Setki poszkodowanych przez bliźniaków

– Przeraża skala tego zjawiska, właściwie tej działalności, jeśli słyszymy o nawet kilkuset osobach pokrzywdzonych oraz fakt, że są nimi w dużej części emeryci i obcokrajowcy, którzy przyjechali do naszego kraju na uczciwy zarobek i zostali potraktowani tak, a nie inaczej – mówi o sprawie mecenas Mateusz Kondracki, który przed wymiarem sprawiedliwości reprezentuje czwórkę pokrzywdzonych osób.

Cofnijmy się o dekadę. Firmę Wyroby ogrodowe z drewna „Bliźniaki” z siedzibą w Borowie Wielkim bracia M. rejestrują w 2007 roku. „Rozpoczynając swoją działalność nie mieli właściwie nic, a do wszystkiego dochodzili przez lata wykonując kolejne małe kroki do przodu. Po pracy w gospodarstwie rodziców ze starej podłogi robili swoje pierwsze wiatraki, które później próbowali sprzedać na przydrożnych bazarach na granicy polsko-niemieckiej” – piszemy w tekście, który publikujemy jesienią 2013 roku, kiedy bracia przejmują mury po Zefamie i planują wzrost zatrudnienia do nawet 250 osób. Ten czas to prawdziwy rozkwit ich firmy, która dziś de facto już nie istnieje. Z Centralnej Ewidencji Informacji o działalności gospodarczej (CEIDG) wynika, że dokładnie 13 września 2016 roku zaprzestaje wykonywania działalności.

Obaj panowie kilka dni później rejestrują w Krajowym Rejestrze Sądowym nową spółkę, która nazywa się Bliźniaki Holzgoetter. Prezesem i wiceprezesem zarządu zostają ci sami panowie.

W tym samym czasie, czyli jesienią ubiegłego roku, do sądu swoje kroki kieruje Jadwiga Gojlik z Nowego Miasteczka, była pracownica firmy, wobec której właściciele poprzedniej Firmy Wyroby ogrodowe z drewna „Bliźniaki” mają zobowiązania finansowe.

Kiedy wypłata?
„Nie ma”

J. Gojlik dla „Bliźniaków” pracowała w 2015 i 2016 roku. Pracę zaczynała jako sprzątaczka, z czasem trafiła na produkcję, gdzie wykonywała drewniane karmniki dla ptaków. – Nie podano nam stawki, za jaką pracujemy, tylko było powiedziane, że robimy w akordzie. Ucieszyłam się. Pracowaliśmy wszyscy wydajnie i zamiast zarobić więcej, to proszę sobie wyobrazić, że za godzinę po przeliczeniu wychodziło nam, że nasz godzina pracy dla firmy została wyceniona na 2,50 zł! Kto w Polsce pracuje za takie pieniądze? – denerwuje się pani Jadwiga.

– Jak miał być transport, to zostawaliśmy po 10 godzin, zdarzało się, że po nocach. Zarobiłam 600, 700 zł. Mam emeryturę, więc powiedzmy, że to mnie w jakiś sposób zadowalało – dodaje mieszkanka Nowego Miasteczka. Z czasem zaczęły się problemy z wypłacaniem wynagrodzeń.

– Z końcem czerwca 2015 roku zaczęliśmy słyszeć, że nie ma na wypłaty. Czekaliśmy cierpliwie. Kiedy co jakiś czas nieśmiało dopytywaliśmy o pieniądze, od jednego z braci słyszałam: „Pani Jadziu”, jutro będzie przelew”. A któregoś razu powiedziano mi: „Pani Jadziu, przelew już poszedł. Ale ja mam usługę z bankiem, w której  dostaję esemesa,w którym informują mnie, że są pieniądze. Takie esemesa nie dostałam. Poszłam do biura i powiedziałam, że pieniędzy nie ma. Dalej byłam zwodzona. „Dostaniecie jak transport pójdzie”. Transport poszedł, a pieniądze szlag trafił… – opowiada J. Gojlik. Dodaje, że członkowie załogi co rusz chodzili do szefostwa po zaliczki, bo wielu z nich nie miało z czego żyć. – Jak ktoś nie wyciągnął ręki, to nie dostał. Trzeba było chodzić, błagać i się prosić. Ja takimi zaliczkami wyciągałam pieniądze, aż do lutego 2016 roku – opowiada kobieta.

Wspomina dzień Wszystkich Świętych, kiedy nie miała pieniędzy na to, żeby odwiedzić rodziców na cmentarzu w Kożuchowie. – Poszłam do księgowej i powiedziałam, że chcę wypłatę, Oczywiście usłyszałam: „nie ma””. Mówię, litości, zbliża się święto, dajcie chociaż trochę ludziom. To wie pan jak dali? Po cichu wołali ludzi do biura i pod stołem mi wypłacali pieniądze. Ja dostałam 100 zł. Zawołali męża, który stróżował i dali mu 200 zł – relacjonuje pani Jadwiga. Krótko potem na firmie doszło do strajku. – Narobiliśmy szumu, bo już nie wytrzymaliśmy. Pan Łukasz zawołał mnie do biura. Poszłam tam i powiedziałam: „Człowieku, ty masz rodzinę, ja też mam rodzinę. Muszę mieć na leki, na opłaty”. Usłyszałam, że jak wrócę do pracy, to mi wypłacą. Wyszłam i usiadłam na stole, jak cała reszta załogi. Szef do nas nie wyszedł. Żeby wyszedł, powiedział, że jest trudna sytuacja, każdy jest człowiekiem, myślę, że z trudem, ale byśmy to jakoś zrozumieli. Nie wyszedł, a ja znalazłam się na czarnej liście – dodaje była J. Gojlik.

W lutym 2016, „pod stołem” dostała jeszcze raz 200 zł. Niedługo później nastąpiło jednak coś, czego się nie spodziewała. – Dostałam „wilczy bilet”, jak ja to mówię. Powiedziano mi, że nie mam wstępu na teren zakładu. Straszono mnie policją. A tylko stałam, nie rozrabiałam. „Dlaczego mnie zwalniacie? Ukradłam coś, zrobiłam coś”? – zapytałam. Chciałam się także  dowiedzieć, co z moimi pieniędzmi. Powiedziałam: „Jesteście mi winni 2,6 tys. zł. Błagam, proszę oddajcie mi to – opowiada kobieta, która musiała się prosić o swoje. Nie dostała tych pieniędzy do dziś. Zaległości firmy wobec jej męża wynoszą ponad 10 tys. zł.

Pani Jadwiga, córka kapitana rezerwy, który walczył pod Monte Cassino u boku generała Andersa, nie zostawia tak tej sprawy. Z nieuczciwymi praktykami pracodawcy, który uchylał się od zapłaty, postanowi walczyć w sądzie. Jesienią pozew najpierw kieruje do wydziału pracy nowosolskiego sądu, z kolei sąd pracy przekazuje sprawę do wydziału cywilnego.

Sprawa pod lupą organów ścigania

Dotarłem do dwójki Ukraińców (imiona i nazwiska do wiadomości redakcji), którzy zostali potraktowani w podobny sposób. Małżeństwo w firmie pracowało od września 2015 roku do czerwca roku następnego. – Dostaliśmy umowę śmieciową, chcieliśmy uczciwie zarobić, bo po to tu przyjechaliśmy. Z czasem okazało się, że firma nie płaci wynagrodzeń za wykonaną pracę. Kiedy zaczęliśmy się o nie upominać, zostaliśmy w ciemną noc wyrzuceni z mieszkania, które wynajmowaliśmy przy zakładzie. Do tego wezwano do nas policję, jak do jakichś złodziei… – opowiada Ukrainka, której były pracodawca nie wypłacił  wynagrodzenia za pięć miesięcy (ok. 7,5 tys. zł). W analogicznej sytuacji jest jej mąż.

Kiedy małżeństwo z Ukrainy znalazło się na bruku, z pomocą przyszli Gojlikowie. – Doszło do szlachetnej sytuacji, bo państwo Gojlikowie zapewniali im opiekę przez dwa tygodnie. Potraktowano ich z empatią i zrozumieniem, czego nie można powiedzieć o byłym pracodawcy – zauważa mecenas Kondracki.

Całą czwórkę, czyli państwo Gojlików oraz dwójkę Ukraińców od listopada reprezentuje mecenas Kondracki. Sprawa toczy się nie tylko przed sądem cywilnym. Nieuczciwym pracodawcą zajmują się także prokuratura i policja. – Poszkodowanych jest kilkaset osób – informuje Justyna Sęczkowska, rzeczniczka Komendy Powiatowej Policji w Nowej Soli. Od niej usłyszałem, że w sprawie zostało sporządzone postanowienie o przedstawieniu zarzutów wobec z naruszenia praw pracowniczych, tj. z art. 218, paragraf 1a kodeksu karnego, za co grozi do dwóch lat więzienia.

W „Bliźniakach” swoje kontrole przeprowadzała także Okręgowa Inspekcja Pracy. Ostatnia miała miejsce jesienią 2016 roku. Wtedy razem z inspektorami na teren firmy weszli policjanci i funkcjonariusze straży granicznej. – Stwierdzono m.in. fakt niewypłacenia należności wobec 93 Ukraińców wykonujących pracę – informuje Dariusz Dałek, nadinspektor i koordynator sekcji nadzoru i kontolri oraz legalności pracy z Okręgowej Inspekcji Pracy w Zielonej Górze. Wniosków pokontrolnych było dużo więcej i trafiły do wiadomości m. In wojewody lubuskiego, a także Zakładu Usług Społecznych i policji. – Generalnie można powiedzieć, że kontrole prowadzone w zakładzie w ostatnich latach aż do jesieni 2016 roku kończyły się wydawaniem środków prawnych, które miały spowodować naprawę zaistniałych nieprawidłowości – podkreśla nadinspektor Dałek.

Bracia wydają oświadczenie  

W ubiegły tygodniu próbowałem umówić się z braćmi M. dzwoniąc pod numer znaleziony w internecie. Pod adresem www.blizniaki-producent.pl otwiera się strona, na której czytamy:
„Witamy Państwa na stronie firmy Magic Wood”. Powiedziałem, w jakiej sprawie zadzwoniłem. Od jednej z pracownic usłyszałem, żadnego z braci M. akurat nie ma na zakładzie” oraz że zostanie przygotowane oświadczenie, które w piątek po południu trafiło na moją skrzynkę mejlową (pisownia oryginalna): „W naszej firmie nie występuje epizod łamania praw pracowniczych. Ludzie kierują oskarżenia wobec nas z czystej zawiści, inspirowani przez innych, którzy być może kiedyś u nas pracowali, ale również są nam przeciwni, a nie wykluczone, że również przez nie przychylny urząd gminy. Sprawę wyjaśni sąd” – czytam oświadczeniu podpisanym przez braci M., pomimo tego, że żadnego z nich nie ma w zarządzie spółki Magic Wood (prezesem zarządu jest były burmistrz Wiesław Szkondziak, wspólnikiem Ewa Sojka, a prokurentem Katarzyna Maria Majewska – dop.red.). Oświadczenie zostało wysłane z oficjalnego adresu mailowego tej spółki, ale zostało podpisane nazwiskiem braci i pieczątką „Bliźniaków”.

Skoro gmina została wywołana do tablicy, zadzwoniłem do burmistrz Danuty Wojtasik.
 – Takie insynuacje nie mają żadnego pokrycia w prawdzie – mówi krótko szefowa gminy.
Co istotne, jak udało się ustalić, „Bliźniacy” gminie zalegają kilkaset tysięcy zł podatku z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej. Są to zaległości sięgające roku 2014.

Po otrzymaniu oświadczenia wysłałem konkretne pytania dotyczące opisywanego przez naszych rozmówców procederu.
„Ustosunkowując się do Pana pytań, zaznaczamy, że nie znamy nazwisk osób, o których Pan pisze w związku z czym, nie możemy ich zweryfikować jako pracowników, a co za tym idzie nie możemy ustalić, czy istnieją wobec tych osób jakiekolwiek zobowiązania z tytułu niewypłaconych wynagrodzeń (…) Z terenu naszej firmy nigdy nie wyrzucono żadnego pracownika, ani też małżeństwa, zgodnie z przepisami prawa. Nie było też sytuacji, w której osoby opuszczające teren zakładu nie mogły zabrać swoich osobistych rzeczy. Natomiast zakaz wstępu dla osób nie zatrudnionych jest powszechnie stosowany we wszystkich znanych nam firmach ze względów bezpieczeństwa, dotyczy to również osób, które zakończyły współpracę z naszą firmą – czytam w majlu od braci M. „W kwestii Urzędu Gminy , możemy powiedzieć, że pytanie wyrwał Pan z kontekstu całej wypowiedzi, gdzie napisaliśmy, iż rzucające w naszą stronę oskarżenia osoby mogły być inspirowane przez zawistnych ludzi bądź, byłych pracowników bądź nieprzychylny nam Urząd Gminy, krótko mówiąc przez kogokolwiek i jest to jedyny przekaz jaki chcieliśmy zamieścić” – czytam w dalszej części odpowiedzi.

Jak ustaliłem, „Bliźniacy” zalegają pieniądze nie tylko emerytom, obywatelom Ukrainy i samorządom, ale także innym podmiotom gospodarczym z kraju. – Dziś mogę powiedzieć, że ci panowie najzwyczajniej w świecie mnie okradli. Co z tego, że sprawa trafiła do sądu, że ten wydał nakaz zapłaty, że do sprawy został włączony komornik, jak na dziś nie można niczego odzyskać. Zobowiązania wobec mnie wynoszą ok. 16 tys. zł, ale powiem panu jedną rzecz: ktoś dobrze zorientowany w sprawie powiedział mi, że ja to jestem ten mniejszy, bo są więksi, którym ci panowie wiszą dużo większe pieniądze… – mówi przedsiębiorca w województwa łódzkiego (imię i nazwisko do wiadomości redakcji).

J. Gojlik: – Choćbym miała iść do samego diabła, to te pieniądze nam wypłacą. Swoją krwawicą je zarobiłam, jak setki innych osób, a oni dziś się śmieją. „Mamuś, odpuść” – słyszę w domu. Nie odpuszczę.
Mariusz Pojnar

Mariusz Pojnar

Tel. 502 433 019 at m.pojnar@tygodnikkrag.pl
Aktualności, kronika
Mariusz Pojnar

Latest posts by Mariusz Pojnar (see all)

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mariusz Pojnar

Aktualności, kronika

One thought on “Setki poszkodowanych przez bliźniaków

  • 29 maja 2019 at 15:21
    Permalink

    Widzę aukcje na allegro z ich logiem więc dalej działają. Wstawiają swoje zdjęcie z dzieciństwa dla zwabienia klientów , opisuję , że sami tworzą swoje projekty ale tak naprawdę kopiują pomysły innych.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *