„Draku”: Gdybym za zawodowca miał taki charakter jak teraz, przenosiłbym góry [ROZMOWA]

– Na początku, tuż po moim odejściu z NGB, kontakty z niektórymi zawodnikami tej grupy były normalne, teraz już są chłodne. I raczej z tymi ludźmi na piwo czy na pizzę się nie umówię. Z częścią mogę porozmawiać, ale wspólnych imprez nie będzie na pewno – mówi biegacz Adam Draczyński. W rozmowie porusza też temat książki, w której ostatnio się pojawił, czy opowiada o teamie pod swoim nazwiskiem

Mateusz Pojnar: Ostatnio stałeś się – można powiedzieć – bohaterem literackim. Jesteś w książce Jakuba Jelonka „Trening mistrzów. Najwięksi trenerzy polskich biegów długich”. Jak do tego doszło?

Adam Draczyński: Redaktor tej książki jest moim kolegą, właściciel wydawnictwa też. Zadzwonili do mnie z takim pomysłem, że chcą zrobić wywiady z byłymi zawodnikami, a obecnie trenerami. Chcieli przybliżyć nasze osoby – jak trenowaliśmy kiedyś, jak teraz, jakie wyniki osiągaliśmy. Zgodziłem się na to bez wahania. Jeździli z tym po całej Polsce, przyjechali też do Nowej Soli.

Na pierwszy rzut oka widzę, że wyszło fajnie, choć całości sam jeszcze nie czytałem. Póki co te książki rozdaję znajomym. Mam nadzieję, że ludziom się podoba. Mam głosy, że to jest fajnie napisane. Tylko się cieszyć.

Kto oprócz ciebie tam występuje?

Mój były trener Grzegorz Gajdus, Dariusz Kruczkowski – ma chyba najwięcej medali w historii polskiej lekkoatletyki, Wiesiu Kiryk, Leszek Bebło – były rekordzista Polski w maratonie, Wanda Panfil i Jan Huruk.

Ma być też kontynuacja tej książki.

Ile już lat jesteś w biegu?

30.

To cały czas twoja największa pasja?

Tak, chociaż miałem z tym lekki rozbrat. Potrzebowałem czasu na wyluzowanie, różne przemyślenia. Chciałem skończyć z bieganiem, ale zostać przy trenerce. Jednak zauważyłem, że to idzie w parze, stwierdziłem, że żeby być dobrym trenerem, trzeba być też czynnym zawodnikiem. Wtedy jest lepsze dojście do podopiecznego, lepsze dojścia medialne, promocyjne itd.

Co takiego jest w tym bieganiu, że cały czas trwa na to moda? Jak to było w twoim przypadku, jakie były początki?

Zacząłem od małego. Jak to w szkole podstawowej – zawsze jeździliśmy na jakieś zawody szkolne. Na jednych z nich – w Lubinie – zauważył mnie trener. Wtedy jeszcze mieszkałem w Ścinawie. Były zawody w przełajach, tam wygrałem. Trener do mnie podszedł i zapytał, czy nie chciałbym spróbować swoich sił w szkole sportowej. Porozmawiałem z rodzicami, zgodzili się na to.

I wspólnie podjęliśmy decyzję, że idę do szkoły sportowej do Lubina. Tam było tego sportu więcej niż w innych szkołach – i dobrze. Robię to do dzisiaj i to trwa rzeczywiście już 30 lat.

Jaki powinien być dobry biegacz? Jaki musi mieć zestaw cech?

Tego nie sprawdzisz i nie powiesz, dopóki dany zawodnik nie wykona jakiejś określonej pracy na treningach. Nie umiem powiedzieć, jak ktoś przychodzi do mnie trenować, czy on będzie dobrym biegaczem, czy też nie. Wszystko wychodzi w praniu, po czasie.

Nie daję żadnej gwarancji. Nie obiecam nikomu, że on do mnie przyjdzie i mu powiem: będziesz mistrzem świata. Kluczem jest trening.

Ale na długich dystansach pewnie ważny jest np. hart ducha.

No tak, ale po czym możemy na początku stwierdzić, że ktoś go ma? Przychodzą zawodnicy z pytaniami, czy będą biegać tak czy tak. W życiu nie odpowiem im od razu czy dobrze, czy źle. Mówię wtedy: spróbujemy i zobaczymy.

Tak samo zawodnik pyta mnie: trener, ile ja polecę maraton? Powie mi rezultat jednego treningu z tygodnia i chce, żebym to określił. Mogę powiedzieć dopiero na – załóżmy – dzień-dwa dni przed startem. Składa się na to mnóstwo czynników – pogoda, to, czy ze strachu, za przeproszeniem, sraczki nie dostanie, bo jest stres.

Jeden z moich zawodników z Olsztyna pojechał na zawody na Cypr, to był maraton, zrobił konkurs: ile poleci? Pomyliłem się o trzy sekundy.

Mówiłem wcześniej o harcie ducha, tobie go nie brakuje. Dzień przed Biegiem do Pustego Grobu miałeś wypadek samochodowy, a mimo to wziąłeś w nim udział.

Wracałem ze świąt od rodziców mojej dziewczyny, jechaliśmy do moich rodziców. Zaczął padać śnieg z deszczem. Przejechaliśmy może 1-1,5 km i na pierwszym zakręcie wpadłem w poślizg. Stało się, jak się stało. Dostałem uderzenie z boku w samochód, zaczęliśmy koziołkować w rowie.

Byłem troszkę poobijany, ale nie chciałem siąść na tyłku, bo wiedziałem, że jak siądę i zacznie coś mnie bardziej boleć, to przez miesiąc albo dwa już dalej nie ruszę z treningami i startami.

Dlatego chciałem spróbować wziąć udział w tym biegu. Wiem też, że to było niemądre, bo mogłem sobie tylko sprawę pogorszyć – szyja mnie bolała itd. Podjąłem taką decyzję i nie żałuję, bo ze zdrowiem wszystko jest okej.

A jak podsumujesz sam start w tym biegu?

Był bardzo ciężki, nie mogłem przyspieszyć. Czuję to tak, że to był najcięższy start dla mnie w tym sezonie. Zmęczyłem się strasznie, chciałem uciec Jackowi Stadnikowi i nie potrafiłem. Przyspieszałem, ale to były bardzo słabe przyspieszenia, bo więcej sił nie miałem, byłem pospinany.

Ale cieszę się, że udało mi się mimo wszystko wygrać. To był właśnie hart ducha, o którym mówiłeś. Gdybym miał taki charakter, jak teraz, za kariery stricte zawodniczej, to przenosiłbym góry. Jak byłem zawodowcem, nie miałem takiej woli walki jak teraz – jako amator.

To co się pozmieniało?

Może lata treningu zrobiły swoje. Może dlatego tak jest, że ta obecna młodzież jest tak słaba i chcę im udowodnić, że pomimo wieku, a będę miał w styczniu 43 lata, mogę biec szybciej od nich. Chyba to jest to, potrafię z nimi walczyć. Nie jest tak, że ja widzę kogoś młodszego i się go boję, tylko młodzi widzą na liście nazwisko „Adam Draczyński” i to oni się boją. Dla mnie to jest śmieszne, ale młodzieży nie mamy.

Teraz mniej przyjemne rzeczy. Kiedy opuściłeś Nowosolską Grupę Biegową i jak do tego doszło?

W tamtym roku. Po namowie paru osób próbowałem jeszcze wrócić, ale to było nadaremne, niepotrzebne. Trzeba było trzymać się początkowej decyzji.

Od czego się zaczęło? Wróciłem znowu do mocnego biegania, co się niektórym ludziom nie spodobało. Nie wiem, czy to była jakaś zazdrość, czy coś innego. A największym problemem było dla mnie to, że zarzucali mi zdradę klubu, bo zacząłem trenować osoby z innej grupy powstającej w Nowej Soli.

Mam zawód, jaki mam – jestem byłym zawodnikiem, a obecnie głównie trenerem. Nikt mi nie będzie wybierał, kogo mogę trenować, a kogo nie. Tak się zaczęły niesnaski. Pewne osoby chciały mi zabronić trenować zawodników z konkurencyjnej grupy. Na to się nie zgodziłem, pomyślałem, że takie głupie gadanie już się nie zmieni.

Teraz działam na własne nazwisko. Oczywiście szkoda jest mi tego wszystkiego, bo byłem założycielem NGB, ja z Marcinem Sznajderem i Tadkiem Fitychem napędziliśmy ten sport w Nowej Soli, a potraktowano mnie na zasadzie: zrobił swoje, może odejść. Żadnego podziękowania.

Mam do niektórych o to żal, a teraz ci ludzie zachowują się tak, jakby nic się nie stało. I przecież sami robią sobie zdjęcia z biegaczami konkurencyjnej grupy i teraz to jest okej.

Jak widzisz się z zawodnikami NGB na trasach, to te kontakty są w miarę normalne?

Na początku, tuż po moim odejściu z NGB, kontakty z niektórymi zawodnikami tej grupy były normalne, teraz już są chłodne. I raczej z tymi ludźmi na piwo czy na pizzę się nie umówię. Z częścią mogę porozmawiać, ale wspólnych imprez nie będzie na pewno.

Przejdźmy do Teamu Draczyński – co to za projekt?

Wiesz, to nie jest projekt. Jestem trenerem, nie mam żadnej grupy, to nie jest nic oficjalnego. Wiadomo, żeby napędzić rynek na siebie jako trenera, to trzeba się jakoś reklamować. Stąd pomyślałem, żeby moi zawodnicy zgłaszali się jako Team Draczyński.

Mam biegaczy w całej Polsce – Warszawa, Wrocław, Legnica, Nowa Sól, Chocianów itd.

Jak to logistycznie ogarniasz? Kto z Nowej Soli trenuje pod twoim okiem?

Ludzie się do mnie zgłaszają w internecie, a ja piszę im np. plany. To nie jest tak, że oni tylko do mnie przychodzą i biegają w moim teamie. To ludzie, którym pomagam podwyższyć swój poziom. Piszę plan na tydzień, oni to realizują, a potem na następny tydzień i w ten sposób to się kręci dalej.

Pomagam im być lepszymi biegaczami.

Z nowosolan trenują u mnie Jakub Osiadły, Marlena i Mariusz Ratajczakowie, Marcin Sznajder, Adam Płonka, Grzegorz Mikołajczak, Fabian Sternik, Grzegorz Libert. Widać, że chcą biegać.

Są tacy, którzy są i w NGB, i w Team Draczyński?

Teraz nie. Jak tworzyłem Team Draczyński i byłem jednocześnie jeszcze prezesem NGB, moi zawodnicy mieli na koszulkach logo Nowosolskiej Grupy Biegowej. Zawsze wtedy kazałem biegaczom zgłaszać się najpierw jako reprezentant NGB, a potem Team Draczyński. Chciałem być w porządku, ale zarzucano mi potem, że jest i tak inaczej.

Twoje sportowe plany na przyszłość?

Jako zawodnik to na pewno dalsze starty. Nie lubię jeździć już gdzieś daleko. Wiadomo, nie mam już takiej formy, żeby ścigać się z zawodowcami. Od paru lat wspieram nasz lokalny rynek i zaliczam wszystkie starty w regionie, chyba że ktoś mnie poprosi, to pojadę gdzieś za województwo. 9 czerwca np. jadę do Szczecina.

Chcę pojechać niedługo do Malagi na półmaraton, to będą Mistrzostwa Świata Weteranów. Chciałbym też w październiku pojechać na Mistrzostwa Świata w maratonie do Toronto – ale ten start zależy od tego, czy znajdę sponsora, sponsorów.

Rozmawiamy przed Półmaratonem Solan, jest czwartek, ale powróżmy: przegonisz w końcu tych Kenijczyków?

Będzie ciężko (śmiech). W karierze zawodowej biegaczy z Czarnego Lądu się nie bałem, bo maraton to taki dystans, podczas którego wszystko się może zdarzyć. Wygrywałem z nimi.

Można z nimi zwyciężyć, ale trzeba poświęcić kawał ciężkiej roboty na treningu.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *