Wysocki idzie do pierwszej ligi [ROZMOWA]

Michał Wysocki, czołowy szczypiornista Astry w ubiegłym sezonie, zmienia barwy. Przed nim nowe wyzwanie – gra w pierwszoligowym AZS UZ Zielona Góra. – Obecny trener AZS już w przeszłości dał mi wiarę, że mogę naprawdę dużo osiągnąć – mówi Wysocki

Mateusz Pojnar: Jak podsumowałbyś ubiegły sezon w swoim wykonaniu? Był naprawdę niezły. Astra jako drużyna zaprezentowała się słabo, zajęła przedostatnie miejsce, ale ty się wyróżniałeś.

Michał Wysocki: Zawsze chcę dawać na boisku od siebie jak najwięcej. Rzuciłem 100 bramek w 20 meczach. To był tak naprawdę dla mnie pierwszy sezon w seniorach, wcześniej grałem kilka meczów w AZS Zielona Góra i też rzuciłem kilka bramek, będąc tam na wypożyczeniu szkoleniowym z UKS Trójka. Wtedy to była II liga, trener Bronisław Maly dał mi dużą szansę i tam bardzo się rozwinąłem. To mi pomogło w poprzednim sezonie.

Na początku może był stres – II liga, wiadomo, coś fajnego, nowego dla juniora. Nowe wyzwanie. Wydaje mi się, że indywidualnie to, co chciałem, osiągnąłem w ubiegłym sezonie.

Jak to się stało, że przechodzisz do AZS-u, który teraz gra w I lidze?

Już w tamtym sezonie, jak skończyło się moje wypożyczenie szkoleniowe, była zmiana trenera w Zielonej Górze. Trener Maly zrezygnował. Przyszedł trener Łuczak, którego bardzo dobrze znam, bo był moim trenerem dwa lata w kadrze wojewódzkiej. To były dla nas bardzo dobre dwa lata, zajęliśmy siódme miejsce na olimpiadzie młodzieży. Nękał mnie telefonami w sprawie transferu (śmiech). Rok temu jeszcze nie chciałem zdecydować się na ten krok, bo przeskok z wieku juniora od razu do I ligi to jest przepaść, nie oszukujmy się.

Chciałem otrzaskać się w II lidze w Astrze. To było dobre przetarcie, chciałem zobaczyć, jak to wygląda, a wygląda inaczej – to bardziej męska gra niż w rozgrywkach juniorskich.

Teraz wybrałem już Zieloną Górę.

Pierwsze wrażenia? Byłeś już na jakimś treningu?

Jeszcze nie. Umówiliśmy się z trenerem, że 1 sierpnia zaczynamy się przygotowywać. Zobaczymy, co z tego będzie.

Nie jest ci żal opuszczać Astry?

Strasznie jest żal. Grać u siebie zawsze jest lepiej, ale Nowa Sól pod względem sportowym zawsze stała średnio. Gra wyżej kusi.

Kiedyś pisałem o twojej przygodzie z juniorską kadrą Polski. Jak ona przebiegała aż do teraz?

Ostatni raz na zgrupowaniu byłem na początku roku. Śledzę, kto dostaje się do reprezentacji i w większości to są zawodnicy ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku. Teraz jeszcze powstał SMS w Kielcach. Są pojedynczy zawodnicy z innych klubów, to się zmienia, może jeszcze dostanę swoją szansę.

Występy w I lidze na pewno mogą pomóc.

Na to też liczę.

Planujesz związać przyszłość na stałe z piłką ręczną? Za rok masz maturę. Wielu znawców szczypiorniaka z Nowej Soli wróży ci dobrą karierę, jeśli wszystko potoczy się pomyślnie.

Jestem takiego przekonania, że piłka ręczna może mi ułatwić życie. Czy w pełnym stopniu może mi zapewnić stabilność finansową? Tego nie wiem, trudno powiedzieć, ale na szczęście jakoś tam w szkole sobie radzę i przez to mam inne opcje na życie. Mama jest nauczycielką, więc wiadomo, jak jest (śmiech).

Planuję pójść na studia do Wrocławia albo Poznania i wybrać kierunek, który da mi przyszłość. Ale studia też chcę wiązać ze szczypiorniakiem.

Jesteś przykładem młodej osoby, która stopniowo może piąć się po szczeblach kariery. Jak zachęciłbyś nowych adeptów, żeby zaczęli trenować piłkę ręczną? Choćby u Zbigniewa Malaczewskiego w Trójce.

Trzeba zacząć od tego, że ręczna, podobnie zresztą jak inne sporty, to dyscyplina, który kształtuje charakter. Uczymy się systematyczności, tego, jak uporządkować sobie dzień, żeby mieć na wszystko czas, bo w młodym wieku jest tak, że do 13.00, później – powiedzmy – do 15.00 siedzi się w szkole i trzeba jednak znaleźć dwie godziny na trening. Do tego dochodzi dojazd.

Czasu na lekcje i naukę jest mało, więc trzeba tak wykombinować to wszystko, żeby się w ciągu dnia układało.

Warto zacząć tę przygodę. Później przychodzą emocje, jak kibice siedzą na trybunach, patrzą na ciebie i na twoją drużynę. Szczególne emocje są wtedy, jak coś ci się na boisku uda i zaczynają klaskać. Czujesz się wtedy doceniany, czujesz, że praca, którą wkładasz każdego dnia na treningach czy poza nimi, jest doceniana. Młodzi niech się stopniowo rozwijają. Niech tylko się nie poddawają. Porażki tworzą charakter człowieka.

Gdybyś wymienił ludzi, którzy znacząco pomogli ci w twojej dotychczasowej przygodzie z ręczną, to zacząłbyś od…

… rodziców. Oni mieli największy wkład w to wszystko. Włożyli we mnie dużo pieniędzy.

Każdy z trenerów przekazał mi coś nowego – zaczynając od trenera Jaworskiego, u którego zaczynałem i razem z nim grałem przecież teraz parę meczów w seniorach, kontynuując przez trenera Wszołka, Malaczewskiego w Trójce. Trener Malaczewski dał mi przede wszystkim dużą pewność siebie, ustabilizował mnie jako piłkarza ręcznego. Trener Maly jest dla mnie ważny, bo zaproponował mi wcześniej grę w AZS i jemu też bardzo dużo zawdzięczam. Ogólnie każdemu, kto mi pomógł i wspierał w życiu sportowca.

Później przyszła kadra wojewódzka, gdzie trener Łuczak dał mi taką wiarę, że mogę naprawdę dużo osiągnąć. Dochodzi do tego przygoda z kadrą narodową – tam jeszcze więcej się nauczyłem. Im dalej w las, tym więcej nauki.

A jednym z twoich idoli jest np. Bogdan Wenta (wywiad z nim również w tym numerze „TK” – red.)?

Bez wątpienia. Wielka postać polskiej piłki ręcznej. Na pewno jego sukcesy z kadrą narodową zachęciły mnie i umocowały w postanowieniu, żeby tego szczypiorniaka trenować.

Bo przychodziły czasami do głowy pierdoły, niechęć do treningu, ale zostałem w tym. I cieszę się z tego powodu.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Mateusz Pojnar

Aktualności, sport

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *