynika, że tak. Na zlecenie Rady Języka Polskiego CBOS przeprowadziło kilka lat temu specjalne badanie ankietowe, ujawniające stosunek Polaków do języka ojczystego. Ponad 30 proc. badanych stwierdziło w ankiecie, że język polski jest wartością samą w sobie i należy o niego dbać; kolejnych 20 proc. wskazywało, że szacunek do polszczyzny wynieśli z domu. Inne często wyrażane opinie były na przykład takie, że ludzie kulturalni powinni mówić poprawnie i że poprawność wypowiedzi sprzyja porozumieniu. W deklaracjach jest więc dobrze.

A w rzeczywistości?

Wydaje mi się, że dla młodych i ambitnych Polaków dobra znajomość języków obcych, zwłaszcza angielskiego, jest tak samo ważna, jak umiejętność sprawnego posługiwania się językiem ojczystym.

W jaki sposób możemy dbać na co dzień o nasz poziom językowy, ale i naszych bliskich, znajomych?

W serialu Rodzinka.pl jest taka scena. Najmłodszy z synów, Kacperek, relacjonuje wydarzenia ze szkoły. Idzie mu to jak po grudzie, bo co drugie słowo wtrąca się matka, poprawiając go nieustannie. W końcu ojciec nie wytrzymuje i krzyczy: „Dajże mu coś powiedzieć, kobieto!”, ale Kacperek nie ma już ochoty… To jest przykład, jak nie należy dbać o poziom języka.

Trudno mi też wyobrazić sobie poprawianie czy upominanie znajomych podczas rozmowy towarzyskiej. To byłoby niegrzeczne. Zamiast strofować, lepiej świecić przykładem. Starać się mówić porządnie i na temat. To jest minimum. Aby rozwijać umiejętności językowe, trzeba się bardziej postarać – czytać, dużo czytać, ale nie plotki w internecie, tylko wartościową literaturę. I rozmawiać o niej, wyrażać opinie, argumentować. Konwersacja na tematy abstrakcyjne – aktywność rozwijająca, lecz zanikająca.

Prof. Magdalena Steciąg (fot. Anna Kraśko/Agencja Gazeta)

Prof. Kurkowska zatytułowała kiedyś jeden ze swoich artykułów: „Mówić poprawnie, lecz swobodnie”. To dobra recepta?

Najlepsza! Nie ma nic gorszego niż strach przed popełnieniem błędu językowego – mówię to z własnego doświadczenia polonistki, od której oczekuje się nieskazitelnej mowy. Ten strach, żeby nie powiedzieć czegoś niepoprawnie, krępuje myśli, paraliżuje sposób wysłowienia i jest bardzo złym doradcą. Sprawia, że stajemy się niewolnikami języka, zamiast używać go jako doskonałego narzędzia poznawania świata.
Dbałość o polszczyznę to też unikanie wulgaryzmów. Jak to jest, klniemy częściej niż kiedyś czy wręcz odwrotnie?

To, że klniemy, nie ulega wątpliwości. Kilka lat temu językoznawcy badali pod tym kątem mieszkańców wielkich miast. Jeździli po prostu środkami komunikacji miejskiej i podsłuchiwali… Efektem jest „Słownik polszczyzny rzeczywistej”, który powinien chyba mieć na okładce ostrzeżenie „dozwolone od lat 18”, bo zwrotów nieprzyzwoitych jest w nim co niemiara; wręcz trudno znaleźć coś innego.

Czy klniemy więcej? To zależy, gdzie ucho przyłożyć. Z pewnością debata publiczna stała się bardziej ordynarna. Kolejne afery taśmowe sprawiły, że przedostały się do niej najbrzydsze wulgaryzmy. Okazało się przy tym, że Polacy mają do tego dwuznaczny stosunek: niby napiętnują, święcie się oburzają (zwłaszcza przed kamerą), a jednak przejmują. Proszę zwrócić uwagę, że promowane w kampanii wyborczej hasło „Polska w ruinie” raczej się nie przyjęło – zwłaszcza w Nowej Soli. Ale wulgarna fraza o podobnym znaczeniu „Ch…, d… i kamieni kupa” weszła do powszechnego użytku i funkcjonuje dziś jako popularne słowo skrzydlate.

W takim razie po co wulgaryzmy istnieją w języku, jakie pełnią funkcje?

Przede wszystkim służą rozładowaniu napięcia. W nerwach, w gniewie, w stanie rozdrażnienia czy podekscytowania przekleństwa padają najczęściej. Zdarza się też, że klniemy z bólu, zwłaszcza nagłego. Są to takie odruchy bezwarunkowe, choć oczywiście należy je kontrolować i w miarę możliwości eliminować.

Dla takich sytuacji mam sporo wyrozumiałości. Gorzej jest, gdy ktoś słowa wulgarne traktuje jak przerywniki: nie wie, co powiedzieć, jak to sformułować, brakuje mu odpowiednich słów i trochę z bezradności, trochę dla dodania sobie animuszu, wypełnia potok mowy ściekiem nic nieznaczących wiązanek.

Wulgaryzmy, mocne słowa mogą także służyć demonstrowaniu siły. W takiej funkcji pojawiają się na przykład na meczach piłki nożnej czy na marszach niepodległości. To bardzo prymitywne zachowanie.

Można w ogóle obejść się bez przekleństw?

Ze świecą szukać dorosłego Polaka, który nigdy nie przeklął. Taki, który w życiu nie słyszał ordynarnych zwrotów z ust rodaków, pewnie też nie istnieje. Ale to nie oznacza przyzwolenia. Kiedyś w zakładach pracy ustawiane były tzw. karne pudełka: gdy się komuś wyrwało niecenzuralne słowo, musiał wrzucić monetę. Może warto do tego wrócić?

A które grupy społeczne czy zawodowe przeklinają najczęściej? Czy ta kwestia się zdemokratyzowała?

Zdecydowanie się zdemokratyzowała. To, co chyba najbardziej razi starsze pokolenie, to ordynarne wyrażanie się kobiet i dziewcząt. Zwykło się uważać, że panie klną mniej, że im nie wypada. Jacek Wasilewski, językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego, uzyskał pośredni dowód na to, że tak nie jest. Przyjrzał się kiedyś napisom w miejskich szaletach: w męskich toaletach dominowały wulgarne etykiety, którymi obrzucali się przedstawiciele różnych regionów czy środowisk; w damskich – niecenzuralne określenia czynności seksualnych. Były wszechobecne. Moja córka, lat 11, powiedziała mi ostatnio, że w szkolnej ubikacji dla dziewcząt ktoś wydrapał brzydkie słowa.

Ktoś – no właśnie. Tu się pojawia kolejny problem. Anonimowo klniemy na potęgę, zwłaszcza w internecie. Mówi się o „fali hejtu”, o „internetowym bluzgu”, o „przemocy werbalnej”. Nie łudźmy się, że to „tylko” wyzwiska, że to nas nie dotyczy. Socjologowie zwracają uwagę, że istnieje wprost proporcjonalna zależność między agresją słowną i wulgaryzacją języka a przemocą fizyczną i wulgarnością zachowań.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *